Rzecz o polityce

Tomasz Krzyżak o akcji "Różaniec do granic": Autentyczna modlitwa czy katoevent?

Fotorzepa, Waldemar Kompała
Spór o „Różaniec do granic".

O „Różańcu do granic" w ostatnich dniach powiedziano wiele. Sam przed kilkoma dniami zwracałem na tych łamach uwagę na fakt, że inicjatywa ta otrzymała ze strony Episkopatu i rzeszy duchownych większe wsparcie aniżeli odbywający się w tych dniach tydzień modlitw w intencji uchodźców. Być może mój tekst spowodował, że kilku krytyków „Różańca do granic" wyciągnęło daleko idące wnioski i uznało, że akcja ta wymierzona jest w uchodźców. Jeśli tak właśnie się stało, pozostaje ubolewać.

Faktem jest jednak, że w przestrzeni publicznej modlitwę różańcową powiązano z rzeszą uchodźców, która w ostatnich miesiącach szturmowała granice Europy. Doskonale znamy stanowisko polskiego rządu w odniesieniu do problemu uchodźczego. Narzucona zaś Polakom narracja w każdym uciekającym przed wojną każe widzieć muzułmanina. Proste zestawienie rocznicy morskiej bitwy pod Lepatno, gdzie chrześcijanie zatrzymali muzułmanów i uchronili Europę przed islamizacją, z otaczającą nas dookoła rzeczywistością podpowiada, że modlitwa jest nie za, ale przeciwko. Niestety, organizatorom tego wydarzenia nie udało się uciąć tego typu narracji. A może za cicho się od niej odcinali?

Nie ukrywam, że podchodzę do tego typu inicjatyw z rezerwą. Nie mój model pobożności. Swoje spotkanie z Bogiem wolę przeżywać w inny, bardziej indywidualny, sposób. Nie zamierzam przy tym odmawiać innym, do których to przemawia, udziału w takich imprezach. Nasz Kościół jest piękny właśnie ze względu na różnorodność. Ale nie oznacza to, że nie wolno pytać.

Nabożeństwa tego typu są w istocie czymś obcym w naszej pobożności. Nie można ich porównywać z mszami podczas papieskich wizyt, złym porównaniem będą także duże uroczystości przy innych okazjach. I pewnie dlatego odnoszę wrażenie, że bardzo mocno modlitwa taka zbliża nas do nabożeństw zielonoświątkowych. Do gigantycznych katoeventów, w których Bóg w istocie znajduje się na dalszym planie. Na pierwszy zaś wysuwa się całą otoczkę, której najważniejszym elementem będzie jakaś manifestacja, a także pewnego rodzaju prowokacja.

W polskiej tradycji oprócz października, w którym odprawia się różaniec, mamy jeszcze kilka okazji, by urządzić podobne katoeventy. W adwencie zamiast wczesnym rankiem wędrować z lampionami do kościoła, zróbmy wielkie roraty na miejskich rynkach – wszak i tak za moment postawimy na nich bożonarodzeniowe żłóbki.

Wiosną w kościołach, kaplicach, a przede wszystkim przy przydrożnych kapliczkach odprawiane są nabożeństwa majowe. Zróbmy jedno wielkie przez całą Polskę: od krzyża na Giewoncie aż po Hel. Wszak św. Jan Paweł II prosił, byśmy go strzegli od Tatr aż po Bałtyk.

Coś pokombinować można też przy okazji nabożeństwa czerwcowego. Ideologię zawsze da się dorobić. Tylko po co? Co w ten sposób pokażemy? Nasze przywiązanie do wiary, do tradycji ojców? Czy to nasza odpowiedź na czarne protesty? Na postępującą sekularyzację? Czy to właśnie jest zejście z kanapy, o którym podczas Światowych Dni Młodzieży mówił papież Franciszek?

Te pytania można mnożyć w nieskończoność. A przecież idzie nie o manifestację, lecz o życie wiarą. Jak mam pogodzić fakt, że jeden z portali prawicowych jednego dnia pełen jest tekstów na temat akcji „Różaniec do granic", zachęca do tego, by wziąć w niej udział. Potem obszernie ją relacjonuje, zamieszcza zdjęcia, oburza się krytyką. Kilka dni później ten sam portal w informacji o tym, że berlińska komunikacja publiczna zamierza jako kierowców zatrudnić uchodźców, pisze z pogardą, że „nie będą musieli porywać ciężarówek". Jak zrozumieć to, że człowiek, który jednego dnia ściska publicznie koraliki różańca, jutro publicznie opluje drugiego człowieka? Nie dziwmy się, że mówią o nas, że jesteśmy hipokrytami. Sami na to pozwalamy.

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL