Reforma Ziobry: korupcja w sądownictwie to problem marginalny

aktualizacja: 12.03.2017, 13:53
Foto: Fotorzepa, Krzysztof Skłodowski

W polskim sądownictwie problem korupcji jest absolutnie marginalny.

REDAKCJA POLECA

Jednym z ważniejszych elementów reformy sądownictwa zapowiadanej przez ministra Zbigniewa Ziobrę jest zmiana w postępowaniach dyscyplinarnych sędziów i przedstawicieli innych zawodów prawniczych. Zdaniem ministra „większa transparentność, ściślejsza kontrola oraz niezależność postępowań dyscyplinarnych od wpływów środowiska ma wzmocnić autorytet wymiaru sprawiedliwości i samych sędziów". Remedium ma być wyłączenie sądownictwa dyscyplinarnego z dotychczasowego systemu i podporządkowanie go politykom.

Trochę historii

Minister Patryk Jaki nie pozostawia zresztą złudzeń, jak chciałby widzieć ministerialne uprawnienia do zwalniania sędziów, którzy nie spełnili oczekiwań władzy. Przypomniał, jak pewien skazany, korzystając z przerwy w karze, dopuścił się gwałtu. Z dumą stwierdził, że zamieszanych w tej sprawie funkcjonariuszy Służby Więziennej „wywalił na zbity pysk", oraz ubolewał, że sędziemu, który zastosował przerwę w karze, nic się nie stało. Najwyraźniej minister Jaki chciałby „wywalać na pysk" sędziów, którzy orzekli niezgodnie z jego oczekiwaniami.

Warto te poglądy porównać z kwestią odpowiedzialności sędziów za delikty dyscyplinarne w historii Polski. Już w okresie staropolskim znana była instytucja nagany sędziego, która w początkowym okresie stanowiła zarówno apelację od wyroku, jak i postępowanie przeciwko sędziemu, który wydał niesłuszny wyrok. Właściwie było to pozwanie go za nieprawidłowy wyrok. Od XVI w., gdy wprowadzono prawo do zaskarżania wyroków w formie apelacji, nagana sędziego stała się typowym postępowaniem dyscyplinarnym. Tryb rozpoznawania nagany był zmienny, ale zawsze skargę rozpoznawał inny sędzia, równorzędny lub wyższego szczebla. Nikt nigdy nie wpadł na pomysł, aby naganę rozpoznawał jakiś organ pozasądowy, np. mianowana przez króla specjalna komisja.

Coś się przypomina

W okresie rozbiorów ustawodawstwa państw zaborczych różnie kształtowały odpowiedzialność dyscyplinarną sędziów, jednak wspólnym mianownikiem była odpowiedzialność przed sądami (szczebla apelacyjnego i najwyższego). Nie inaczej ukształtowano odpowiedzialność dyscyplinarną sędziów w II Rzeczypospolitej (w ustawie z 1928 r.). W okresie PRL utrzymano formalnie sądownictwo dyscyplinarne w dotychczasowej postaci. Z jedną kluczową zmianą: od 1944 r. minister sprawiedliwości miał prawo usuwać z urzędu sędziego. Co ciekawe, wówczas także powoływano się na potrzebę efektywniejszego zarządzania sądami. Od 1963 r. uprawnienie do usunięcia z urzędu sędziego, który „nie dawał rękojmi należytego wykonywania obowiązków", miała Rada Państwa, na wniosek ministra sprawiedliwości. W praktyce przedstawiciele władzy wykonawczej mogli zatem swobodnie zwalniać sędziego z urzędu, niezależnie od postępowania dyscyplinarnego, co było zresztą zgodne z ówczesną koncepcją jednolitej władzy państwowej. Dopiero w 1989 r. przywrócono zasadę, że sędzia może być usunięty z urzędu tylko prawomocnym orzeczeniem sądu dyscyplinarnego.

Jedna kradzież sklepowa

Widać wyraźnie, że w dotychczasowej historii Polski nigdy nie było koncepcji powierzenia sądownictwa dyscyplinarnego sędziów jakimś organom pozasądowym. Na taki pomysł nie wpadły władze państw zaborczych ani władze PRL. Dopiero Zbigniew Ziobro doszedł do przekonania, że stan ten należy zmienić. Z kolei pragnienie Patryka Jakiego „wywalania na pysk" najpełniej spełniane było w latach 1944–1964, gdy minister sprawiedliwości zupełnie dowolnie mógł odwołać sędziego ze stanowiska. Pytanie tylko, czy do takich standardów powinniśmy dążyć...

Ministrowie Ziobro i Jaki w barwnych wystąpieniach malują obraz sądownictwa pogrążonego w korupcji i przestępczości wszelakiej, w którym tylko radykalne działania mogą coś zmienić. Jak ma się to jednak do rzeczywistości? Ministrowie powołują się tu chętnie na przypadek tzw. afery krakowskiej. Zarzuty te dotyczą jednak działalności gospodarczej sądu, a nie sfery orzeczniczej, i postawione są co do zasady nie sędziom (z wyjątkiem prezesa, co do którego toczy się postępowanie dyscyplinarne), lecz urzędnikom sądowym, notabene podległym ministrowi sprawiedliwości. Nie ma tu zatem w ogóle mowy o klasycznym „kupowaniu wyroków". Drugą sprawą głośną w ostatnich dniach jest podejrzenie kradzieży sklepowej przez jednego z wrocławskich sędziów. Przy okazji przypomniano podobne sprawy sprzed kilku miesięcy i inne zarzuty dyscyplinarne z ostatnich lat. Oczywiście także w tych przypadkach sprawa nie dotyczy „kupowania wyroków", tylko czynów o charakterze pospolitym. Nie trzeba oczywiście dodawać, że zasada domniemania niewinności nie pozwala na wyciąganie zbyt daleko idących wniosków z postępowań będących w toku.

Bywa czasem wspominany prezes Milewski z Gdańska (jako „sędzia na telefon"), ale to jednak sprawa sprzed lat, dawno zakończona prawomocnym skazaniem dyscyplinarnym, więc słaby to argument na dzisiejsze czasy. W dodatku argument paradoksalny – lekiem na uległość sędziego wobec polityka ma być jeszcze większe podporządkowanie sędziów politykom. Poza tym prawie nic. Specjalny wydział w Prokuraturze Krajowej, mający tropić „poważne przestępstwa sędziów i prokuratorów", przez rok funkcjonowania zajmuje się prawdopodobnie jedną kradzieżą sklepową. Bo gdyby były jakieś inne przypadki, minister Ziobro z pewnością by to ogłosił. Nie zachęcam bynajmniej bezrobotnych prokuratorów z tego wydziału do nadgorliwości i naciągania prawa w celu udowodnienia swojej przydatności. Ale olbrzymiej skali przestępczości sędziów jakoś nie widać.

Nie inaczej było w ostatnich latach. W latach 2000–2016 toczyło się zaledwie kilkanaście postępowań w sprawach zarzutów o charakterze korupcyjnym. Z tego jedynie pięć zakończyło się wyrokiem skazującym. Biorąc pod uwagę liczbę 10 tys. sędziów i okres 15 lat można stwierdzić jednoznacznie, że problem korupcji jest w polskim sadownictwie absolutnie marginalny. I aby odeprzeć zarzut, że te dane są wynikiem „zamiatania spraw pod dywan" przez „grupę kolesi", warto zaznaczyć, że ta skromna statystyka dotyczy także lat 2005–2007, gdy ministrem sprawiedliwości był Zbigniew Ziobro, a szefem Centralnego Biura Antykorupcyjnego Mariusz Kamiński.

Nic śmiesznego

Oczywiście nawet pojedyncze przypadki przestępstw popełnionych przez sędziów należy piętnować. Działania nielicznych czarnych owiec godzą w dobre imię wszystkich sędziów i powinny spotykać się z surową reakcją. Tak się zresztą dzieje, gdyż nie jest mi znana sytuacja, aby udowodnienie sędziemu przestępstwa nie skutkowało wydaleniem ze służby. Środowisko sędziów liczy ok 10 tys. osób i z pojedynczych, godnych potępienia przypadków nie można wyciągać uogólniających wniosków o całym środowisku sędziowskim. Przypadki działań niegodnych, rzadsze niż w innych grupach zawodowych, na pewno nie uzasadniają potrzeby jakichś nadzwyczajnych działań.

Za kuriozum należy uznać wyłączenie sądownictwa dyscyplinarnego z systemu sądowego. Tak bowiem chyba należy rozumieć pomysł utworzenia autonomicznej Izby Dyscyplinarnej w Sądzie Najwyższym, właściwej do rozpatrywania spraw dyscyplinarnych sędziów, prokuratorów, adwokatów, radców prawnych, notariuszy i komorników. Nie znamy szczegółów, nie było więc jak dotąd możliwości zaopiniowania projektu przez organizacje społeczne, w tym Stowarzyszenie Sędziów Polskich Iustitia. Nie wiadomo, czy w Izbie tej zasiadać mają dotychczasowi sędziowie SN, czy też „sędziowie" powołani w jakimś specjalnym trybie spośród osób cieszących się zaufaniem partii rządzącej. W powiązaniu z planem, by oskarżycielami w sprawach dyscyplinarnych byli prokuratorzy podlegli przecież ministrowi sprawiedliwości, tworzy to mechanizm bardzo niebezpieczny dla niezawisłości sędziów.

Założenie, że podlegli służbowo ministrowi prokuratorzy będą lepszą gwarancją obiektywizmu i rzetelności niż niezależni sędziowie, można by potraktować jako dobry żart, gdyby nie fakt, że są to tezy ministra sprawiedliwości RP. Sytuacja, w której podległy ministrowi prokurator zamiast składania zażalenia czy apelacji wzywa sędziego na przesłuchanie i próbuje stawiać mu zarzuty, nie ma już zupełnie nic wspólnego z państwem prawa. Łatwo można sobie wyobrazić, że odpowiedzialności dyscyplinarnej może podlegać sędzia orzekający wbrew woli rządzących, np. w prywatnych sprawach polityków partii rządzącej. Tak poważny instrument nacisku wprowadzany pod płaszczykiem zwiększania zaufania do sądów będzie w istocie końcem niezawisłego sądownictwa w Polsce.

Autor jest sędzią Sądu Okręgowego w Płocku, prezesem Oddziału SSP „Iustitia" w Płocku

POLECAMY

KOMENTARZE