PiS, PO i kwestia sędziowska

aktualizacja: 18.03.2017, 18:20
Foto: 123RF

Sędziowie powinni mieć własny samorząd: Wielką Radę Sędziów

REDAKCJA POLECA

Tytuł tego artykułu nawiązuje do dzieła Romana Dmowskiego ,,Niemcy, Rosja i kwestia polska", bo sytuacja trzeciej władzy w naszym kraju może budzić skojarzenia z losami ,,sprawy polskiej" pod zaborami. Tak jak wówczas polskość tkwiła w okowach organizacji politycznych potężnych sąsiadów, tak współcześnie władza sądownicza, zepchnięta przez niepodzielnie panującą dwuwładzę na pobocze dyskursu politycznego, daleka jest od zajmowania należnej jej pozycji w strukturze organów państwa.

Twarzą prawa jest sędzia

Pozycję tę określa konstytucja oparta na monteskiuszowskiej zasadzie trójpodziału władz. Zgodnie z nią sądownictwo ma być równoważne pozostałym dwóm władzom po to, aby niwelować ich mankamenty. W jaki sposób? Otóż efektem pracy parlamentu jest ustawa, ale to tylko tekst, z reguły niedoskonały, jakiś pomysł legislatywy na lepszą rzeczywistość. Obywatel odczuje dopiero to, co w jego sprawie zrobi sędzia mądrze stosujący ustawę, bo ,twarzą prawa nie jest ustawa, ale sędzia. Dlatego warto mieć lepszych sędziów niż ustawy. Władza wykonawcza z kolei jest potężną siłą zdolną zmiażdżyć pojedynczego człowieka, gdy stanie na drodze jej celów. Sąd jest w takich sytuacjach miejscem, w którym odwołując się do prawa, a nie do siły, każdy, nawet najsłabszy z nas , powinien znaleźć ochronę przed nadużyciami egzekutywy.

Konstytucyjna zasada niezależności władzy sądowniczej nie została ustanowiona dla sędziów jako ich przywilej. Ma ona gwarantować obywatelom sprawiedliwy osąd ich sprawy przez bezstronny organ, który nie będzie legitymizował decyzji zapadających gdzie indziej. Do tego właśnie potrzebujemy w Polsce niezawisłych sędziów orzekających w niezależnych sądach. Daje nam to konstytucja... i właściwie tylko ona, a to stanowczo zbyt mało.

Założenie twórców obecnego ładu konstytucyjnego o harmonijnym współdziałaniu szanujących się wzajemnie trzech władz okazało się mrzonką. W polskich warunkach nie działa zasada check and balance, gdyż dotąd nie doszło do wyemancypowania się sądownictwa w aspekcie strukturalnym jako samodzielnej władzy. Nie ma organu, który miałby prawo wypowiedzieć się w imieniu sędziów i reprezentować władzę sądowniczą na zewnątrz. Struktura trzeciej władzy rozpoczyna się i kończy na pojedynczych sędziach, bo już sądy, w ramach których działają sędziowie, są kierowane i zarządzane przez prezesów i dyrektorów podległych ministrowi sprawiedliwości. Dlatego w świadomości społecznej sądownictwo funkcjonuje ciągle jako segment władzy wykonawczej. To przekonanie z upodobaniem pielęgnują kolejne ekipy rządzące Polską, także po przełomie 1989 r. Potwierdzeniem tej tezy jest pogląd o przemożnym wpływie ministra sprawiedliwości na funkcjonowanie sądownictwa.

Każdy zapytany przechodzień powie, że w sądownictwie najważniejszy jest minister, bo taką wiedzą stale karmią nas media. Co więcej, z kompleksu uzależnienia od ministra nie mogą wyzwolić się sami sędziowie. Myślenie piastunów trzeciej władzy o własnej niezależności sprowadza się do walki o większą lub mniejszą autonomię w obrębie wyznaczonym władzą ministra nad sądami.

Długie tradycje nadzorcze

Jego supremację wprowadziła ustawa o ustroju sądów z 1928 r., co okazało się pomysłem nad podziw trwałym, wręcz ponadustrojowym. Nadzór ministra nad sędziami w Polsce istniał w II Rzeczypospolitej, miał się dobrze w PRL i nie usunęły go zmiany ustrojowe po 1989 r. Za rządów poprzedniej ekipy Trybunał Konstytucyjny uznał wprawdzie zgodność ministerialnego nadzoru z konstytucją, zastrzegł jednak, że nie jest to jedyny możliwy sposób zarządu.

Taka warunkowa akceptacja ze strony TK, utrwalająca status quo ante, w zupełności wystarcza władzy wykonawczej. Były wiceminister sprawiedliwości z ramienia PO Jerzy Kozdroń, zwracając się do sędziów, stwierdził bez ogródek: ,,Musimy mieć nad wami kontrolę". Wypowiedzi prominentnych polityków PiS ściśle wpisują się w tę narrację, co zwiastuje, że akurat w tej dziedzinie „dobrej zmiany" nie będzie. Ministerialny projekt reformy sądownictwa, z niezrozumiałych powodów ukrywany przed opinią publiczną, nie napawa optymizmem, jeśli spojrzeć na sposób, a zwłaszcza na efekty zreformowania TK.

Cesarstwo rzymskie – chociaż potężniejsze od formacji rządzącej obecnie Polską – zeszło z areny dziejów. Również bardziej współczesne, bo pochodzące z XX w. przykłady potęg politycznych, które miały trwać wiecznie, a już ich nie ma, uprawniają do wniosku, że jedynie pewne jest to, że kiedyś nastąpi zmiana. Warto się zastanowić, co wtedy się stanie z polskim sądownictwem. Czy podobieństwo do polskości pod zaborami pozostanie aktualne, czy jednak istnieje szansa wybicia się na rzeczywistą niezależność, taką, jaką określa konstytucja.

Potrzeba i sens zmiany w realnym, a nie tylko teoretycznym usytuowaniu trzeciej władzy w systemie organów państwa jest kwestią odpowiedzi na pytanie, kto ma wziąć odpowiedzialność przed społeczeństwem za prawidłowe działanie sądownictwa. Dla powyższej sprawy istotne jest odróżnienie roli sędziów od roli sądów. O ile zadaniem sędziego jest wymierzanie sprawiedliwości będąc niezawisłym, o co on sam przede wszystkim ma dbać, o tyle sąd jest jednostką organizacyjną, którą stworzono po to, aby sędzia miał warunki do wypełnienia swojej misji. Przypadki sprzeniewierzenia się zasadzie niezawisłości przez sędziów można rozpatrywać wyłącznie jako jednostkowe. Wadliwość działania sądów skutkująca przewlekłością postępowań, gdyż sędzia musi prowadzić kilkaset spraw równocześnie, to już problem społeczny, o którym się mówi od lat.

Fakt, że nie tyle sędziowie, ile sądy działają wadliwie, obnaża zasadniczą przyczynę problemu. Jest nią anachroniczna kultura zarządzania sądami. Ministerstwo Sprawiedliwości tkwi w roli zarządcy sądów, której nie potrafi sprostać. Stale ponawiane próby reform nic nie dają, gdyż ciągle powielają centralistyczny schemat organizacyjny z 1928 r. Dla ukrycia swej nieudolności ministerstwo wmawia społeczeństwu, że przyczyną problemów jest lenistwo sędziów. Kto w takim razie i jakim kosztem rozstrzyga 12 mln spraw rocznie?

Jeśli więc nie MS, to któż miałby skutecznej zarządzać sądownictwem? Najbardziej zainteresowani skuteczną zmianą są sami sędziowie, bo przecież każdy chciałby pracować w dobrze zorganizowanej firmie. Jako alternatywa dająca rękojmię powodzenia jawi się więc samorządność sędziowska.

Wielka Rada Sędziów

Zasadniczym zadaniem samorządności sędziowskiej powinno być przejęcie od ministra sprawiedliwości jako dotychczasowego zwierzchnika istniejącej struktury organizacyjno-decyzyjnej odpowiedzialności za sprawne i efektywne funkcjonowanie sądownictwa. Warunkiem przejęcia tej odpowiedzialności jest stworzenie odpowiedniej struktury samorządowej i wyposażenie jej w wyodrębnione środki finansowe zapewniające sprawne funkcjonowanie w aparacie państwowym, stworzenie wewnętrznego systemu kontroli, stworzenie prawnej możliwości ochrony uprawnień samorządowych, stworzenie skutecznej możliwości sygnalizowania pozostałym władzom i społeczeństwu swych uwag lub zastrzeżeń i wzajemne ich przyjmowanie od podmiotów zewnętrznych.

Wystarczające do osiągnięcia założonych celów będzie zorganizowanie samorządności tylko na dwóch poziomach: samorządność lokalna – w każdym sądzie, oraz ogólnokrajowy organ samorządności – może on nosić nazwę Wielka Rada Sędziów.

Samorządność lokalna ma służyć identyfikowaniu, analizowaniu i rozwiązywaniu problemów, przełamywaniu barier i pokonywaniu ograniczeń o charakterze lokalnym w działaniu poszczególnych sądów, czyli jak najbliżej miejsca, w którym powstają. W tym celu powinna mieć jak najszersze uprawnienia służące wykonywaniu tego zadania. Taką samorządność stworzą zebrania sędziów danego sądu. Organ ten już istnieje, lecz by działał skuteczniej, jego kompetencje należy poszerzyć. W sądach większych oprócz zebrań plenarnych działałoby prezydium wykonujące zadania pomiędzy zebraniami.

Potrzeba wprowadzenia Wielkiej Rady Sędziów jako organu centralnego wynika z tego, że w funkcjonowaniu sądownictwa pojawiać się mogą problemy o charakterze globalnym, których na szczeblu lokalnym rozwiązać się nie da. Ponadto istnieje konieczność stworzenia organu władnego wypowiadać się w imieniu sądownictwa jako całości oraz podejmującego nie tylko działania prawne w obronie naruszanych uprawnień samorządności, ale też działania naprawcze wobec nieskutecznie funkcjonującej samorządności lokalnej. Istotne będzie zwłaszcza przedstawianie w mediach, także społecznościowych, prawdziwego obrazu funkcjonowania sądownictwa, prowadzenie biura prasowego sądów powszechnych z ogólnopolskim rzecznikiem prasowym na czele i rzecznikami terenowymi.

Sposób wyboru i skład WRS powinien spełniać wymóg reprezentatywności całego środowiska sędziowskiego, ale też sprawności organizacyjnej i minimalizowania kosztów swego działania.

Powyższa koncepcja jest tylko szkicem wymagającym szczegółowego rozwinięcia. Sukces powołanego w 1990 r. samorządu terytorialnego jako sposobu na sprawniejsze rządzenie Polską pozwala z nadzieją przenosić doświadczenia samorządowe na grunt sądownictwa.

Autor jest sędzią Sądu Rejonowego w Wysokiem Mazowieckiem, przewodniczącym Zespołu do spraw Organizacji Sądownictwa Stowarzyszenia Sędziów Polskich Iustitia

POLECAMY

KOMENTARZE