Po wizycie Trumpa w Polsce

aktualizacja: 12.07.2017, 18:16
Donald Trump na pl. Krasińskich wbił Polaków w mit, mordując wszelkie ...
Donald Trump na pl. Krasińskich wbił Polaków w mit, mordując wszelkie i tak wątłe zarodki racjonalnej myśli polskiej.
Foto: AFP

Trump w Polsce odwoływał się do słów papieża, ale Jan Paweł II próbował Polaków nauczać, a prezydent USA tylko schlebia

REDAKCJA POLECA
11.07.2017
Szułdrzyński o antysemityzmie i wizycie Trumpa
11.07.2017
Ameryka nas nie wyręczy
11.07.2017
"New York Times" pomylił Putina z Dudą
kariera
Millenialsi - czego oczekują od pracodawcy?

Prezydent Stanów Zjednoczonych jest dla dużej części Polaków postacią skrajnie zmitologizowaną. Stanowi autorytet w sferze politycznej porównywalny tylko z autorytetem duchowym świętego Jana Pawła II. Ameryka postrzegana jest przez pryzmat mocarstwa, które stanowi jedyną pewną ostoję bezpieczeństwa. W historii Polski taką postacią był może jeszcze tylko cesarz Francuzów, dla którego Polacy szli w ogień niekoniecznie w słusznej sprawie, a później umieścili go w hymnie.

Brat Polski w Wolności

Z mitologizacją jest zawsze tak, że znacznie przerasta rzeczywistość albo zakłamuje ją w całości. Ci jednak, którzy tkwią w micie, uważają go za podstawę swej emocjonalnej tożsamości i każdego, kto chce ten mit weryfikować i kwestionować, uważają za zdrajcę. Tak jak wiele pokoleń Polaków tkwiło w uwielbieniu dla Napoleona i oczekiwało – jak poczciwy polityczny marzyciel Rzecki – jego powrotu, tak dziś wielu podobną miłością darzy amerykańskiego prezydenta i także oczekuje od niego roztoczenia nad Polakami parasola ochronnego, wyrwania z niewoli i ustrzeżenia przed zagrożeniami czy nawet odbudowy należnej potęgi. Tak jak Napoleon schlebiał Polakom, którzy byli najwierniejszymi żołnierzami cesarza, tak amerykański prezydent schlebia Polakom, którzy są dziś jego najwierniejszymi żołnierzami i wyznawcami.

To on i ucieleśniona w nim Ameryka jest tym jedynym bratem Polski w Wolności. Jest – jak sam mit amerykański głosi – niewzruszonym i potężnym jej obrońcą. Któż zatem, jeśli nie Ameryka, bezkompromisowo stanie do walki ze złem w jego rozlicznych politycznych ucieleśnieniach. To Ameryka jest szeryfem świata, który jak John Wayne lub Gary Cooper, trzymając w ręku najnowszy model colta, samotnie zaprowadzi porządek w imię sprawiedliwości, nie oglądając się na innych. To przecież Ameryka pokonała ostatecznie faszyzm, to Ameryka pokonała komunizm, to Ameryka szczególnie teraz podnosi z kolan godność świata zachodniego, dyscyplinuje zakłamaną Europę, która gnuśnieje, uchylając się od swego męskiego obowiązku zapewnienia swym dzieciom bezpieczeństwa. Wreszcie to Ameryka – oczywiście w nadziejach Polaków – poniży i pokona ostatecznie Rosję, tę równie zmitologizowaną praprzyczynę wszelkich nieszczęść Polski.

Samooszustwo

Polacy swój związek zarówno z Napoleonem, jak i amerykańskim prezydentem ustanowili na relacji czysto emocjonalnej, na tak podkreślanej wspólnocie wartości, podczas gdy z drugiej strony w obu przypadkach ma ona charakter czysto racjonalny, polityczny, a przez to nietrwały, koniunkturalny i przedmiotowy. Oczywiście, jeśli uda się połączyć obie perspektywy, efekt będzie jeszcze lepszy, bo pozwoli na wzajemne samooszustwo i ułatwi osiągnięcie celów.

Mitologia wielkiej, sprawiedliwej i bogobojnej Polski, która sama mogłaby być Ameryką Europy, mocarstwem wartości, przywódcą duchowym, a przy tym państwem silnym mocą dwóch najważniejszych broni współczesnego świata – pieniędzmi i wojskiem, gdyby nie wrogie siły, ma swe źródła w dwóch tradycjach.

Z jednej strony świadomość Polski królewskiej, jeszcze lepiej jagiellońskiej, słusznie przecież pokazuje nam, że Polska rolę mocarstwową w Europie odgrywała. Z drugiej strony świadomość nieszczęśliwej i zdradzonej Polski porozbiorowej, która pawiem i papugą będąc – co niedawno przypomniał wicepremier Morawiecki – stała się niewolnicą cudzą. A jednak każdy Polak, który chodził do polskiej szkoły, wie, że według Słowackiego Polska ma „duszę anielską", a według Mickiewicza jest „Chrystusem narodów". Podobnie jak On za swą wierność wartościom została rozpięta „na krzyżu o długich na całą Europę ramionach ukutych z trzech wyschłych ludów".

Taka mitologia po powstaniu listopadowym była konsolacją zrozumiałą, a nawet potrzebną narodowi, który przecież jeszcze chwilę historyczną wcześniej był przekonany o swej wielkości lecz dostał się pod jarzmo trzech zaborców. Ta mitologia jednak stała się dla Polaków jedyną rzeczywistością, z biegiem lat coraz bardziej szkodliwą.

Wbici w mit

Dziś te paralele są aż nadto czytelne w świadomości zbiorowej organizującej polskie życie społeczne. Powtarzamy za Mickiewiczem, że naród polski od początku do końca jest wierny Bogu, nigdy nie uczynił nic złego, pragnąc tylko wiązać narody we „wspólnotę Wiary i Wolności". Polska to po prostu Wolność, która jak u schyłku XVIII wieku została ukrzyżowana przez uschłe ludy Europy, tak dziś jest krzyżowana dalej. Stany Zjednoczone są zaś postrzegane w tym kontekście jako drugie na świecie ucieleśnienie Wolności, jedyny brat Polski, z którym Polska musi i chce stać, by zmartwychwstać ostatecznie i stać się przywódcą, zbawicielem i odnowicielem świata.

Donald Trump, który jest ucieleśnieniem Ameryki, a do tego nie ma w sobie niemocy i układności politycznej poprzednika, na placu Krasińskich powiedział Polakom, że właśnie tak jest. Wbił Polaków w mit, mordując wszelkie i tak wątłe zarodki racjonalnej myśli polskiej. Powiedział Polakom to, co chcieli usłyszeć, by tkwić w swym samozadowoleniu wyrażanym podczas przemówienia niemalże po każdym zdaniu przeciągłym jękiem rozkoszy zarówno przez zgromadzony lud, jak i światłych jego przedstawicieli. Będą teraz mogli uspokoić w sobie i stłumić wszelkie kiełkujące zarodki wątpienia albo rozgrywać politycznie to mitologiczne zaczadzenie, bo przecież słowa prezydenta Stanów Zjednoczonych są wyrocznią, są nieomylne, dają nieograniczone gwarancje prawdziwości. Dają poczucie wyższości rodzące pogardę dla wszystkich innych, którzy z założenia są wrogami

To najsmutniejszy efekt tej przemowy.

Obudzić demony

Nie kwestionuję potrzeby odnowy wartości i duchowości w życiu społecznym i politycznym Polski, Europy i świata. Jestem całym sobą jej zwolennikiem. Ćwierć wieku temu głosił je zawzięcie Jan Paweł II, na którego również mniej lub bardziej koniunkturalnie w Warszawie powołał się Trump, w wielu swoich homiliach, które rodziły równie bezrozumne fale skandowań. Jan Paweł II próbował nauczać. Donald Trump tylko schlebia. Jan Paweł II próbował postawić Polakom trudne pytania i trudne wymagania. Donald Trump wprawił ich w samozadowolenie. Widać inne były nadzieje i inny cel. Jan Paweł II pragnął jak Chrystus podnieść ducha ludzkiego do prawdziwej Wolności, która jest ciężkim zadaniem. Pragnął zobaczyć w człowieku jego wielkość dziecka Bożego. Donald Trump chciał obudzić demony wolności, wolność pozorną. Smutne jest to, że jeśli już korzystamy z tradycji romantycznej, to nie jest to odwołanie do myśli Norwida, którego przecież tak cenił papież Polak, a który ubolewał, że w Polsce każdy czyn za wcześnie, a każda książka za późno. Ale Norwid był ćwierć wieku młodszy od Mickiewicza, miał inną perspektywę. Wiedział, czym to się skończyło.

Smutne jest także to, że wbrew temu, co nam się wydaje, po raz kolejny w dziejach Polski na własne życzenie jesteśmy na uboczu rzeczywistych problemów świata. Tkwimy we własnych mitologiach, rozdrapujemy rany, zajmujemy się sobą, podczas gdy paręset kilometrów od Warszawy problemy i perspektywy są kompletnie inne i to one nadadzą kształt naszemu światu, a my jak Rzecki będziemy oczekiwać młodego Napoleona, ekscytując się swą anielską duszą.

Autor jest doktorem nauk humanistycznych, politologiem i filozofem. Wykłada na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego.

POLECAMY

KOMENTARZE