Sądownictwo dyscyplinarne

Postępowanie dyscyplinarne wobec prokurator Beaty Mik za publikacje na łamach "Rzeczpospolitej"

Fotorzepa, Marian Zubrzycki MZub Marian Zubrzycki
Rzecznik dyscyplinarny prokuratury chce nagany dla publikującej na łamach "Rzeczpospolitej" prok. Beaty Mik.

Sąd dyscyplinarny zakończył w czwartek proces w tej precedensowej sprawie przeciwko znanej prokurator Prokuratury Generalnej w stanie spoczynku, publikującej w „Rzeczpospolitej" od 20 lat. „Z uwagi na wagę sprawy" odroczył wyrok do 21 czerwca. Wcześniej rzecznik dyscyplinarny prok. Małgorzata Nowak wniosła o uznanie prok. Mik za winną uchybienia godności urzędu, polegającego na tym, że nie powiadomiła prokuratora krajowego o przesyłaniu od listopada 2016 r. do września 2017 r. redakcji „Rz" swych artykułów.

– Aby przełożony mógł skutecznie złożyć sprzeciw, musi być powiadomiony – dodała, zapewniając, że w sprawie nie chodzi o treść tekstów, ale niedopełnienie formalności.

– Jednak o treść także chodzi – replikował obrońca Beaty Mik, prok. Aleksander Herzog. – W zarzucie mowa jest także o tym, iż opinie obwinionej są niezgodne ze stanowiskiem kierownictwa prokuratury. – A to już byłaby forma zabronionej przez konstytucję cenzury – dodał. Ocenił, że działanie jego mocodawczyni w ogóle nie było deliktem. – Przepis mówi o powiadomieniu o zamiarze podjęcia dodatkowego zatrudnienia, a także o podjęciu lub kontynuowaniu dodatkowego zajęcia – wskazał i skonkludował, że jego klientka nie musiała o niczym zawiadamiać, zresztą miała zgodę jeszcze z 2000 r. od Lecha Kaczyńskiego.

– Ale zmienił się ustrój prokuratury, a decyzje nie są niezmienne – mówiła na to prok. Nowak.

Obrona obwinionej zauważyła jeszcze, że Beacie Mik zarzucono „przekazywanie" artykułów do publikacji. BdTXT - W - 8.15 J: – Takie przekazywanie nie jest „zajęciem" w rozumieniu ustawy. Chyba że chodziłoby o doręczyciela czy listonosza – ironizował prok. Herzog, podkreślając, że z żadnego przepisu nie wynika obowiązek prokuratora zawiadamiania przełożonego, że chce coś gdzieś opublikować. Na koniec wniósł o uniewinnienie oraz o stwierdzenie przez sąd dyscyplinarny „oczywistego braku podstaw do wniesienia oskarżenia" w tej sprawie.

– Przykro mi, że przeprowadza się na mnie doświadczenie sznurowania ust prokuratorom – mówiła na koniec sama Beata Mik. Jak podkreśliła, jest osobą ostrożną i w listopadzie 2016 r. zawiadomiła prok. Bogdana Święczkowskiego o zamiarze podpisania umowy z „Rzeczpospolitą" ws. praw autorskich (której zresztą nie podpisała wobec sprzeciwu szefa prokuratury), ale publikować mogła, bo sprzeciw dotyczył tylko kwestii umowy. – Prokurator Święczkowski, gdy był w stanie spoczynku, napisał książkę „Afery czasów Donalda Tuska". Nie wiem, czy miał zgodę – powiedziała „Rz" prok. Mik.

Sygn. akt: PK I SD 25. 2018

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL