Rzecz o polityce

Marek Migalski: Unia nie chce już oswajać dzikich plemion

AFP
Nieuchronny marsz ku podziałowi Wspólnoty

Zeszłotygodniowe słowa Angeli Merkel o tym, że choć chce dobrych relacji z Polską, to jednak nie może „trzymać języka za zębami" i nie reagować na ignorowanie przez nasz kraj zaleceń Komisji Europejskiej w sprawie przestrzegania zasad prawa, świadczą o tym, że kanclerz Niemiec zdecydowała o trwałym podziale Unii Europejskiej i zaakceptowaniu Europy kilku prędkości. Paradoksalnie, jest to dokładnie to, czego chce Jarosław Kaczyński. Czyżbyśmy zatem byli świadkami rozpadu wspólnoty europejskiej takiej, jaką znaliśmy do tej pory?

Deklaracja Merkel padła w dniu, w którym spotkała się ona z przywódcami Francji, Włoch i Hiszpanii. Wszystko wskazuje na to, że postanowiono tam o ściślejszej integracji krajów strefy euro lub, mówiąc bardziej precyzyjnie: państw zainteresowanych przyspieszeniem i zintensyfikowaniem procesów unifikacyjnych wewnątrz UE. Nie chcą one czekać na maruderów, takich jak Polska czy Węgry, i pragną zacieśnienia współpracy w ramach wspólnego budżetu krajów mających walutę euro. Kraje te inaczej patrzą prawie na wszystko, co stanowi o współczesnej agendzie politycznej: zaczynając od waluty właśnie i spraw gospodarczych, poprzez stosunek do imigrantów i mniejszości, po relacje z USA. Dla przywódców tych państw poglądy Kaczyńskiego czy Orbána na małżeństwo, prawa mniejszości, świeckość państwa, prawa człowieka, wolność mediów są po prostu kuriozalne. Patrzą na nas jak na dzikich, którzy wciąż lubią sobie potańczyć w blasku księżyca, zjeść surowe mięso i wbić na pal przedstawiciela innego plemienia.

Napisałem „na nas", bowiem nie mogło umknąć uwadze zachodnich partnerów, że zapatrywania szefów PiS i Fideszu nie są czymś egzotycznym nad Wisłą i Dunajem, lecz mają szerokie poparcie społeczne. Słusznie zatem konstatują, iż zapatrywania Kaczyńskiego na chorobotwórcze zagrożenie ze strony uchodźców czy też poglądy Orbána na kształt rynku medialnego są podzielane przez większość Polaków i Węgrów. Zatem ich rządy nie są tylko chwilową fanaberią wyborców, ale mogą na bardzo długo stanowić o kształcie polityk obu państw. Należy zatem wyciągnąć z tego prawidłowe wnioski.

A brzmią one następująco: zostawmy tych „dzikich górali", jak pisał Miłosz, samym sobie, niech robią, co uważają za stosowne, niech rządzą się na swoją modłę. Próbowaliśmy ich oswajać, oswajać dobrodziejstwami cywilizacji, zachęcać do przestrzegania zachodnich wartości. Ale nie udało się.

Nie oglądajmy się

Oni wolą tkwić w okowach swych przesądów i fobii, które zwą podstawami zdrowej rodziny, narodu i kultury europejskiej. Chcą kultywować swoje zwyczaje, obyczaje i sposoby zarządzania wspólnotą. Wyrzucić z Unii ich nie możemy, bo wzajemnie będą się chronić. Zatem zostawmy ich swojemu losowi. Niech zarządzają własną przestrzenią polityczną na swoisty dla siebie sposób, a my zajmijmy się sobą. Byle tylko nie chcieli nadal korzystać z naszych pieniędzy i ochrony. Byle tylko nie przeszkadzali nam integrować się wokół tego, co my sami określamy jako wartości europejskie, i wokół tego, co uznajemy za dobre dla naszych społeczeństw i gospodarek. Wprowadźmy zatem Unię wielu prędkości i nie oglądajmy się na nich. Niech tkwią w grey zone (szarej strefie) między nami a Rosją. Niech kształtują swój los według własnych wyobrażeń, nawet jeśli są to XIX-wieczne fanaberie i nacjonalistyczne fobie.

Prawie dokładnie tego samego chce Kaczyński. Prawa do władztwa nad swoim terytorium i ludem, którym włada. Możliwości kształtowania ustroju Polski bez ingerencji czynników zewnętrznych. Bezkarności we wprowadzaniu swojej wizji państwa i narodu. Pokonania imposybilizmu, którym to terminem określa wszelkie mechanizmy check and balance, charakterystyczne dla liberalnej demokracji. Pełnej suwerenności rozumianej jako nieograniczona niezależność od zewnętrznych instytucji, wartości, zasad i standardów.

Unia wielu prędkości zapewnia mu to. Będzie mógł sobie robić w kraju nad Wisłą co mu się żywnie podoba, w pewnych rozsądnych oczywiście granicach. Nikt go nie będzie zmuszał do przyjmowania euro i uchodźców, do pluralizmu rynku medialnego czy poszanowania praw mniejszości seksualnych, do zachowania niezależności banku centralnego czy Sądu Najwyższego. Będzie mógł sobie tu dokonywać rewolucji moralnych i historycznych.

Prezes PiS nie uwzględnia tylko jednego: że te jego zamierzenia nie będą już finansowane z kieszeni niemieckich (i innych) podatników. Wydaje się, że Merkel, Macron i reszta zwolenników ściślejszej integracji porzuciła plany dogadywania się z Warszawą lub, co też ważne, gry na szybką zmianę polityczną w naszym kraju. Zaakceptowali oni, po dwóch latach prób dogadywania się, przekupywania, obłaskawiania, straszenia, że pogodzą się z tym, iż w Polsce rządzą troglodyci. Tyle tylko, że nie będą się już na nich oglądać, nie będą ich finansować, a już na pewno nie będą im pozwalać na to, by współdecydowali o tym, jak wyglądać będzie zachodnia Europa za kilka lat. Podział Unii wydaje się nieuchronny, bowiem dotychczasowe próby scalenia wszystkich 28 państw spełzły na niczym.

Odczepią wagony?

Ów podział nie jest może dobry, ale chyba jest jedynym możliwym rozwiązaniem (przynajmniej do momentu zmiany władzy w Polsce i na Węgrzech). Zrozumiała to kanclerz Niemiec i po wygranych wrześniowych wyborach ruszy do realizacji tego planu. Nie chciała tego, ale jako doświadczony polityk musi się pogodzić z faktami. Nie jest w stanie ani przekonać (przekupić?) do swoich racji Kaczyńskiego, ani odsunąć go od władzy. Musi zatem zaakceptować to, czego on tak naprawdę chce: podział Europy. Choć nie stanie się to na warunkach, o jakich myśli lider PiS. Tu decydentem będą jednak państwa zachodnie, bo to one mają siłę sprawczą i możliwość przeprowadzenia swojej woli w Brukseli.

Odczepią wagony o nazwie „Polska" czy „Węgry" i ruszą ostro do przodu. Nie będą już ich ciągnęli za sobą, a już na pewno nie będą donosili wystawnych dań do przedziałów restauracyjnych. Jeśli szeryf Kaczyński chce w swoje salonce strzelać do kelnerów, jeśli pozwala swojej „dzikiej bandzie" na wszelakie brewerie w ich wagonie, to jego prawo. Byle tylko nie zdziwił się za bardzo, gdy wyjdzie z salonki z kolejnymi żądaniami wobec maszynisty i obsługi, że jego wagon stoi na opuszczonej stacyjce. A jedynym towarzyszem zabaw w Wielkie Imperium Lechitów nie będzie nawet Orbán, który swoim sprytem w ostatniej chwili uczepi się zapewne odjeżdżającego pociągu, lecz uzbrojony lokalny bandzior o nieco wschodnim akcencie.

Autor jest politologiem z Uniwersytetu Śląskiego, byłym eurodeputowanym PiS i PJN

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL