Konstytucja USA: czego Ameryka może nauczyć innych

aktualizacja: 13.08.2017, 11:06
Foto: Fotolia

Rządy większości wymagają zabezpieczeń.

REDAKCJA POLECA

Dynamika wydarzeń nieuchronnie prowadzi do zadawania pytań o fundamenty instytucji ustrojowych. Raz po raz pojawią się przy tym odwołania do amerykańskiego modelu konstytucyjnego. Nic dziwnego, Stany Zjednoczone to kolebka nowoczesnego konstytucjonalizmu, któremu również Polska bardzo dużo zawdzięcza.

Oczywiście nie można powiedzieć, że polska konstytucja jest wprost wzorowana na amerykańskiej. Polacy przejęli jednak od Amerykanów szkielet swojego ustroju. I teraz warto wrócić do tej refleksji, żeby wiedzieć, że każda demokracja wymaga od czasu do czasu uporządkowania.

Do poprawki

Często mówi się, że amerykańska konstytucja miała wprowadzić ustrój republikański, a nie demokratyczny. Nie oznacza to, że Ojcowie Założyciele byli antydemokratyczni. Przeciwnie, James Madison wprost wskazywał, że jest przeciwnikiem tylko „czystej" demokracji, czyli nieograniczonych rządów większości.

Konstytucja USA faktycznie narodziła się z konieczności przeciwstawienia się nadużywaniu rządów większości. Źródłem „nieokiełznanego" demokratycznego żywiołu były prawodawcze zgromadzenia stanowe (kongres federalny, jaki znamy z waszyngtońskiego Kapitolu, jeszcze wtedy nie istniał). To właśnie w zgromadzeniach uchwalano np. ustawy uchylające wyroki sądowe w indywidualnych sprawach, wtedy gdy były niekorzystne dla tego, kto umiał sobie zjednać posłów (a przegrał proces w sądzie), czy próbowano zmniejszyć tolerancję religijną (to przypadek Wirginii, rodzinnego stanu Thomasa Jeffersona i Jerzego Waszyngtona).

W takich warunkach pojawiła się potrzeba nałożenia jakichś ograniczeń na rządy większości. Szybko okazało się, że prawo do demokratycznego podejmowania decyzji zaczęło pożerać wolność, o porządku i ładzie nie wspominając.

Obecnie konstytucja USA najbardziej znana jest ze swojego systemu hamulców ustrojowych między poszczególnymi władzami. Zupełnie błędnie mówi się jednak, że system hamulców został wymyślony jako ograniczenie nakładane na władze federalne. W rzeczywistości ich historia jest zupełnie inna – problemem młodych Stanów Zjednoczonych nie były zbyt silne władze ponadstanowe, ale zbyt silne rządy większości w poszczególnych stanach.

James Madison, główny twórca konstytucji, planował, że władze ponadstanowe (a nie federalne, pierwotnie USA wcale nie miały być państwem federalnym) będą stanowiły zaporę przed działalnością zgromadzeń stanowych, na których dochodziło do nadużyć demokracji. Kongres miał posiadać prawo do unieważniania ustaw stanowych (obecnie nie ma takich uprawnień).

Przed nadużywaniem rządów większości w obrębie władz ponadstanowych miała chronić skomplikowana drabina. Gdyby Izba Reprezentantów (pierwsza izba Kongresu) przyjęła złe prawo, miało być zatrzymywane w Senacie. Gdyby zaś i Senat przyjął nieodpowiednią ustawę, tamę powinien postawić prezydent poprzez swoje weto. W finalnej wersji konstytucji USA sprawy zostały poukładane trochę inaczej. Nie zmienia to jednak konkluzji: skoro najstarsza demokracja na świecie wiedziała, że dla rządów większości potrzebne są zabezpieczenia, to tym bardziej powinna tego pilnować nasza młoda demokracja.

Trójpodział nie działa

Wiele można się też nauczyć z rodowodu trójpodziału władzy. Wbrew rozpowszechnionemu mitowi, nowoczesne sformułowanie tej zasady pochodzi nie od Monteskiusza, ale właśnie od Jamesa Madisona i jego współpracowników. W czasach, gdy Monteskiusz obserwował trójpodział władzy, oznaczał on coś zupełnie innego niż dziś. Chodziło o podzielenie władzy między trzy „stany" społeczne, czyli lud, arystokrację i monarchę. Udział każdego stanu w sprawowaniu władzy miał chronić jego partykularne interesy. Dlatego tak mało uwagi Monteskiusz poświęcał sądom, które były po prostu emanacją władzy królewskiej.

To Amerykanie przenieśli trójpodział do społeczeństwa bezstanowego, w którym wszyscy są równi. Z perspektywy XVIII w., kiedy powstawała konstytucja USA, było to rozwiązanie tak innowacyjne, że nie wszyscy rozumieli, jak to będzie działać.

Nowy trójpodział miał jednak istotną lukę. Nikt nie przewidział, że skoro każda gałąź władzy stanowi wyraz woli ludu, może się zdarzyć, iż wszystkie władze zgarnie jedno stronnictwo, które wygra wszystkie wybory i obierze jeden wspólny kierunek, wytyczony przez partię. Nauka jest prosta: sam trójpodział nie zawsze jest wystarczającym hamulcem ustrojowym.

O tym, że wolność i demokracja potrzebują porządku oraz stabilności, aby rozkwitnąć, świadczy kariera Alexandra Hamiltona, człowieka odpowiedzialnego za politykę dwóch pierwszych amerykańskich prezydentów, formalnie sprawującego urząd sekretarza skarbu, ale faktycznie będącego swoistym premierem w administracjach Jerzego Waszyngtona i Johna Adamsa.

Alexander Hamilton i jego Partia Federalistyczna, wykorzystując nową konstytucję, przeprowadzili Stany Zjednoczone przez burzliwe pierwsze lata państwowości. Pozwoliło to młodemu państwu na tyle okrzepnąć instytucjonalnie, że rządy większości przestały grozić rozpadem kraju.

Autor jest doktorem nauk prawnych, badaczem myśli prawnej, politycznej i ekonomicznej, stypendystą Fulbrighta, autorem książki „Projekt Ameryka"

POLECAMY

KOMENTARZE