Rzecz o polityce

Michał Szułdrzyński: Czego nie rozumieją krytycy PiS

Przez lata wiele partii deklarowało pomoc dla mniej zamożnych Polaków, ale dopiero PiS naprawdę coś zrobił
Fotorzepa, Marian Zubrzycki
Wysokie poparcie dla partii rządzącej ma solidne społeczne podstawy

Politycy opozycyjni oraz część komentatorów, którzy zwalczają partię Jarosława Kaczyńskiego, od kilku tygodni przecierają oczy ze zdumienia, że mimo licznych zaklęć i przekleństw z ich strony sondaże dla PiS są wyjątkowo łaskawe. A przecież po tym, jak zostały podeptane wszystkie standardy, zduszona wolność słowa, zlikwidowany podział władzy i wprowadzony autorytaryzm, poparcie dla partii rządzącej powinno szorować po dnie.

Sęk w tym, że dopóki patrzy się na PiS przez pryzmat wartości wyznawanych przez znaczną część wielkomiejskich, liberalnych elit, do której notabene należy większość dziennikarzy, dopóty nie widać powodów, dla których niecałej połowie Polaków podoba się partia rządząca, a przynajmniej podoba się na tyle bardziej od ugrupowań opozycyjnych, że gotowa jest mówić ankieterom firm badawczych, iż odda głos na PiS. Powodów jest naprawdę sporo, lecz nie mieszczą się one w ramach światopoglądu większości krytyków PiS. A dopóki nie zrozumieją, dlaczego PiS ma tak wysokie poparcie, dopóty nie będą w stanie zaproponować Polakom przekonującej alternatywy.

Raz w górę, raz w dół

Na początku warto rzucić okiem na sondaże. Uśrednione poparcie dla PiS to około 40 proc. (w niektórych badaniach partia osiąga nawet 44 proc.). Poparcie dla Platformy to około 20 proc., a dla Nowoczesnej i Kukiz'15 po 9 proc. (dane za serwisem ewybory.eu, który opiera się na badaniach CBOS, IBRiS, Pollster, IPSOS, Kantar i Estymator). Jeśli przypomnimy sobie, że w wyborach PiS otrzymał 37,5 proc., widzimy, że poparcie dla partii rządzącej nie urosło wcale gigantycznie, lecz jest po prostu bardzo stabilne.

PiS zaliczył dwa sondażowe dołki, ale miał też dwie górki. Pierwsze tąpnięcie było jesienią ubiegłym roku, po tzw. czarnym proteście (w październiku 2016 średnie poparcie dla PiS wyniosło ok. 31 proc.). Drugi spadek odnotowano po tym, jak polski rząd sprzeciwił się przedłużeniu kadencji Donalda Tuska w fotelu szefa RE.

Z kolei pierwsze zauważalne zwiększenie poparcia dla PiS przypada na wakacje 2016 roku (36 proc. w sierpniu). To tuż po szczycie NATO, na którym Barack Obama obiecał przysłanie do Polski amerykańskich wojsk, później powołano komisję śledczą ds. wyjaśnienia afery Amber Gold, a następnie bardzo udane Światowe Dni Młodzieży. Kolejny wzrost poparcia dla PiS zaczął się wiosną, a duży skok nastąpił w czerwcu (37 proc.), by osiągnąć dzisiejsze 40 proc. Związane to było z udaną wizytą Donalda Trumpa i trzema wetami prezydenta Andrzeja Dudy.

Zmiana roli państwa

Ciekawie wyglądają nie tylko liczby, ale też geografia zmian. Widoczny wzrost poparcia dla PiS w zachodniej i centralnej Polsce to nowe zjawisko. Zwyżki sympatii do partii rządzącej w Zachodniopomorskiem, Łódzkiem, Kujawsko-Pomorskiem czy Pomorskiem to sygnał, że zmiany poparcia dla PiS mają charakter nie tyle ilościowy, co strukturalny. Do tego dochodzi jeszcze wzrost deklarowanej frekwencji, co może sugerować, że do wyborów chcą iść – i zagłosować na Kaczyńskiego – osoby, które dotychczas deklarowały, że polityką się nie interesują.

Wielu komentatorów uważa, że negatywne zjawiska, choć na razie nie szkodzą partii rządzącej, kiedyś mogą się skumulować, tak samo jak afery i skandale nie zatopiły od razu Platformy, lecz wróciły ze zdwojoną siłą podczas wyborów.

To prawda, ale zmiany strukturalne w elektoracie PiS każą zwrócić uwagę na zjawiska, które z punktu widzenia wielu grup wyborców są pozytywne. Pierwszym z nich jest 500+. I nie chodzi o to, że PiS kupił przychylność wyborców za 500 złotych na dziecko. Nie, to raczej symbol operacji, którą wykonała na państwie partia rządząca. Wiele ugurpowań dotychczas mówiło, że będzie się troszczyć o mniej zamożnych kosztem największych graczy, ale PiS był pierwszą partią, która to naprawdę zrobiła. Szeroki strumień pieniędzy popłynął do społeczeństwa – co ciekawe, zrównując i bogatych i biednych, którzy otrzymują dodatek na dzieci – zwiększając konsumpcję i wzrost PKB. Nie sprawdziły się (jak dotąd) kasandryczne wróżby liberalnych ekonomistów, że 500+ doprowadzi Polskę do katastrofy, faktem zaś jest, że świadczenie trafiło do rodzin niemal 4 mln polskich dzieci.

Równocześnie wprowadzono podatek bankowy (a Polacy banków bardzo nie lubią) i rozpoczęto walkę z handlem lewym paliwem oraz uszczelnianie systemu VAT. Co kilka dni do mediów trafiają informacje o rozbiciu kolejnej grupy przestępczej, która wyłudzała ten podatek lub oszukiwała państwo. Hasło „wystarczy nie kraść, a będą pieniądze, by dawać je ludziom", choć demagogiczne, oddaje zmianę roli państwa. Jeśli dodamy do tego niezły stan budżetu, rosnący PKB i malejące bezrobocie, utyskiwania wielu przeciwników dobrej zmiany w oczach tych grup społecznych, które na niej zyskują, są zupełnie niezrozumiałe.

Głos suwerena

Inną zmianą jest to, że PiS stara się pokazywać wyborcom, że realizuje obietnice wyborcze. Te dotyczące spraw socjalnych (500+, darmowe leki dla seniorów, podwyżki płacy minimalnej), choć mrożą krew w żyłach liberalnych komentatorów, podobają się obywatelom.

Jedną z najważniejszych obietnic wyborczych było obniżenie wieku emerytalnego, które właśnie wchodzi w życie. I wbrew liberalnym krytykom wszystkie sondaże pokazują, że Polacy nie akceptowali reformy dokonanej przez PO.

PiS potrafi też w wielu kluczowych sprawach szczegółowo analizować społeczne lęki i pragnienia. Jednym z nich jest kwestia bezpieczeństwa. Fakt, że w naszym kraju nie było motywowanego fanatyzmem islamskim zamachu terrorystycznego, sprawia, że subiektywne poczucie bezpieczeństwa rośnie. I choć – znów – jest to niezgodne z polityczną poprawnością ani liberalnymi dogmatami, PiS podkręca antyimigrancką i antyislamską retorykę, idealnie trafiając w potrzeby zwykłych Polaków.

Trzeba pamiętać, że większość Polaków jest znacznie bardziej konserwatywna niż zachodnie społeczeństwa. Dlatego sporo zmian, które dzieją się w sferze kultury, może się spotykać ze zrozumieniem szerokich grup społecznych. Choć środowiska liberalne czy lewicowe są tym przerażone, postawienie na patriotyzm w szkolnych programach, akcentowanie antykomunizmu w mediach publicznych itp. czy też ostentacyjna religijność rządzących i publiczne uczestnictwo w uroczystościach religijnych podobają się nie tylko słuchaczom Radia Maryja.

Polem, na którym PiS może sporo zyskiwać w oczach swoich wyborców, jest polityka zagraniczna. Wstawanie z kolan, choć krytykowane w środowiskach wielkomiejskich, może dawać poczucie satysfakcji szerszym grupom. Była już mowa o niechęci do imigrantów. Przedstawianie przez PiS sporu z Komisją Europejską jako kary za nieprzyjmowanie przybyszów z państw muzułmańskich może się okazać skuteczne. Dla nastawionych proamerykańsko Polaków bardzo wymowny jest fakt, że przyjeżdża i chwali nas Donald Trump, zaś mamy poważne kłopoty z unijnymi elitami. Podobny mechanizm działa w przypadku reparacji od Niemiec. I gdy białe kołnierzyki grzmią, że to zaprzepaszczenie budowanego od trzech dekad porozumienia, większość Polaków – jak pokazał ostatni sondaż – popiera ten postulat, uznając go zapewne za kolejny etap uzyskiwania przez Polskę podmiotowości.

Z tym związana jest gra na nucie antyelitarnej, która dobrze rezonuje w szerokich masach społeczeństwa, w większości wywodzącego się ze wsi. Przedstawiając część swoich działań jako wynikających z troski o „zwykłych Polaków", partia rządząca podsyca – gdy trzeba – niechęć wobec różnych grup, utożsamianych z elitami, na przykład do dziennikarzy, prawników, którzy często są krytyczni wobec jego posunięć.

Ale tu nie chodzi wyłącznie o społeczne resentymenty. Ta polityka ma jeden wymierny efekt, a mianowicie swoistą redystrybucję prestiżu. Choć profesor Wojciech Sadurski ma największe pretensje do Jarosława Kaczyńskiego za to, że dał „nieoświeconemu plebsowi poczucie dostępu do władzy", polityka PiS sprawiła, że wiele osób, które dotychczas czuły się obywatelami drugiej kategorii, odzyskała poczucie godności, zaczęła czuć się w Polsce u siebie i uważać, że rząd reprezentuje ich interesy.

Opozycja nie powinna mieć więc złudzeń – poparcie dla PiS ma bardzo solidne podstawy. Dziś może przegrać tylko ze sobą, jeśli arogancją roztrwoni kapitał, który zgromadziło w ostatnich dwóch latach.

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL