Rzecz o polityce

Talaga: Polska musi postawić na samoobronę

Fotorzepa, Piotr Nowak
USA gwarantuje mniej.

Polska jest stawiana w NATO za wzór, jeśli chodzi o wydatki zbrojeniowe. Ambitne plany w tym zakresie są jednak i tak zbyt skromne, ponieważ słabnie zdolność gwaranta bezpieczeństwa Polski, czyli Stanów Zjednoczonych, do masowej interwencji w naszej obronie. W takiej sytuacji powinniśmy budować armię wystarczająco silną, by w sytuacji krytycznej mogła samodzielnie odeprzeć przeciwnika.

W razie wrogiego ataku Polska będzie broniona kolektywnie w ramach zobowiązań wynikających z artykułu 5. traktatu waszyngtońskiego. Wyznaczone ku temu siły i środki są określone w tajnych planach ewentualnościowych NATO. Wiadomo jednak, że główną rolę w udzieleniu pomocy będą odgrywać wojska Stanów Zjednoczonych, największej potęgi militarnej świata. Tyle mówi teoria. W praktyce może być inaczej.

Szwankująca kolektywność

Interwencja w obronie Polski, jej skala i tempo – jeśli w ogóle do niej dojdzie – będzie zależała od wielu okoliczności zewnętrznych. Czy będzie to jedyna wojna, jaką będą toczyły Stany Zjednoczone w tym samym czasie, czy będą one zmuszone do utrzymywania znacznego zaangażowania militarnego poza Europą, nawet bez drugiego konfliktu. Wreszcie, skalę odpowiedzi określi skala ataku. Jeśli dojdzie do wojny granicznej, wystarczy sił w każdych warunkach, jeśli zaś do ataku na pełną skalę – nie wiadomo.

Wszystko to pokazuje, iż nawet przy jak najlepszych chęciach wywiązania się ze zobowiązań artykułu 5. – a nie ma podstawy, by je kwestionować – Stany Zjednoczone mogą mieć ograniczone możliwości udzielenia wsparcia lub wręcz nie mieć ich wcale. Gdyby tak się wydarzyło w czasie ataku na Polskę, nasze państwo upadnie.

W okresie zimnej wojny strategia amerykańska zakładała prowadzenie jednocześnie dwóch i pół wojny. Oznaczało to utrzymywanie sił zbrojnych zdolnych do równoczesnej walki w dwóch dużych konfliktach i jednym o mniejszej intensywności. Było to założenie niezwykle kosztowne, ale pozwalało przywództwu USA na luksus skutecznego użycia siły militarnej i utrzymanie amerykańskiej przewagi niemal w każdych okolicznościach.

Te czasy jednak się skończyły. Pokazuje to dobitnie najnowszy US Military Strenght Index opracowany przez fundację Heritage. Jak z niego wynika, Stany Zjednoczone, wskutek cięć w budżecie Pentagonu i wynikającego z nich zmniejszenia zdolności sił zbrojnych, nie są już w stanie prowadzić dwóch wielkich wojen równocześnie.

Mają one za mało brygad wojsk lądowych – 31 (powinno być 50), za mało samolotów bojowych w służbie czynnej – 923 (powinno być 1200), okrętów, dział itd. Zbyt mało brygad ma wysoką gotowość bojową (ledwie jedna trzecia, powinny mieć dwie trzecie), wreszcie wojska lądowe nie wprowadzają nowego sprzętu bojowego (czołgi, transportery, haubice), a jedynie modernizują już posiadany.

Zróbmy to sami

Dane podane przez Heritage pokazują jasno, że USA nie tylko nie mają zasobów potrzebnych do równoczesnego prowadzenia dwóch dużych konfliktów jednocześnie, ale nawet w przypadku jednego ich siły zbrojne potrzebowałyby czasu na osiągnięcie pełnej zdolności do adekwatnej interwencji.

W takiej sytuacji Polska musi budować potencjał do samoobrony. Oznacza to nie tylko zwiększenie budżetu obronnego powyżej planowanych 2,5 proc. PKB, ale przede wszystkim rozbudowę rezerw osobowych i zapasów sprzętu dla nich. Rozsądne byłoby osiągnięcie wskaźnika mobilizacji na poziomie Finlandii, czyli stan sił zbrojnych w czasie pokoju pomnożony przez 8, a nawet 10. Dałoby to w wypadku Polski od 800 tysięcy do miliona żołnierzy. Nawet gdyby nie byli uzbrojeni w najnowocześniejszy sprzęt, stanowiliby potężną siłę zaporową dla wrogiej inwazji.

Taki plan to coś więcej niż modernizacja techniczna armii, to włączenie całego narodu do wysiłku obronnego, dlatego mógłby się powieść tylko pod warunkiem powszechnego konsensu politycznego.

Autor jest dyrektorem ds. strategii Warsaw Enterprise Institute, doradcą firm zbrojeniowych

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL