Rzecz o prawie

Olga Łyjak, adwokat: Przekraczam granice wytrzymałości

m.p.
O swoich pasjach mówi Olga Łyjak, adwokat, prowadzi kancelarię w Zakopanem, biegaczka wysokogórska

Rz: Zostawiła pani kancelarię i apartament w Warszawie i przeprowadziła się pod Zakopane, żeby biegać po górach. Czy łatwo zostawić wszystko dla pasji?

Olga Łyjak: Wymaga to odwagi, ale pomysł dojrzewał. Zaczęłam biegać po górach i spędzałam w nich coraz więcej czasu. Coraz częściej pracowałam zdalnie. Wtedy zaczęłam myśleć o przeprowadzce. Oczywiście, brałam pod uwagę, że klienci zrezygnują z moich usług. Na szczęście tak się nie stało. Mam też zlecenia od klientów z Zakopanego. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że kariera zawodowa nie jest dla mnie aż tak istotna. Ciężko rezygnować z czegoś, na co wiele lat się pracowało i włożyło mnóstwo energii. Miałam już własną kancelarię i swoich klientów. Wcześniej pracowałam w tych największych, z pierwszych miejsc rankingów. Przez dwie kadencje byłam radną sejmiku województwa mazowieckiego. Prowadziłam duże, ciekawe sprawy. Stwierdziłam jednak, że mam jedno życie i warto z czegoś zrezygnować, żeby przeżyć coś nowego. Postawiłam na pasję, ale wciąż pracuję zawodowo. Trzeba przecież z czegoś żyć.

Gdzie pani trenuje?

W tygodniu biegam na Butorowy Wierch albo Drogą pod Reglami. To takie lżejsze treningi. W weekend biegam dłużej i w wyższych partiach gór. Najbardziej lubię trenować w Tatrach Słowackich. Można zabrać z sobą psa i jest mniej ludzi.

Co to znaczy lżejszy trening?

Podczas takiego treningu przebiegam 10–15 km w konwersacyjnym tempie, czyli takim, że mogę z kimś porozmawiać. Cięższe treningi rozpoczynam pięciokilometrowym spokojnym biegiem. Potem intensywnie biegnę 10 km. Ostatnie trzy pokonuję już spokojnym tempem. Latem zdarza mi się przebiec w ramach treningu 40 km w Tatrach, z dużym przewyższeniem. Zimą też czasem idę na parę godzin w góry. Wtedy pokonuję trasę około 25 km. Warunki są ciężkie – śnieg i lód spowalniają.

Jak to się zaczęło?

Przygodę z bieganiem zaczęłam we Wrocławiu w 2010 roku. Mój brat zapisał mnie na bieg przełajowy na 6 km. Nie byłam zachwycona, bo nie lubiłam biegać. Bieg trwał tylko 29 minut, ale to wystarczyło, żebym złapała bakcyla! Zaczęłam trenować. Nie dla zdrowia, nie dla zrzucenia paru kilogramów, zabawy czy wyciszenia, ale dla frajdy ścigania, dla endorfin i poczucia, że dałam z siebie wszystko. Zakochałam się w biegach górskich. Czuję się wtedy wolna. Pojawia się ból mięśni i zmęczenie, ale to jest przyjemne. Cały organizm pracuje, a mózg się dotlenia. Do głowy przychodzą najlepsze pomysły.

Co jest pani największym sukcesem?

Że mogę robić to, co kocham.

Dlaczego nie chce się pani pochwalić pierwszymi miejscami w zawodach?

Największą frajdę sprawia walka o jak najlepsze miejsce, a nie sama wygrana. Sukcesem jest, że dałam z siebie wszystko.

Ale chociażby przebiegnięcie 70 km po Tatrach to przecież nie spacer, na który może pójść każdy.

Rzeczywiście, przebiegnięcie Biegu Ultra Granią Tatr jest sukcesem, choć oczekiwałam od siebie więcej.

Zajęła pani drugie miejsce. To świetny wynik.

Tak, ale nie mogłam się do biegu przygotować tak jak chciałam z powodu choroby, która męczyła mnie całą wiosnę i pół lata.

Czy bieganie w górach jest bezpieczne?

Zdarza mi się, że na wspinaczkowych fragmentach albo zimą boję się o własne życie. Na treningach jednak wszystko kontroluję. Gorzej jest na zawodach, gdy biegnie się na maksa.

Na maratonie na Gran Canarii szybko zbiegałam i poślizgnęłam się na skale pokrytej piaskiem. Przewróciłam się i trysnęła krew. Rozcięłam kolano i policzek. A prowadziłam wśród kobiet. Krwawiąc, przebiegłam jeszcze 3 km do punktu odżywczego. Myślałam, że przykleją mi plaster i pobiegnę dalej. Widziałam kolejne dziewczyny przebiegające przez punkt i popędzałam sanitariuszy, żeby szybciej mnie opatrywali. W głowie miałam tylko myśl, żeby nadrobić stratę. Jeden z sanitariuszy powiedział, że muszą mnie zawieźć do szpitala, żeby zszyć kolano. Dopiero wtedy do mnie dotarło, że to koniec biegu i popłakałam się. Liczyłam na wygraną. Kolano bardzo bolało, rana była głęboka. Jednak emocje i adrenalina sprawiają, że przekracza się granice wytrzymałości. Nie wiedziałabym o tym, gdybym nadal każdy dzień spędzała przy biurku w szklanym biurowcu.

Jakie pani ma cele w bieganiu?

Pod koniec zeszłego roku wymyśliłam, żeby pobiec w biegach Skyrunning Extreme Series. Dostałam się na dwa – Kima Trophy i Glen Coe Skyline. To bardzo trudne, prestiżowe zawody. Na Kima jest tylko 250 miejsc. Trasa ma około 52 km we włoskich Alpach i 4200 m podejść. Czyli podczas biegu trzeba wejść na górę o wysokości 4200 m i z niej zbiec. Teren jest trudny, niektóre fragmenty trasy da się pokonać jedynie za pomocą łańcuchów. Przypomina to trochę Orlą Perć. Wymagane jest więc doświadczenie wspinaczkowe. Większość trasy przebiega na wysokości 2500 m n.p.m. Glen Coe Skyline leży w Szkocji, nieco niżej, ale trasa jest chyba nawet trudniejsza.

—rozmawiała Katarzyna Wójcik

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL