Rzecz o prawie

Tomasz Pietryga o niebezpiecznych ścieżkach rowerowych

Fotorzepa, Krzysztof Skłodowski
Ilekroć pokonuję krótki odcinek między stacją metra Rondo Daszyńskiego a budynkiem na ul. Prostej, w którym mieści się redakcja „Rzeczpospolitej", czuję niepokój i co najmniej kilka razy oglądam się za siebie. Widzę też, że podobny nawyk mają inni przechodnie, których mijam.

Bo oto kiedy władze Warszawy oddały drugą nitkę metra, postanowiły zadbać również o rowerzystów, fundując im ścieżkę rowerową. Nie jest to jednak zwykła ścieżka, jaką widzimy w parkach czy przy skwerach. Moja ścieżka wije się niemiłosiernie między jezdnią a chodnikiem dla pieszych, przecina go, wręcz się z nim zlewa. Nie ma pewności, czy jest się po jej właściwej stronie.

A to budzi strach. Łatwo bowiem można zostać potrąconym przez śmigającego rowerzystę, a przy mniejszym pechu nieżyczliwie potraktowanym przez wciśniętego w legginsy członka masy krytycznej, który w wieczorne piątki lubi paraliżować centra miast w imię walki o wyższe idee.

Ów osobnik przecież dostał swoje prawa na drodze i może stanowczo się o nie upomnieć, jeżeli tylko jego terytorium zostało naruszone.

Tak więc władze miasta mają dla mnie w ofercie codzienny kilkuminutowy marsz pełen obaw i potencjalnych nieprzyjemności.

Wiem, że tak trzeba, że ekologia, że rower jest politycznie poprawny, a brak ścieżki rowerowej w mieście to wyraz obciachu i zacofania miejskich władz. Pytanie tylko, czy dając rowerzystom tak rozległe prawa, zrównując ich praktycznie z kierującymi samochodami na drodze i zgadzając się na bardzo bliskie obcowanie z ruchem pieszych, nałożono na nich podstawowe obowiązki, takie jak znajomość zasad ruchu drogowego (o zasadach współżycia nie wspomnę, gdyż to moim zdaniem kwestia wychowania), i zadbano o ich egzekwowanie.

I tu, niestety, jest poważny problem. Jak podkreślają eksperci, poważną bolączką jest nieznajomość zasad ruchu drogowego wśród rowerzystów. Nie znają ich, bo i po co, skoro nikt od nich tego wymaga. Lista rowerowych wykroczeń jest za to długa; najczęściej chodzi o jazdę po chodniku (50 zł mandatu) czy przejściach dla pieszych (100 zł). Inne z częstych wykroczeń to nieudzielenie pierwszeństwa pieszemu, nieprawidłowe skręcanie oraz jazda po niewłaściwej stronie drogi czy niestosowanie się do znaków i sygnałów na drodze (nawet 500 zł mandatu). Tyle że nikt przestrzegania podstawowych zasad – ani w innych sprawach nadgorliwa straż miejska, ani policja – od nich nie egzekwuje.

Rowerzyści lekceważą również swoje bezpieczeństwo. Jak wynika z badań, tylko 9 proc. z nich używa kasków ochronnych.

Ustawodawca, nader często zmieniający przepisy drogowe i tak miłujący rowerzystów, chyba o czymś zapomniał. Może w nowym parlamencie warto do sprawy wrócić i zastanowić się np. nad wprowadzeniem karty rowerowej czy obowiązkowych kursów prawa drogowego. I konsekwentnie egzekwować jego zasady. Duma rowerzystów na pewno na tym nie ucierpi, a skorzystamy wszyscy, bo będziemy bardziej bezpieczni.

Zapraszam do lektury najnowszej „Rzeczy o Prawie".

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL