Tomasz Pietryga o niebezpiecznych ścieżkach rowerowych

aktualizacja: 17.10.2015, 08:35
Foto: Fotorzepa, Krzysztof Skłodowski

Ilekroć pokonuję krótki odcinek między stacją metra Rondo Daszyńskiego a budynkiem na ul. Prostej, w którym mieści się redakcja „Rzeczpospolitej", czuję niepokój i co najmniej kilka razy oglądam się za siebie. Widzę też, że podobny nawyk mają inni przechodnie, których mijam.

REDAKCJA POLECA

Bo oto kiedy władze Warszawy oddały drugą nitkę metra, postanowiły zadbać również o rowerzystów, fundując im ścieżkę rowerową. Nie jest to jednak zwykła ścieżka, jaką widzimy w parkach czy przy skwerach. Moja ścieżka wije się niemiłosiernie między jezdnią a chodnikiem dla pieszych, przecina go, wręcz się z nim zlewa. Nie ma pewności, czy jest się po jej właściwej stronie.

A to budzi strach. Łatwo bowiem można zostać potrąconym przez śmigającego rowerzystę, a przy mniejszym pechu nieżyczliwie potraktowanym przez wciśniętego w legginsy członka masy krytycznej, który w wieczorne piątki lubi paraliżować centra miast w imię walki o wyższe idee.

Ów osobnik przecież dostał swoje prawa na drodze i może stanowczo się o nie upomnieć, jeżeli tylko jego terytorium zostało naruszone.

Tak więc władze miasta mają dla mnie w ofercie codzienny kilkuminutowy marsz pełen obaw i potencjalnych nieprzyjemności.

Wiem, że tak trzeba, że ekologia, że rower jest politycznie poprawny, a brak ścieżki rowerowej w mieście to wyraz obciachu i zacofania miejskich władz. Pytanie tylko, czy dając rowerzystom tak rozległe prawa, zrównując ich praktycznie z kierującymi samochodami na drodze i zgadzając się na bardzo bliskie obcowanie z ruchem pieszych, nałożono na nich podstawowe obowiązki, takie jak znajomość zasad ruchu drogowego (o zasadach współżycia nie wspomnę, gdyż to moim zdaniem kwestia wychowania), i zadbano o ich egzekwowanie.

I tu, niestety, jest poważny problem. Jak podkreślają eksperci, poważną bolączką jest nieznajomość zasad ruchu drogowego wśród rowerzystów. Nie znają ich, bo i po co, skoro nikt od nich tego wymaga. Lista rowerowych wykroczeń jest za to długa; najczęściej chodzi o jazdę po chodniku (50 zł mandatu) czy przejściach dla pieszych (100 zł). Inne z częstych wykroczeń to nieudzielenie pierwszeństwa pieszemu, nieprawidłowe skręcanie oraz jazda po niewłaściwej stronie drogi czy niestosowanie się do znaków i sygnałów na drodze (nawet 500 zł mandatu). Tyle że nikt przestrzegania podstawowych zasad – ani w innych sprawach nadgorliwa straż miejska, ani policja – od nich nie egzekwuje.

Rowerzyści lekceważą również swoje bezpieczeństwo. Jak wynika z badań, tylko 9 proc. z nich używa kasków ochronnych.

Ustawodawca, nader często zmieniający przepisy drogowe i tak miłujący rowerzystów, chyba o czymś zapomniał. Może w nowym parlamencie warto do sprawy wrócić i zastanowić się np. nad wprowadzeniem karty rowerowej czy obowiązkowych kursów prawa drogowego. I konsekwentnie egzekwować jego zasady. Duma rowerzystów na pewno na tym nie ucierpi, a skorzystamy wszyscy, bo będziemy bardziej bezpieczni.

Zapraszam do lektury najnowszej „Rzeczy o Prawie".

POLECAMY

KOMENTARZE