Rzecz o polityce

Cezary Mech: Plan Balcerowicza zepsuł polską gospodarkę

Czas realizacji planu Balcerowicza. Na zdjęciu: Jacek Kuroń rozdaje zupę bezrobotnym.
Reporter, Igor Sniecinski
Po co oddawać liberałom ekonomiczne stery kraju?

Z dużym zainteresowaniem odnotowałem rozpoczęcie przez „Rzeczpospolitą" dyskusji na temat implementacji planu Morawieckiego. Zapoczątkował ją artykuł Mariana Piłki. Artykuł mówi o tym, że plan Morawieckiego ma bardzo dobrą diagnozę, z której jednak nie wypływają działania rekomendowane przez nauki ekonomiczne, lecz kontynuowana jest poprzednia polityka oparta na wspieraniu wpływowych grup interesów, którą często nazywa się planem Balcerowicza.

Ze zdziwieniem zauważyłem jednak, że nie nastąpiło pogłębienie debaty i próby wyjaśnienia paradoksu, dlaczego można nawet bardzo ostro atakować personalnie Leszka Balcerowicza, uznawać jego działania za źródło wszelkiego zła i przyczynę wszystkich wypaczeń gospodarczych, i jednocześnie – po zwycięskich wyborach – oddawać stery gospodarcze w ręce liberałów.

Propaganda, a nie tezy

Opublikowano za to polemiczny artykuł Tomasza Dróżdża „PiS i propaganda białoruska", który nie tylko zarysowanej sprzeczności nie wyjaśnia, ale wprost stara się ją zaciemnić. Krytykując PiS i jego propagandę – sam ją uprawia. Według autora PiS jest złe nie dlatego, że kontynuuje plan Balcerowicza, lecz dlatego, że jego działania nie są autoryzowane przez jego autora. Na potrzeby tego artykułu Marian Piłka staje się PiS-owcem, gdyż na równi z PiS-em krytykuje szkodliwą działalność Leszka Balcerowicza. W efekcie, zamiast nakierowania debaty na rozwiązania programowe, zmusza się czytelnika do opowiedzenia się za jedną ze stron sporu politycznego.

Dzieje się to, mimo że autor artykułu, krytykując cały czas Mariana Piłkę za brak prezentowania merytorycznych argumentów, a nawet brak znajomości praw ekonomicznych, w swoich tezach sam stosuje propagandę aksjomatów. Staje się przy tym nietaktowny, podkreślając że Marian Piłka jest historykiem. Nie informuje jednak czytelników, że jest on absolwentem jednego z prestiżowych ośrodków akademickich USA, a więc na poziomie szkolnictwa biznesowego osoby, której autorytetu autor broni.

Główny zarzut stawiany Marianowi Piłce jest związany z określeniem polskiej gospodarki po okresie transformacji jako „neokolonialnej". Zarzut powyższy jest dziwny, gdyż tezą autora było, że plan Morawieckiego, gdy chodzi o diagnozę, jest właściwy i kontynuując politykę Balcerowicza, musi w konsekwencji krytykowaną sytuację pogorszyć. Tomasz Dróżdż do opisu sytuacji Polski po terapii szokowej zawartej w planie Morawieckiego się nie odnosi, a oburzając się na fakty, nie wiadomo dlaczego się z nimi nie zgadza. Podczas gdy dane zawarte w planie Morawieckiego ukazujące, że większość eksportu przemysłowego Polski pochodzi z organizacji gospodarczych kontrolowanych przez podmioty zagraniczne, jak i faktu, że kapitał zagraniczny jest właścicielem ponad 2 bln zł aktywów w Polsce, w pełni usprawiedliwiają nazwanie struktury takiej gospodarki „neokolonialną".

Stan zależności kapitałowej od zagranicy sprawia, że produkt narodowy brutto jest o 90 mld zł niższy od wytworzonego PKB, a relacja bilansu aktywów zagranicy i krajowych za granicą – w relacji do PKB – dwukrotnie przekracza wskaźniki bezpieczeństwa ustanowione przez instytucje zagraniczne. Do tych i innych podstawowych informacji zawartych w Planie Morawieckiego należałoby się odnieść, zanim postawi się jakikolwiek zarzut, nie tylko Marianowi Piłce, ale i wszystkim innym, którzy uznają polską gospodarkę po terapii, jaką zastosował Balcerowicz, za będącą w głębokim kryzysie strukturalnym.

Obrona tej terapii z punktu widzenia wywołania nadmiernych procesów inflacyjnych świadczy o słabości wykładanych przedmiotów polityki monetarnej, finansów, jak i zarządzania aktywami. Gdyby wiedza o tych sferach była na wyższym poziomie, to nie wystąpiłby zarzut „inflacyjny" względem Mariana Piłki, lecz merytoryczna krytyka Balcerowicza, który za te skandaliczne procesy był odpowiedzialny.

Niepotrzebne bankructwa

Początkowe niedoszacowanie złotówki musiało skutkować wybuchem nadmiernej inflacji o charakterze podażowym. Która, gdy ówczesny rząd Balcerowicza arbitralnie zmienił warunki udzielonych kredytów na powiązane z inflacją, musiała prowadzić do niepotrzebnych bankructw podmiotów gospodarczych, którym nie pozwolono na zrolowanie swoich zobowiązań. Przyspieszyło to procesy prywatyzacyjne, lecz skutkowało zaniżaniem wartości sprzedawanych aktywów i to nie z powodu ich nieefektywności, lecz z powodu struktury kapitałowej niedostosowanej do zmienionych warunków kredytowych.

Sztywne ustalenie kursu walutowego w sytuacji panującej hiperinflacji i różnicy stóp procentowych w Polsce i zagranicy prowadziło do olbrzymich strat spekulacyjnych względem kapitału zagranicznego. Gdyż spekulanci mogli osiągać kolosalne zyski bez ryzyka, pożyczając na niski procent za granicą i lokując na wysoki procent w Polsce. Również późniejsze stosowanie przez Balcerowicza stóp procentowych i aprecjacji waluty do hamowania inflacji, w sytuacji różnicy cen między Polską i zagranicą (które w znacznym stopniu na początku sam Balcerowicz wywołał), nie tylko osłabiało polski eksport, ale też zachęcało do carry trade'u inwestorów zagranicznych kosztem wartości aktywów NBP. Świadczy to co najmniej o niekompetencji Balcerowicza, ale również o brakach edukacyjnych polskich uczelni, gdy ten oczywisty zarzut ze strony Mariana Piłki może być bezzasadnie krytykowany.

Krytyka procesu sprowadzania milionów Ukraińców w sytuacji 2,5-milionowej emigracji zarobkowej Polaków, w celu zaniżenia poziomu wynagrodzeń w kraju, świadczy nie tylko o słabości poziomu polskich kursów makroekonomicznych, ale również mikroekonomicznych. Kwestionowanie faktu, że masowa imigracja musi skutkować zaniżaniem wynagrodzeń, ukazuje, że nawet podstawowe prawo popytu i podaży siły roboczej nie jest dla wszystkich studentów zrozumiałe w ujęciu makroekonomicznym. Nie rozumieją oni również sposobu, w jaki decyzje inwestycyjne przez przedsiębiorców są podejmowane. Tego, że w przypadku wzrostu wynagrodzeń decydują się oni na inwestycje zwiększające wydajność pracy. Dokonują więc przeszkolenia pracowników, sprawiając, że w konsekwencji wzrastają inwestycje, innowacyjność, jakość pracy pracowników, konkurencja i co najważniejsze – przyspieszany jest proces konwergencji.

Podsumowując, należałoby podkreślić że podejmowane próby apoteozy Balcerowicza muszą prowadzić do konfliktu z podstawowymi prawami finansów. Polska, która w ostatnim ćwierćwieczu poniosła straty w postaci braku 4 mln dzieci do prostej zastępowalności pokoleń, plus 2,5 mln emigrantów, już po 2030 r. nie będzie się rozwijać, a co dopiero „osiągnąć największy w ostatnich 300 latach sukces" (sic!). Można być w „NATO i UE" i być gospodarką „peryferyjną", gdy wynagrodzenia w sąsiednim kraju są czterokrotnie wyższe. I ma rację Marian Piłka, mówiąc o „stagnacyjnym wzroście", gdyż kieruje swoje słowa do finansistów, którzy rozumieją, że oznacza to taki poziom wzrostu, który przy narastającym poziomie zobowiązań jest niewystarczający do utrzymania rozwoju w dłuższej perspektywie. Gdyby kierował te słowa do historyków, to powiedziałby, że Polska odnosi pyrrusowe zwycięstwa. Jedynie propagandyści mogą jednocześnie uważać, że brak swobód obywatelskich w kraju postkomunistycznym może sprzyjać wzrostowi gospodarczemu, i bezpodstawnie oskarżać adwersarzy o szerzenie propagandy komunistycznej.

Autor jest doktorem, absolwentem czteroletniego programu doktorskiego IESE, byłym zastępcą szefa Kancelarii Sejmu RP, prezesem UNFE i podsekretarzem stanu w Ministerstwie Finansów.

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL