Rzecz o polityce

Unijna obrona to zagrożenie

Fotorzepa, Marian Zubrzycki
NATO jest najważniejsze.

Niepokojący sygnał z Berlina: Schulz, przywódca SPD, które może wejść do koalicji rządowej w Niemczech, zaproponował powołanie federacji europejskiej i stworzenie wspólnej unijnej armii. Wcześniej podobny pogląd wygłosił prezydent Francji Macron. Po brexicie Polska będzie jedynym dużym państwem UE, które zdecydowanie odrzuca takie rozwiązanie, co oznacza, że może nam zabraknąć sił i zdolności koalicyjnych do zablokowania tego pomysłu.

Europejska armia ma powstać do roku 2030, ale dwa dni temu ruszyła współpraca w dziedzinie obrony (PESCO), uczestniczy w niej 25 z 28 państw UE. To na razie finansowanie projektów rozwojowo-badawczych, ale kolejnym krokiem, który chce wykonać Unia, mają być wspólne zakupy obronne.

Schulz i Macron opowiadają się za budżetem strefy euro, ministrem finansów, parlamentem eurozony i połączeniem stanowisk przewodniczącego Rady Europejskiej z szefem Komisji Europejskiej, a w efekcie europejskiej federacji. Skoro tak, państwo europejskie powinno mieć także swoją armię oraz budżet obronny.

Ale jak miałby być on rozdzielany, kto wskazywałby priorytety wydatkowe? Jak miałaby być rozlokowana armia finansowana przez ów budżet? Jaka byłaby rola rządów narodowych? Zapewne wspólnotowy budżet oznaczałby uwspólnotowienie zakupów w celu ich optymalizacji.

Sposób wydatkowania pieniędzy na obronę, a więc w konsekwencji struktura armii i jej zdolności bojowe muszą opierać się na doktrynie obronnej. Macron proponuje, by także ona była wspólna. Jak połączyć jedną doktryną Portugalię i Estonię czy Polskę, skoro państwa te funkcjonują w odmiennym otoczeniu strategicznym?

Z punktu widzenia Francji i Niemiec pomysł jest dobry. Gdyby został zrealizowany, byłby potężnym lewarem zdolności militarnych Paryża, ma on wszak najlepszą armię na Starym Kontynencie i to ona grałaby pier wsze skrzypce w dowodzeniu europejskimi siłami. Także Niemcy mogłyby sporo zyskać. Schulz jest przeciwnikiem podnoszenia niemieckich wydatków obronnych, zaś europejska armia – zgodnie z efektem synergii – znacząco zwiększyłaby zdolności obronne RFN bez dodatkowych obciążeń budżetowych. Dla pozostałych państw UE, szczególnie tych na wschodniej rubieży, wspólnotowa obrona byłaby jednak krokiem w przepaść.

Europejska armia byłaby ciekawym pomysłem, gdyby w Europie nie istniały ponadnarodowe więzy obronne. Ale istnieją – to NATO. Sojusz jest najskuteczniejszym blokiem militarnym w dziejach ludzkości, ma wypracowane plany ewentualnościowe na wypadek wojny, stworzył i doskonali systemy dowodzenia, ćwiczy zdolności do natychmiastowego wejścia do walki z zaawansowanym technicznie przeciwnikiem. UE musiałaby się tego wszystkiego dopiero uczyć.

Obecnie tylko 3 proc. sił obronnych państw europejskich jest zdolnych do stoczenia wojny bez długotrwałych przygotowań. Jakakolwiek inicjatywa obronna poza ramami NATO musiałaby rywalizować o te skromne zasoby, zatem osłabiałoby to fundamentalnie zdolność sojuszu do natychmiastowej interwencji. Takie eksperymentowanie mogłoby być dla Polski zabójcze.

Autor jest doradcą firm zbrojeniowych, artykuł oddaje prywatne poglądy autora

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL