Rzecz o polskich śmigłowcach

Sokoły spod Giewontu spieszą na ratunek

materiały
Po góra czterech latach praktyki w Tatrzańskim Ochotniczym Pogotowiu Ratunkowym pilot sokoła Janusz Wójcik utrwalił sobie kilka prawd, niestety, o wydźwięku raczej pesymistycznym.

Jedna głównych sprowadza się do tego, że wypadki w Tatrach były i będą się zdarzać, niezależnie od liczby apeli i nagłaśnianych w mediach drastycznych przykładów skrajnej niefrasobliwości.

- W ludzkiej naturze widać leży, by co jakiś czas kusić los i rozstawać się z rozsądkiem, co zwykle w wysokich górach kończy się tragedią – myśli Wójcik.

Inna prawda, ważna dla ratowników brzmi, że z naturą nie da się walczyć i choć załoga W-3A próbuje zmagać się podczas akcji z wiatrem, mgłą, śniegiem czy innymi fatalnymi warunkami, to czasem pozostaje się pogodzić z przewagą przyrody i wycofać. Trzecia uniwersalna prawda jest banalna: każda wyprawa ratunkowa jest niepowtarzalna i rzadko przystaje do rutynowych procedur, a zwykle wymyka się wszelkim wcześniejszym doświadczeniom.

– Ale gdy już startujemy po rannego to po to by zdążyć z pomocą. Czasem trzeba na centymetry przytulić się do ściany, znaleźć niszę, albo wytrwale próbować podejścia, jedną , drugą czy kolejną drogą i tak do skutku, z determinacją, maksymalna koncentracją i rozwagą – bo w tej robocie nie ma innej metody - opowiada Wójcik.

Bezcenny W-3A

Janusz Wójcik, dzisiejszy pilot dyżurny i czuwający w zakopiańskiej bazie ratownicy TOPR doceniają zalety trzeciego już w Tatrach Sokoła . - Nasze szanse w górach na skuteczne dotarcie do poszukiwanych rosną dzięki nadmiarowi mocy świdnickich maszyn, a ratownicy mają do dyspozycji na pokładzie więcej miejsca na ewentualne interwencje medyczne – mówią piloci. Odkąd też zainstalowano w śmigłowcu wyciągarkę z liną o zasięgu 90 metrów, można podejmować nawet najtrudniejsze akcje - dodają.

W zakopiańskiej bazie powietrznych ratowników trwa akurat instalowanie dodatkowego oświetlenia i przystosowywanie lądowiska do lądowań i startów w nocy. Ratownik Andrzej Górka z dumą pokazuje wnętrze toprowskiego śmigłowca: na pokładzie obok ciasno upakowanych lin i noszy zainstalowano niezbędny sprzęt medyczny: defibrylatory, respirator, pompę infuzyjną, nawet przenośny ultrasonograf. Nie narzekamy –z abieramy ze sobą specjalistyczne wyposażenie porównywalne z tym co normalnie wiezie na akcję najwyższej klasy karetka pogotowia – tłumaczy Górka.

Naczelnik TOPR Jan Krzysztof potwierdza, że po 25 latach eksploatacji sokołów świdnicka maszyna sprawdziła się w górach.

- Dla nas fakt, że możemy pomóc a nasz śmigłowiec wytrwale wspiera polskich ratowników to wielka satysfakcja – mówi Krzysztof Krystowski, wiceprezes grupy Leonardo.

- Jedyny kłopot jaki mamy - to zastąpienie ratowniczego W-3A w okresach przeglądów i napraw – przyznaje szef TOPR.

- Pomagają nam wówczas śmigłowce naszej Policji, w trudnych, nagłych przypadkach na odsiecz przybywają helikoptery słowackiego ratownictwa, ze ściąganym wprost z Bratysławy solidnym wiropłatem Mi -17 , przystosowanym do działania w nocy – mówi naczelnik Krzysztof.

Tragiczna statystyka

Szef TOPR podkreśla, że 186 tatrzańskich ratowniczek i ratowników, z tego 43 zawodowych, finansowanych w ponad 90 procentach z funduszów MSWiA a także środków gromadzonych przez Fundację Ratownictwa Tatrzańskiego TOPR dziś już nie wyobraża sobie skutecznego działania bez wsparcia śmigłowca. W zeszłym roku Sokoła z doświadczoną ekipą wysyłano na pomoc 291 razy. TOPR udzielił pomocy w tym czasie 893 osobom w tym 72 obcokrajowcom. Był wśród nich młody Litwin, którego przy pomocy śmigłowcowego dźwigu zdejmowano ze szczytu Małego Giewontu. „Trzy ćwierci od śmierci" - tak ocenili jego stan ratownicy: na górę turysta wszedł kompletnie bez przygotowania, kiedy ewakuowano go przy pomocy wyciągarki z grani nie miał butów, był skrajnie wyczerpany i przemarznięty. Życie uratował mu - jak zresztą większości poszkodowanych wzywających pomocy w Tatrach - telefon komórkowy.

Naczelnik TOPR wspomina, że niestety, wciąż nazbyt często urazy po wypadku są zbyt poważne lub pomoc przychodzi za późno. W 2017 roku Tatry pochłonęły 15 ofiar. Tylko w czasie ostatniej przedłużonej majówki zginęły 2 osoby, ratowano – 30.

Zazwyczaj źle kończy się w górach brawura, grzechem powszednim jest przecenianie swych sił, brak wyobraźni. Od lat w Tatrach giną przede wszystkim mężczyźni, a śmierć jest zazwyczaj konsekwencją upadku z wysokości. W sezonie narciarskim, kiedy zwykle odnotowuje się ok. 2,5 tys. drobnych i poważniejszych wypadków, częściej kontuzje odnoszą...kobiety – odnotowują statystyki TOPR. Entuzjaści nart zwykle łamią nogi – snowboardziści – ręce.

Prezydencki dar

Pierwszy ratowniczy śmigłowiec W-3A Sokół rozpoczął służbę w Tatrzańskim Ochotniczym Pogotowiu Ratunkowym ćwierć wieku temu, w marcu 1993 r. Do TOPR maszyna wyprodukowana w „Świdniku" trafiła jako dar Kancelarii Prezydenta Lecha Wałęsy.

Ratownicze świdnickie śmigła dostępne na wezwanie w górach na zawsze zmieniły standardy niesienia pomocy poszkodowanym. W drugiej połowie lat 90-tych, po tragicznym wypadku sokoła podczas ratowniczej akcji, w której zginęło dwóch pilotów: Janusz Rybicki i Bogusław Arendarczyk oraz dwóch „toprowców": Janusz Kubica i Stanisław Mateja, górscy ratownicy długo byli wspierani przez śmigłowce Wojska Polskiego, Policji oraz Straży Granicznej.

Po wymuszonej przerwie sokół ze znakami ratownictwa na kadłubie i sprzętem medycznym na pokładzie w Tatry jednak powrócił. Odpowiednie wyposażenie górskiego sokoła umożliwia podjęcie przez załogę bezpośrednich działań ratowniczych ze śmigłowca pozostającego w zawisie w najtrudniej dostępnych ścianach tatrzańskich. Specjalistyczny sprzęt ułatwia ewakuację zagrożonych turystów, ma przy tym zapewnić udzielenie pomocy oraz ochronę życia i zdrowia do czasu, aż poszkodowany znajdzie się w szpitalu. Ratownicy TOPR przekonują, że „śmigłami" ze Świdnika często udaje się przetransportować rannych z najdalszych partii Tatr do szpitala w czasie poniżej 30 minut.

Na pomoc sąsiadom

– W ciągu ostatnich trzech lat śmigłowiec był podrywany do akcji ratowniczej z naszej zakopiańskiej bazy blisko 600 razy, to oznacza, że sokół towarzyszył nam w niemal co trzeciej interwencji –podsumowuje naczelnik TOPR

- Warto dodać, że polski sokół pomaga też naszym południowym sąsiadom. W ciągu ostatnich trzech lat nasz śmigłowiec interweniował aż 14 razy za granicą, ratując życie 18 osobom na Słowacji – wylicza naczelnik TOPR.

Pierwszy śmigłowiec W-3A Sokół dla TOPR zszedł z taśm produkcyjnych w Świdniku dokładnie 12 lutego 1993 r., a jego tatrzański „chrzest" odbył się kilka dni później, tj. 18 lutego 1993 r. W marcu 1993 r. pierwszy TOPR-owski Sokół rozpoczął dyżury ratownicze.

Jednak historia eksploatacji śmigłowców przez górskie ratownictwo sięga jeszcze lat 60-tych. W archiwum TOPR znajdziemy wzmiankę, że po raz pierwszy ratownicy użyli śmigłowca już w 1963 r. Był to również wytwarzany w WSK PZL Świdnik śmigłowiec SM-1. W późniejszych latach – aż do 1993 r. - ratownicy TOPR (wtedy jako Grupa Tatrzańska GOPR) korzystali ze śmigłowców Mi-2 działających w ramach Lotnictwa Sanitarnego z Krakowa dzięki ogromnemu zaangażowaniu m. in. pilota Tadeusza Augustyniaka.

Źródło: rp.pl

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL