Rzecz o prawie

Sanowanie wiecznie żywe - do czego prowadzić może złamanie zasady niezależności sądownictwa

Posiedzenie Sejmu w 1930 r.
Narodowe Archiwum Cyfrowe
To nie political fiction ani plany wykradzione z sejfu prezesa pewnej partii. Ta historia zdarzyła się naprawdę w Polsce po roku 1928.

Minęło półtora roku od przejęcia władzy w Polsce przez nową ekipę. Ekipę, która powołując się na zasługi w procesie odzyskiwania suwerenności, głosiła hasło uzdrowienia wielu dziedzin życia publicznego w kraju. Jak dotąd wszystko szło zgodnie z planem. Ekipa miała swój rząd i uległego prezydenta. Sejm został sprowadzony do roli czysto formalnej. Co prawda lider rządzącego ugrupowania nie pełnił żadnych istotnych funkcji państwowych, jednak ze względu na swój osobisty autorytet kierował ze swej siedziby każdą istotną dziedziną życia publicznego, a ministrowie, premier czy nawet prezydent jedynie meldowali mu wykonanie danego zadania.

Jedyną sferą życia, która opierała się wpływom grupy rządzącej, były sądy, do tej pory rzeczywiście niezawisłe i niepodatne na naciski polityczne. Z tego właśnie powodu obóz władzy postanowił zaatakować sądownictwo, nie oglądając się na konstytucyjne gwarancje niezależności sądów. Minister sprawiedliwości, prawnik, znany z twórczej metody naginania przepisów konstytucji, opracował plan zmierzający do podporządkowania niepokornych dotąd sędziów ugrupowaniu rządzącemu.

Zaczął od góry, czyli od Sądu Najwyższego, a ściślej – od usunięcia jego prezesa. Co prawda zgodnie z konstytucją sędziowie byli nieusuwalni, jednak pomysłowy minister znalazł sposób i na to. W nowej ustawie regulującej ustrój sądów znalazł się przepis o prawie prezydenta do przenoszenia sędziów we wcześniejszy stan spoczynku. Przepis ewidentnie niekonstytucyjny, ale cóż z tego...

Zaledwie kilkanaście dni od wejścia w życie nowego prawa prezydent wykorzystał ten przepis do przeniesienia w stan spoczynku pierwszego prezesa Sądu Najwyższego. W ciągu kilku miesięcy w ten sam sposób zostali usunięci ze stanowisk dwaj prezesi SN. Na ich miejsce powołano prezesów sprzyjających rządzącej ekipie.

Podobnie uczyniono z sądami niższych szczebli. Niepokorni prezesi zostali przeniesieni w stan spoczynku, a na ich miejsce minister sprawiedliwości powołał sędziów przychylnych nowej władzy. Miało to dwojakie skutki. Po pierwsze, nieskuteczne okazywały się protesty wyborcze partii opozycyjnych, składane po zarządzonych wkrótce przyspieszonych wyborach parlamentarnych. Co jednak istotniejsze, funkcjonariusze opcji rządzącej nie musieli się już obawiać odpowiedzialności prawnej. Przeciwnie – sądy zaczęły być wykorzystywane do walki z wszelkimi działaniami opozycyjnymi. Ulegli wobec władzy wykonawczej prezesi sądów dbali, by w sprawach o charakterze politycznym orzekali sędziowie sprzyjający nowej władzy. W sumie założony cel został osiągnięty – sądy straciły swą niezależność i stały się jednym z elementów państwa zmierzającego prostą droga ku systemowi autorytarnemu. Politycy opozycji byli bezradni. Próbowali się co prawda jednoczyć, organizować uliczne protesty i zwoływać kongresy partii opozycyjnych, wobec zdecydowanych działań władzy nic jednak nie wskórali.

Skutki zmian w sądownictwie nie dały na siebie długo czekać. Już rok później aresztowano kilkunastu znanych działaczy partii opozycyjnych. Osadzonych traktowano brutalnie. Postawiono im zarzut usiłowania przeprowadzenia zamachu, którego celem było usunięcie przemocą członków sprawującego w Polsce władzę rządu. Prowadzący sprawę prokurator szybko awansował na szefa prokuratury. Sprawie przewodniczył wiceprezes Sądu Okręgowego w Warszawie – powołany na urząd sędziego zaledwie miesiąc wcześniej. Ten dyspozycyjny wobec władz sędzia doprowadził do skazania oskarżonych na surowe kary do trzech lat pozbawienia wolności. Jeden sędzia ze składu orzekającego odważył się złożyć zdanie odrębne, głosując za uniewinnieniem podsądnych.

W tej sytuacji nikogo już nie zdziwiła sprawa pewnego opozycyjnego publicysty, który jakiś czas później ośmielił się nazwać kabotynem lidera ugrupowania rządzącego, jego kult nabrał zresztą niespotykanych dotąd rozmiarów. Wkrótce po publikacji został pobity przez bojówkę zwolenników obozu rządzącego. Sprawą natychmiast zajęła się policja, osadzając w areszcie tegoż publicystę wraz z dwoma innymi dziennikarzami. Niepokorny publicysta został postawiony przed sądem pod zarzutem znieważenia narodu polskiego. Sąd wymierzył mu najwyższą możliwą karę – trzy lata więzienia. Karę później skrócił o połowę Sąd Najwyższy. Osoby winne skatowania dziennikarza nigdy nie poniosły odpowiedzialności.

Opowieść ta to nie political fiction ani plany wykradzione z sejfu prezesa pewnej partii. Ta historia zdarzyła się naprawdę w Polsce po roku 1928. Liderem obozu rządzącego jest tu Józef Piłsudski (a nie Jarosław Kaczyński), pomysłowym ministrem sprawiedliwości Stanisław Car (a nie Zbigniew Ziobro), a odwołany pierwszy prezes SN to Władysław Seyda (a nie Małgorzata Gersdorf). Wobec ostatnich wydarzeń warto jednak o chwilę refleksji, do czego prowadzić może złamanie zasady niezależności władzy sądowniczej.

Autor jest sędzią Sądu Okręgowego w Płocku, prezesem płockiego oddziału SSP Iustitia

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL