Prenumerata 2018 już w sprzedaży - SPRAWDŹ!

Rzecz o polityce

Andrzej Talaga: Polska napuchła wielkością

Fotorzepa, Piotr Nowak
Polska, jako regionalne mocarstwo za trzy dekady? Sen szaleńca? Niekoniecznie, jeśli będą nam sprzyjały okoliczności – osłabną Niemcy i Rosja, a my sami weźmiemy się ostro do pracy. Nawet gdyby ta wizja miała się nigdy nie ziścić, każdy wysiłek w kierunku jej realizacji wzmocni Polskę.

Wizję mocarstwowości Rzeczypospolitej ponownie zarysował George Friedman, założyciel ośrodka Stratfor, podczas sopockiego EFNI. Z krajowej perspektywy potencjalnej wielkości jakoś nie widać, można by zatem zbyć gdybania amerykańskiego analityka uśmieszkiem zażenowania, ale może warto na rzecz całą spojrzeć z innej strony. Co musiałoby się wydarzyć wokół nas, co sami musielibyśmy zrobić, by za trzy dekady to Polska rozdawała karty w naszej części kontynentu.

Na okoliczności zewnętrzne nie mamy wielkiego wpływu. Oczywiste jednak, że Rosja musiałaby się rozpaść, a Niemcy utracić przywódczą pozycję, by zrobiło się miejsce dla polskich ambicji. To pierwsze nie jest nierealne, biorąc pod uwagę, jak płytka pozostaje w gruncie rzeczy władza Putina. Drugie także leży w zakresie wyobrażeń, czynnikiem rozsadzającym może stać się podział wewnętrzny między autochtonami a muzułmanami. Rdzenne Niemki rodzą statystycznie trzy raz mniej dzieci niż muzułmanki, co za dwie, trzy dekady zaowocuje nową strukturą niemieckiego społeczeństwa.

Mamy za to wpływ na czynniki wewnętrzne. Warto zatem zdefiniować, gdzie leżą główne przeszkody na drodze do mocarstwowości.

Pierwsza to demografia. Mamy niski wskaźnik dzietności, luka demograficzna już odbija się na rynku pracy, a będzie jeszcze gorzej w przyszłości. Jeszcze bardziej zgubny wpływ ma na system emerytalny, który wkrótce stanie się niewypłacalny, a świadczenia bezpośrednio obciążą budżet państwa. Mocarstwo zaś musi mieć podaż pracowników i żołnierzy, nie mogą go też obciążać nadmiernie wydatki socjalne.

Druga przeszkoda to słaba gospodarka. W dobie przyrostu PKB, malejącego deficytu budżetowego, przewidywanym wzroście ratingów oraz zaliczeniu Polski do krajów rozwiniętych brzmi to jak malkontenctwo, ale nasza gospodarka „mocarstwowa" nijak nie jest. Pod względem wzrostu PKB zajmujemy ledwie szóste miejsce w Unii, co oznacza, że nie dogoniliśmy państw bogatszych. Jeśli zaś chodzi o deficyt, mamy mało chwalebne trzecie miejsce w UE od końca po Rumunii i Francji.

Trzecia przeszkoda to słabość militarna. Pomimo wysiłków reformatorskich Wojsko Polskie nie jest w stanie samodzielnie obronić państwa, nie mówiąc już o interweniowaniu w Europie Środkowej, gdyby zaszła taka potrzeba.

Widać zatem, że mocarstwowość nie będzie możliwa bez wzmocnienia dzietności i polityki imigracyjnej zachęcającej do osiedlenia się w Polsce milionów pożądanych cudzoziemców, czyli bliskich nam kulturowo. Wielkość przejdzie koło nosa bez przebudowy gospodarki na bardziej innowacyjną i efektywniejszą. Sporo wysiłku i masę pieniędzy trzeba będzie włożyć w budowę silnej armii zdolnej do samodzielnego prowadzenia wojny obronnej i interwencji w najbliższym otoczeniu, jeśli zdarzy się taka potrzeba oraz w przygotowanie całego społeczeństwa do obrony.

W każdej z tych dziedzin coś się dzieje – program Morawieckiego, 500+, plan modernizacji technicznej armii, ale nie ta skala, nie ta energia we wdrażaniu. Wizja Friedmana pewnie pozostanie snem, ale co przeszkadza mieć ją przed oczami w reformowaniu Polski? Cierpimy na nadpodaż deklaracji, a deficyt czynów. Jeśli się to nie zmieni, pozostaniemy w Europie drugiej klasy.

Autor jest dyrektorem ds. strategii Warsaw Enterprise Institute, doradcą firm zbrojeniowych.

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL