Sądownictwo

GetBack: skok na kasę czy błąd?

Jeśli „pompowano” wyniki spółki, to w Polsce na taką skalę nikt tego dotąd nie robił
Fotorzepa/ Robert Gardziński
Jeżeli oferując obligacje zapewniano klientów, że są one „gwarantowane”, bądź „pewne jak lokata” to instytucje finansowe dopuściły się gangsterstwa konsumenckiego – mówi prawnik, prof. Tomasz Siemiątkowski.

Rzeczpospolita: Oszustwo dokonane z premedytacją, czy błędne założenie biznesowe? Co stało się w GetBacku?

Tomasz Siemiątkowski, profesor, kierownik Zakładu Prawa Gospodarczego w SGH, wykłada również na UKSW w Warszawie: Mam wrażenie, że ten proceder był precyzyjnie planowany albo przeciwnie, była to – jak mówi się w języku piłkarskim – „gra na aferę", czyli pójście na całość, bez pomysłu. Jednak wcześniej GetBack wykreował się umiejętnie na podmiot, któremu zaufał rynek i inwestorzy, w tym indywidualni, czyli tysiące ludzi. Źródło tej operacji mogło tkwić w wybudowaniu systemu. Odpowiedź na pani pytanie wymaga dokładnego ustalenia, czy pierwsze znaczne pakiety wierzytelności, jeszcze kiedy była to spółka prywatna, stanowiły aktywa pełnowartościowe. Po drugie trzeba by przeanalizować strategię GetBack, w tym model biznesowy, który wydaje się, że został oparty na niedopasowaniu aktywów (ich wartości i rentowności) do długu, który był bardzo drogi. Już to wygląda niedorzecznie.

Dla zdobycia zaufania wejście na giełdę było kluczowe?

Zdecydowanie tak. Debiut giełdowy, który nastąpił w lipcu 2017 r. miał dwa walory: dał spółce wiarygodność i pozycję, co pozwoliło jej niedługo później ściągnąć z rynku ogromną gotówkę od ludzi, którzy kupili obligacje. Jak mówią na Bałkanach, sława trafia daleko, ale zła sława jeszcze dalej. Zanim to się stało, ze sprawozdań finansowych wynikało, że spółka jest kwitnąca. Podawała, że za 2016 r. ma 200 mln zł zysku, a trzy miesiące po wejściu na giełdę – w październiku 2017 r. za trzy kwartały sygnalizowała zysk na poziomie 181 mln – co wydawało się logiczne. Dzięki rzekomo świetnym wynikom finansowym GetBack dostawał wysokie rankingi inwestycyjne, potwierdzali to renomowani audytorzy, dlatego Komisja Nadzoru Finansowego dopuściła akcje spółki do obrotu. Jako giełdowa spółka dalej skupowała na wielką skalę wierzytelności – łącznie na kwotę nominalną 20 mld zł, w tym najlepsze pakiety, za które – jak się wydaje – przepłacała „kosząc" konkurencję. I znowu najważniejsze jest ustalenie, czy były to aktywa pełnowartościowe, bo to one przecież zachęcały ludzi do nabywania obligacji.

To wszystko było zasłoną dymną i przygotowaniem gruntu do „skoku na kasę"?

Pewne okoliczności na to wskazują. Skoro w październiku 2017 r. spółka miała osiągnąć rzekomo 181 mln zł zysku, a wiosną 2018 r. okazało się, że cały ubiegły rok zakończył się stratą – 1,3 mld zł, to różnica sięga półtora miliarda złotych. Wygląda na to, że wynik z jesieni 2017 r. był kreowany. Podobne „pompowanie" zysków miało miejsce np. w Enronie. Jeżeli „pompowano" wynik finansowy spółki, uciekając od bilansowej wyceny spadających wartości pakietów wierzytelności – to mamy do czynienia ze zjawiskiem niebywałym, w Polsce nikt na tak dużą skalę tego nie zrobił. Nie da się bowiem racjonalnie uzasadnić i wytłumaczyć ryzykiem biznesowym skupowania pakietów wierzytelności za kwoty, których konkurencja nie była w stanie zaakceptować, a następnie emitowania bardzo wysoko oprocentowanych obligacji.

Obligacje, które GetBack wypuścił w okresie rzekomej prosperity zrobiły furorę, kupiło je ok. 10 tys. osób. Skąd takie zainteresowanie?

Najgorsze w tym procederze jest to, że intensywne oferowanie obligacji nastąpiło w drugiej połowie 2017 r., czyli tuż po debiucie giełdowym. W ciągu około pół roku GetBack wyemitował obligacje za ponad 1 mld zł. Kupowano je nie tylko dlatego, że spółka miała pozycję na rynku, ale także dlatego, że banki i domy maklerskie, uplasowały je. Obligacje były wysoko oprocentowane, dużo korzystniej niż lokaty w bankach. Ludzie uważali, że przedsięwzięcie jest wiarygodne, bo to obligacje spółki giełdowej mającej doskonałe wyniki finansowe. Obligacje GetBacku kupiło blisko 10 tys. indywidualnych osób. Dziś niezmiernie ważne jest to, by KNF ani UOKiK nie nakładały dużych kar na sam GetBack, bo to tylko pogorszy sytuację wierzycieli. Należy także natychmiast ustalić, czy instytucje finansowe oferujące obligacje miały legalny dostęp do danych osobowych, czy stało się to w inny sposób.

To możliwe, by oferowanie obligacji wyglądało jak w „Wilku z Wall Street"

To film bardzo symptomatyczny dla tej historii. Poszkodowani twierdzą, że maklerzy i pracownicy banków dzwonili do nich, mówiąc: „kończy się panu lokata, mamy świetną ofertę". Proponowali obligacje na 4 proc., bądź więcej i z krótkim okresem wykupu. Zapewniali, że są „gwarantowane", więc ludzie byli przekonani, że nie stracą pieniędzy. Jeżeli tak było, to instytucje finansowe stosowały misseling, czyli wprowadzały klientów w błąd. Jak to słyszeliśmy w „Wilku z Wall Street": „jedyne czego będziesz żałował to, że nie kupiłeś więcej".

Po prostu naciągano ludzi?

Instytucje finansowe mogą oferować obligacje, ale w bardzo profesjonalny sposób – po przeprowadzeniu tzw. ankietowania, czyli wywiadu z każdym klientem, który, odpowiadając na pytania, pozwala maklerowi lub pracownikowi banku ustalić poziom intelektualny klienta, jego wiedzę, zrozumienie propozycji i poziomu akceptowalnego ryzyka. To trzeba robić z pietyzmem. Jeśli było inaczej, to mamy do czynienia z klasycznym deliktem, co oznacza odpowiedzialność odszkodowawczą.

Ankietowanie ma zapobiec wpuszczaniu ludzi w maliny?

Dokładnie tak. Trudno sobie wyobrazić, by przy prawidłowym ankietowaniu znalazło się w tak krótkim czasie tak wielu chętnych na obligacje GetBacku. Słyszymy, że w rozmowach zapewniano klientów, że są „gwarantowane" i „tak pewne jak lokata bankowa", co byłoby nieprawdą, bo przy tak ryzykownych produktach nie ma takiej gwarancji. Jeżeli rzeczywiście, oferując obligacje, klienci słyszeli takie zapewnienia, to takie instytucje finansowe dopuściły się gangsterstwa konsumenckiego. Zwłaszcza że oferty były nie tylko publiczne – po sporządzeniu prospektu emisyjnego, ale znaczną część stanowiły oferty prywatne. To także powinno zostać zbadane.

Dlaczego jest to ważne?

Chodzi o to, że oferty prywatne mogą dotyczyć maksymalnie 149 osób, przy większej grupie, stają się ofertami publicznymi. Jeżeli maklerzy obdzwaniali setki osób proponując obligacje, to być może oferta przestała być prywatną, a stała się publiczną. To oznaczałoby, że przeprowadzono ją nielegalnie, co jest przestępstwem zagrożonym wielomilionowymi grzywnami. W tej sprawie kluczowe jest to, co się działo od wejścia spółki na giełdę w lipcu 2017 roku do grudnia 2017 roku, kiedy rzekomo przynoszący zyski podmiot, osiągnął ogromną stratę.

Jaką szansę na odzyskanie pieniędzy mają klienci?

Wszystko się działo w czasie, kiedy obowiązuje prawo europejskie, czyli dyrektywy MIFID. W 2007 r. przyjęto tzw. dyrektywę MIFID I, która zobowiązała instytucje finansowe do wypełniania przez klientów ankiet, aby określić ich profil inwestycyjny. To miało ustrzec ich przed zakupem niechcianego produktu. W 2014 r. przyjęto dyrektywę MIFID II, która „dokręciła śrubę" instytucjom finansowym. Ma ona zrewolucjonizować ochronę inwestorów, m.in. kupujących obligacje. MIFID II obniża stawki prowizji, wprowadza zasady rekomendowania określonych produktów finansowych.

Dlatego GetBack i maklerzy tak się spieszyli ze sprzedażą obligacji?

Druga połowa 2017 r., kiedy masowo sprzedawano obligacje GetBack, jest krytyczna. Instytucje finansowe doskonale wiedziały, że za chwilę wejdzie nowa dyrektywa mocno chroniąca klientów. Być może dlatego powstała u nich myśl, że jeśli zdążymy przed MIFID II, to zrobimy dobry interes. Oferowali obligacje w trakcie, kiedy unijne prawo było co najmniej w okresie vacatio legis. Jeżeli prawo jest uchwalone na poziomie europejskim, to banki i domy maklerskie będące instytucjami zaufania były, w moim przekonaniu, obowiązane zastosować się do niego. Co najmniej z uwagi na dobre obyczaje.

Klienci mogą dziś posłużyć się tym argumentem?

Można rozważać zarzucenie instytucjom finansowym sprzedającym obligacje GetBack naruszenie zarówno starej, jak i nowej dyrektywy. Miały o nich wiedzę, były więc obowiązane do zachowania podwyższonych standardów. Gdyby banki i domy maklerskie nie oferowały obligacji GetBack, 10 tys. ludzi nie zainwestowałoby 2,5 mld zł. Ci wszyscy klienci mogą mieć roszczenia odszkodowawcze do instytucji finansowych.

Dziś zarzuty ma nie tylko byłe szefostwo spółki, ale i prezes Polskiego Domu Maklerskiego. Banki i maklerzy sprzedający obligacje byli w zmowie z GetBackiem?

Tego nie wiemy. Jednak motorem działania banków i domów maklerskich były zapewne także bardzo wysokie prowizje za sprzedaż obligacji. Jeżeli potwierdziłoby się, że sięgały nawet 8 proc., to mielibyśmy do czynienia z szaleństwem, bo nikt nie jest w stanie biznesowo dać takiej prowizji.

Zgadza się Pan z sugestiami, że KNF i służby za późno zareagowały?

Najlepszą obroną jest atak, ale nie sądzę aby w tym przypadku to zadziałało. KNF nie jest wszechwiedzącą wróżką ale jako organ musiała mieć zaufanie do poprzedników. Jeżeli już tak rozumujemy, to trzeba zadać pytanie o to kto sporządzał sprawozdania finansowe, kto je badał, zresztą nie tylko w związku z debiutem spółki. Kto oceniał zbadane sprawozdania wykonując funkcje nadzorcze, kto wyceniał trudne aktywa jakimi są pakiety wierzytelności? Gdzie byli doradcy emisji, Dom Maklerski i wreszcie kto oferował, w jaki sposób i za jaką prowizję obligacje? W USA nikt nie atakuje SEC – u w aferze pani Holmes. Po ładnych kilku latach, jak to określono „długotrwałego oszustwa" do gry wszedł tenże SEC i FBI i czynią swoją powinność, a zniknęło przecież ponad 700 mln dolarów. Stawianie wozu przed koniem to tylko odwracanie uwagi.

Czy podobnym aferom można zapobiec?

Nigdzie na świecie nie ma idealnego ładu korporacyjnego. Na ile jest dobry, ocenia się nie po braku skandali, które były, są i będą ale po ich częstotliwości. To wciąż budowanie „krat" i zabezpieczanie się przed oszustami. Kiedyś napadano na dyliżanse, a na morzach byli piraci. Dzisiaj można wykreować dane finansowe – jak w Enronie, gdzie uciekły miliardy dolarów. Czasy się zmieniły, ale natura człowieka, jego chciwość jest taka sama. Zanim wybuchła afera Enronu, Amerykanie uważali, że mają najlepszy na świecie ład korporacyjny. Nie przewidzieli jednej rzeczy: że menedżer będzie kreował wyniki finansowe, a audytor będzie to stemplował. Również w Europie doszło do podobnego oszustwa we włoskim koncernie „Parmalat". Również ostatni przypadek wspomnianej spółki „Theranos", która była warta 9 mld dolarów, a dziś jest warta zero, jak też Pan Madoff, to zdarzenia autentyczne.

 

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL