Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Rzecz o prawie

Sanowanie wiecznie żywe - do czego prowadzić może złamanie zasady niezależności sšdownictwa

Posiedzenie Sejmu w 1930 r.
Narodowe Archiwum Cyfrowe
To nie political fiction ani plany wykradzione z sejfu prezesa pewnej partii. Ta historia zdarzyła się naprawdę w Polsce po roku 1928.

Minęło półtora roku od przejęcia władzy w Polsce przez nowš ekipę. Ekipę, która powołujšc się na zasługi w procesie odzyskiwania suwerennoœci, głosiła hasło uzdrowienia wielu dziedzin życia publicznego w kraju. Jak dotšd wszystko szło zgodnie z planem. Ekipa miała swój rzšd i uległego prezydenta. Sejm został sprowadzony do roli czysto formalnej. Co prawda lider rzšdzšcego ugrupowania nie pełnił żadnych istotnych funkcji państwowych, jednak ze względu na swój osobisty autorytet kierował ze swej siedziby każdš istotnš dziedzinš życia publicznego, a ministrowie, premier czy nawet prezydent jedynie meldowali mu wykonanie danego zadania.

Jedynš sferš życia, która opierała się wpływom grupy rzšdzšcej, były sšdy, do tej pory rzeczywiœcie niezawisłe i niepodatne na naciski polityczne. Z tego właœnie powodu obóz władzy postanowił zaatakować sšdownictwo, nie oglšdajšc się na konstytucyjne gwarancje niezależnoœci sšdów. Minister sprawiedliwoœci, prawnik, znany z twórczej metody naginania przepisów konstytucji, opracował plan zmierzajšcy do podporzšdkowania niepokornych dotšd sędziów ugrupowaniu rzšdzšcemu.

Zaczšł od góry, czyli od Sšdu Najwyższego, a œciœlej – od usunięcia jego prezesa. Co prawda zgodnie z konstytucjš sędziowie byli nieusuwalni, jednak pomysłowy minister znalazł sposób i na to. W nowej ustawie regulujšcej ustrój sšdów znalazł się przepis o prawie prezydenta do przenoszenia sędziów we wczeœniejszy stan spoczynku. Przepis ewidentnie niekonstytucyjny, ale cóż z tego...

Zaledwie kilkanaœcie dni od wejœcia w życie nowego prawa prezydent wykorzystał ten przepis do przeniesienia w stan spoczynku pierwszego prezesa Sšdu Najwyższego. W cišgu kilku miesięcy w ten sam sposób zostali usunięci ze stanowisk dwaj prezesi SN. Na ich miejsce powołano prezesów sprzyjajšcych rzšdzšcej ekipie.

Podobnie uczyniono z sšdami niższych szczebli. Niepokorni prezesi zostali przeniesieni w stan spoczynku, a na ich miejsce minister sprawiedliwoœci powołał sędziów przychylnych nowej władzy. Miało to dwojakie skutki. Po pierwsze, nieskuteczne okazywały się protesty wyborcze partii opozycyjnych, składane po zarzšdzonych wkrótce przyspieszonych wyborach parlamentarnych. Co jednak istotniejsze, funkcjonariusze opcji rzšdzšcej nie musieli się już obawiać odpowiedzialnoœci prawnej. Przeciwnie – sšdy zaczęły być wykorzystywane do walki z wszelkimi działaniami opozycyjnymi. Ulegli wobec władzy wykonawczej prezesi sšdów dbali, by w sprawach o charakterze politycznym orzekali sędziowie sprzyjajšcy nowej władzy. W sumie założony cel został osišgnięty – sšdy straciły swš niezależnoœć i stały się jednym z elementów państwa zmierzajšcego prostš droga ku systemowi autorytarnemu. Politycy opozycji byli bezradni. Próbowali się co prawda jednoczyć, organizować uliczne protesty i zwoływać kongresy partii opozycyjnych, wobec zdecydowanych działań władzy nic jednak nie wskórali.

Skutki zmian w sšdownictwie nie dały na siebie długo czekać. Już rok póŸniej aresztowano kilkunastu znanych działaczy partii opozycyjnych. Osadzonych traktowano brutalnie. Postawiono im zarzut usiłowania przeprowadzenia zamachu, którego celem było usunięcie przemocš członków sprawujšcego w Polsce władzę rzšdu. Prowadzšcy sprawę prokurator szybko awansował na szefa prokuratury. Sprawie przewodniczył wiceprezes Sšdu Okręgowego w Warszawie – powołany na urzšd sędziego zaledwie miesišc wczeœniej. Ten dyspozycyjny wobec władz sędzia doprowadził do skazania oskarżonych na surowe kary do trzech lat pozbawienia wolnoœci. Jeden sędzia ze składu orzekajšcego odważył się złożyć zdanie odrębne, głosujšc za uniewinnieniem podsšdnych.

W tej sytuacji nikogo już nie zdziwiła sprawa pewnego opozycyjnego publicysty, który jakiœ czas póŸniej oœmielił się nazwać kabotynem lidera ugrupowania rzšdzšcego, jego kult nabrał zresztš niespotykanych dotšd rozmiarów. Wkrótce po publikacji został pobity przez bojówkę zwolenników obozu rzšdzšcego. Sprawš natychmiast zajęła się policja, osadzajšc w areszcie tegoż publicystę wraz z dwoma innymi dziennikarzami. Niepokorny publicysta został postawiony przed sšdem pod zarzutem znieważenia narodu polskiego. Sšd wymierzył mu najwyższš możliwš karę – trzy lata więzienia. Karę póŸniej skrócił o połowę Sšd Najwyższy. Osoby winne skatowania dziennikarza nigdy nie poniosły odpowiedzialnoœci.

Opowieœć ta to nie political fiction ani plany wykradzione z sejfu prezesa pewnej partii. Ta historia zdarzyła się naprawdę w Polsce po roku 1928. Liderem obozu rzšdzšcego jest tu Józef Piłsudski (a nie Jarosław Kaczyński), pomysłowym ministrem sprawiedliwoœci Stanisław Car (a nie Zbigniew Ziobro), a odwołany pierwszy prezes SN to Władysław Seyda (a nie Małgorzata Gersdorf). Wobec ostatnich wydarzeń warto jednak o chwilę refleksji, do czego prowadzić może złamanie zasady niezależnoœci władzy sšdowniczej.

Autor jest sędziš Sšdu Okręgowego w Płocku, prezesem płockiego oddziału SSP Iustitia

ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL