Rzecz o polityce

Talaga: Rosja naszym wrogiem

Fotorzepa, Piotr Nowak
Właśnie kończą się manewry Zapad 2017. Nie chodziło w nich tylko o przećwiczenie sprawności militarnej, miały one głównie cele polityczne.

Nie były przykrywką dla operacji militarnej przeciw NATO, Ukrainie lub okupacji Białorusi, lecz wirusem wpuszczonym do systemu odpornościowego sojuszu. Im więcej ćwiczeń, które są rzekomo wstępem do wojny, tym łatwiej będzie w przyszłości ukryć rzeczywiste przygotowanie do agresji, tym bardziej zostaną też rozmiękczone zachodnie społeczeństwa, w tym polskie.

Chybione przestrogi

Z ćwiczeń płynie prosty morał – zawsze należy liczyć się z agresją Rosji i do niej przygotowywać, niezależnie od tego, czy ostrzeżenia ekspertów są uzasadnione czy chwilowo nie. Moskwa chce ukryć gotowość do wojny z NATO. Głosi, że ją ma, choć tak nie jest, a w przyszłości będzie na odwrót. To duże wyzwanie dla polskich polityków, bo utrzymanie wysokiej akceptacji dla wydatków militarnych w długiej perspektywie nie będzie łatwym zadaniem.

Prezydent Ukrainy Petro Poroszenko mówił przed rozpoczęciem manewrów, że będzie to wstęp do agresji na Ukrainę. Władze ukraińskie podawały nawet liczbę 250 tys. żołnierzy zaangażowanych w ćwiczenia. Oficjele natowscy ostrzegali z kolei przed prowokacjami wobec państw bałtyckich, a opozycja białoruska mówiła o pozostaniu wojsk rosyjskich na stałe na Białorusi i de facto jej okupacji.

Wojna nie wybuchła, a czy Rosjanie wyjdą z Białorusi, przekonamy się dopiero 30 września, kiedy mija termin ich powrotu do baz. Przestrogi zatem rozminęły się z rzeczywistością, były więc niewiarygodne, a Ukraina, pompując grozę Zapad 2017, chciała wykorzystać manewry do wzmocnienia swojej pozycji w negocjacjach o dostawie amerykańskiej broni, przede wszystkim przeciwpancernej.

Ograniczony atak

W efekcie, podczas kolejnych manewrów przy granicy NATO trudniej będzie już formułować radykalne ostrzeżenia, a następne nie wzbudzą nawet zainteresowania opinii publicznej. O to właśnie chodzi. Media i ośrodki opiniotwórcze, także w Polsce, miały rację, ostrzegając, ale stały się mimowolnie narzędziem w wojnie hybrydowej prowadzonej przez Rosję.

Wojna konwencjonalna w Europie wymaga przygotowań, podciągnięcia wojsk, sprzętu, uruchomienia sieci zaopatrzenia. Wszystko to jest łatwe do wykrycia przez satelity, przeciwnik ma więc czas, by się przygotować do odparcia ataku. Rosja dobrze o tym wie, zdaje też sobie sprawę z własnej słabości, jej wydatki militarne wszak to jedna dziesiąta wydatków NATO.

Jedyna wojna, jaką może stoczyć z sojuszem z nadzieją politycznych zysków, to szybka, ale ograniczona ofensywa, zajęcie części wrogich terytoriów i wyjście z propozycją pokojowych negocjacji. Państwa NATO podczas symulacji konfliktu z Rosją na ogół nie przewidują zajęcia przez nią całych państw bałtyckich, a jedynie ich części zamieszkanych przez mniejszość rosyjską i ważnych szlaków oraz centrów komunikacyjnych, w wypadku Polski pod krótką okupację dostałyby się ziemie północno-wschodnie.

Choć przestrogi zawiodły, nie wolno ignorować faktu, że Rosja konsekwentnie modernizuje siły zbrojne i podnosi ich gotowość. Armia ćwiczy na kolejnych manewrach, w tym Zapad 2017 i Kaukaz 2017, szybki przerzut wojsk i natychmiastowe przejście do ofensywy.

Podnoszenie napięcia

Tak właśnie mógłby wyglądać atak na państwa bałtyckie i Polskę. Najlepszą zaś przykrywką do uderzenia są i będą w przyszłości manewry. Rosji opłaca się podnosić napięcie przed każdymi z nich, by raz po raz udowadniać, że obawy są bezzasadne, i uderzyć, kiedy nikt już nie będzie wierzył w ostrzeżenia.

To nie scenariusz pewnej wojny, ale opcja, w którą Moskwa inwestuje siły i środki finansowe. Zapad 2017 nie był wstępem do wojny, może nie być nim też w kolejnych latach, jednak za każdym razem Polska musi brać pod uwagę ową opcję. Rosja jest wrogiem i tak należy ją traktować. ©?

Autor jest dyrektorem ds. strategii Warsaw Enterprise Institute, doradcą firm zbrojeniowych

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL