Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Rzecz o polityce

Europa jest bezradna wobec napływu uchodźców

AFP
Europa jest dziœ bezradna wobec masowego napływu uchodŸców. Może jednak spowolnić ten proces.

Ojciec Bogusław Dšbrowski, franciszkanin z Ugandy, opowiada, że w regionie jego misji (100 km na północ od stolicy – Kampali) jedynym, co interesuje lokalnš młodzież płci męskiej, jest informacja, jak daleko z ich wioski do legendarnych Niemiec. Bo w przekonaniu Ugandyjczyków Niemcy to prawdziwa ziemia obiecana. Kraj dobrobytu i powszechnej szczęœliwoœci, w którym każdemu przybyszowi ofiaruje się tyle pieniędzy, że może spokojnie przeżyć.

– Ile można dostać euro na miesišc? 200 albo więcej. A ile to ugandyjskich szylingów? – padajš kolejne pytania. – Jedno euro to cztery tysišce waszych szylingów – odpowiada ojciec Bogusław i widzi wkoło uœmiechnięte twarze nastoletnich parafian.

– No tak, jeœli tu w Ugandzie można przeżyć za 150 tysięcy szylingów miesięcznie – uważnie analizujš – to tam, gdy dostanę pięć razy tyle, będę mógł żyć jak król. Nie będę musiał pracować, jedzenia będzie pod dostatkiem. Będzie można założyć rodzinę – Ugandyjczycy klaszczš w dłonie, z lekka powštpiewajšc w sceptycyzm ojca Bogusława, który tłumaczy, że nie na każdego w Niemczech czekajš, żyć i pracować trzeba we własnym kraju.

Za nic mu nie wierzš, bo każdy ma znajomego albo znajomego znajomych, którego jakiœ krewny pojechał do Niemiec i teraz żyje jak król. Jedyne więc co zostaje, to zaczšć ciułać pienišdze na wyjazd. Kiedyœ musi się udać.

Bomba demograficzna

Wszyscy w drogę nie wyruszš, ojciec Bogusław powtarza to, co każdemu podpowiada zdrowy rozsšdek. Ale jeœli nawet nikły procent zdecyduje się na takš podróż, to z Afryki do Europy ruszš rzesze migrantów. Ile ich będzie? Milion, pięć, dziesięć, pięćdziesišt? Nikt tego nie wie na pewno. Ale to, że migracja nabierze dynamiki, jest oczywiste jak słońce na niebie. Afryka to przecież jedna wielka bomba demograficzna. Dziœ to „tylko" miliard trzysta tysięcy ludzi, ale demografowie alarmujš, że do 2050 roku liczba żyjšcych na Czarnym Kontynencie się podwoi.

O apokalipsie, jakš miała być dla tego regionu epidemia AIDS, mało kto pamięta. Owszem, jest tu najwięcej zarażonych HIV, ale naturalne uodpornianie się populacji idzie w parze z postępami medycyny i œwiadomš profilaktykš. AIDS przestało być klęskš, ale to jedyny problem, jaki Afryka ma za sobš. Migracje ludnoœci kontynentu powodujš setki innych przyczyn. Polityka, głód, zmieniajšcy się klimat. Sahel wysycha, słyszę od znawców Sahelu. Ludnoœć tego regionu migruje w poszukiwaniu szans na przeżycie. Migruje również ze względu na cišgłe wojny.

Afryka to beczka prochu, wystawiona na grożšce samozapłonem słoneczne promienie przez kolonializm. Kreœlšc kolonialne granice w XIX wieku, nikt się tu nie przejmował kwestiami etnicznymi czy religijnymi. Stšd w dzisiejszych czasach cišgłe wojny. W epoce postkolonialnej państwa afrykańskie to organizmy rozszarpywane przez konkurujšce z sobš klany i plemiona, którym wcišż daleko do potrzeby stworzenia jakiejœ wspólnej tożsamoœci państwowej.

– Postkolonializm jest równie zły, jak kolonializm – wyjaœnia dr George Rae – Kenijczyk z dyplomem ze Stanford. – Afryka jest dumna z niezależnoœci, ale tęskni za dobrobytem, który wywieŸli z sobš do Europy Brytyjczycy, Francuzi i Belgowie. Dzisiejsza migracja to rewanż za kolonializm.

Ekonomia

To, co mówi Rae, to oczywiœcie tylko częœć prawdy. Równie mocno za nasilenie się procesów migracyjnych odpowiada głęboko tkwišcy w mentalnoœci Afrykanów trybalizm.

Najlepszš tego ilustracjš jest najmłodsze państwo œwiata – Sudan Południowy. Niegdyœ politycznie dominowane przez Arabów z północy, niepodległoœć wywalczyło sobie niespełna szeœć lat temu. Entuzjazm w młodym państwie trwał jednak bardzo krótko. Mimo że nie skończyło się zagrożenie ze strony muzułmańskiej północy, niemal od razu do gardeł skoczyli sobie przedstawiciele największych, a więc konkurencyjnych, plemion Dinka i Nuerów. Skutek to wojna domowa i przychodzšce po sobie rok w rok kryzysy humanitarne. I to w kraju o bogatych zasobach wody i ziemi ornej!

Sudan Południowy mógłby spokojnie się rozwijać gospodarczo, gdyby nie przekleństwo Afryki, czyli plemienne egoizmy. To właœnie one i wynikajšce z nich konflikty polityczne sš najpoważniejszš barierš rozwoju. I one powodujš najliczniejszš migrację. WeŸmy za przykład Nigerię. Ten bogaty w zasoby ropy i gazu kraj ma najliczniejszš populację w Afryce. Niemal 200 milionów ludzi wypracowuje dochód narodowy wielkoœci Polski, czyli 481 mld USD (2015). Zarazem PKB per capita jest mniejszy ponad cztery razy. To 2640 USD, co w przełożeniu na fakty społeczne oznacza gigantyczne obszary nędzy i jeszcze większš dywersyfikację bogactwa. Skorumpowana, bogata i wpływowa politycznie elita za nic ma sobie faktycznš modernizację kraju, czego skutkiem jest wyludnianie się terenów wiejskich i rosnšca demografia miast. A miasta nie sš wstanie przyjšć nadmiaru ršk do pracy. Przeœladowanie lokalnych chrzeœcijan przez islamistyczne Boko Haram na północy to kolejny czynnik, który nasila procesy migracyjne. Efekt? UchodŸcy z relatywnie bogatej Nigerii (stopa wzrostu PKB w pierwszej dekadzie XXI wieku – około 7 proc.) to jedna z najliczniejszych grup narodowych, które próbujš przebić się do Europy.

Ilu przyjedzie?

Niewiele lepiej jest w innych skonfliktowanych wewnętrznie krajach Afryki i mimo że kontynent afrykański przeżywa okres szybkiego wzrostu (wg raportu Banku Rozwoju Afryki wydatki konsumenckie wzrosnš z 680 mld USD w 2008 roku do 2,2 bln w 2030 roku), a szacunki sumarycznego wzrostu PKB lokalnych gospodarek sš wg MFW relatywnie stabilne (2–3 proc.), należy wštpić, czy stopa wzrostu wskaŸników ekonomicznych podšży za stopš przyrostu naturalnego ludnoœci Czarnego Kontynentu. A każda nadwyżka, nie majšc perspektywy zatrudnienia w zbyt wolno rosnšcej gospodarce, zwiększy ryzyko nasilenia się procesów migracyjnych w stronę Europy.

Podsumowujšc, trudno mieć wštpliwoœci, że afrykański boom demograficzny wydarzy się szybciej niż procesy neutralizacji zjawisk powodujšcych migrację. Podwojenie liczby ludnoœci Afryki to kwestia jednego pokolenia. Wydaje się czystš mrzonkš, że w tym samym czasie uda się zaprowadzić na kontynencie stały pokój, zneutralizować egoizmy plemienne czy na tyle rozwinšć gospodarkę (wraz z infrastrukturš), by ta rosnšca lawinowo populacja pozostała w Afryce. Z tej perspektywy czeka nas w następnych dekadach prawdziwa wędrówka ludów. Ilu z nich dotrze do Europy?

W tej sprawie nie ma mšdrych. Dezintegracja autorytaryzmów Maghrebu w czasie tzw. wiosny arabskiej oznaczała likwidację jedynej bariery, jaka oddzielała Europę od tej oszalałej fali afrykańskich migracji. Co gorsza, atrofia lokalnych państwowoœci (głównie Libii) uruchomiła na szerokš skalę proceder nielegalnego transferu migrantów do Europy. To dziœ biznes, z którego żyjš liczne klanowe i międzynarodowe mafie.

Wobec tego „mrówczego" transferu przez Morze Œródziemne Europa jest jak dotšd bezradna. Tyko w zeszłym roku tš drogš trafiło na nasz kontynent 180 tysięcy ludzi. Niedawno niemiecki minister rozwoju Gerard Müller w rozmowie z „Die Welt" przyznał, że wedle szacunków jego resortu migracja w roku bieżšcym będzie przynajmniej dwukrotnie większa. Ale to i tak bardzo optymistyczne założenia. W 2016 roku prognozował, że w cišgu najbliższych lat do Europy może zapukać 8–10 mln Afrykanów. Jeszcze większym pesymistš jest przewodniczšcy Parlamentu Europejskiego Antonio Tajani, według którego ta liczba to 30 mln ludzi.

Pewnie sporo w tym czysto retorycznej przesady, niemniej większoœć najbardziej narażonych na migrację krajów Europy przygotowuje plany ewentualnoœciowe na przyjęcie znacznie liczniejszych grup niż do tej pory. W przypadku naszych zachodnich sšsiadów władze federalne zakładajš, że w 2017 roku w Niemczech osiedli się około 400 tysięcy imigrantów z Afryki.

Jak się bronić?

Niemcy apelujš do Unii Europejskiej, by zacieœniła współpracę politycznš, militarnš i ekonomicznš z krajami afrykańskimi. Zdaniem Müllera fundamentalnie ważne dla rozwišzania kryzysu imigracyjnego jest stworzenie programu pomocy dla afrykańskiej gospodarki. To sprawa kluczowa i zarazem krytyczna. Próby porozumiewanie się z partnerami w Afryce na temat blokady transferu morskiego a la mode Ankara skazane sš bowiem raczej na porażkę. Najmniej szczelnym elementem w tej konstrukcji jest bowiem Libia, kraj pełnej anarchii, wojny, podziałów i monstrualnej korupcji. Dopóki każdy transfer kilku setek ludzi będzie oznaczał dla szmuglerów kilkadziesišt tysięcy dolarów łatwego zarobku, sytuacja nie jest możliwa do opanowania. Zostaje długoterminowa strategia współpracy z afrykańskimi partnerami. Na wielu polach, tak jak chcš Niemcy.

Kluczem jest oczywiœcie (jak zawsze) gospodarka, ale w œwiecie przeżartym przez korupcję, mętne interesy plemion i klanów oraz niekończšce się konflikty militarnych jest to dla inwestorów europejskich nie lada problem. Długoterminowe inwestycje wymagajš stabilnoœci politycznej, a na to w wielu afrykańskich krajach naprawdę trudno liczyć.

Dużo lepiej od inwestorów europejskich radzš sobie w Afryce Chińczycy. W ich przypadku rozstrzyga nie tylko skala inwestycji, ale również, a może przede wszystkim, waga regionalnych porozumień politycznych. Chińczycy sš największym inwestorem w Afryce (ostatnio kosztem wielu setek milionów USD wybudowali w Kenii nowš linię kolejowš łšczšcš wschód z zachodem) i nie można im z tego czynić zarzutu.

Jeœli warunkiem zatrzymania procesów migracyjnych jest gospodarka, każdy dolar wydany na ekspansję chińskš w Afryce jest pomocnš dłoniš wycišgniętš do Europy. Ta ostatnia nie może jednak polegać tylko na Chińczykach. Musi podšżać ich œladem, forsujšc inwestycje w infrastrukturę i biznes. Pomagać Afryce w modernizacji i wspierać jš politycznie. Także intensywnie włšczajšc się w zwalczanie ognisk rewolty i terroryzmu. Ich likwidacja i uszczelnienie imigranckich szlaków morskich to równie ważna œcieżka spowolnienia procesów migracyjnych.

Sprawa polska

W pełni rozumiem obawy polskiego rzšdu, który – jak wszyscy w Europie – boi się niekontrolowanej migracji z Afryki i Bliskiego Wschodu. Polska nie jest przygotowana i nie stać jej na koszty międzynarodowej relokacji, a zwłaszcza rozlokowanie i działania integracyjne wobec dziesištek tysięcy uchodŸców już w kraju. Skala zjawiska w Niemczech musi przerażać. Rzšdzšcy w Polsce z pewnoœciš œledzš nieskutecznoœć płynšcych z Berlina apeli o rozmieszczanie uchodŸców na terenach wiejskich. Niestety, ci ostatni wybierajš miasta, a zwłaszcza skupiska pobratymców, co musi skutkować ich gettoizacjš. W samym Hamburgu w 2016 roku na rozlokowanie uchodŸców wydano 900 milionów euro. Skutecznoœć podobnych procesów w Polsce byłaby z pewnoœciš pod jeszcze większym znakiem zapytania.

To jednak tylko jedna strona medalu. Odwrotnš jest koniecznoœć uczestniczenia w procesach mierzenia się Europy z problemem migracji i tworzenie planów na przyszłoœć. Mam wrażenie, że aktywnoœć Polski w tej dziedzinie zastępowana jest przez polityczny stupor. Nie widać, iżby politycy rzšdzšcego PiS zdawali sobie sprawę z nieuchronnoœci procesów, które rozgrywajš się w zglobalizowanym œwiecie. Gdyby tak było, komunikat wobec społeczeństwa byłby mniej jednowymiarowy. Ten, który się przebija, brzmi: nie chcemy tu uchodŸców dziœ ani nigdy. Na dodatek polscy politycy (a osobliwie premier Beata Szydło) wrzuca wszystkie aspekty skomplikowanego tematu do jednego worka. Jakby nie istniały dla niej różnice między korytarzami humanitarnymi dla ofiar wojny w Syrii, relokacjš uchodŸców przebywajšcych w obozach na południu Europy i kwestiš zatrzymania migracji ekonomicznej z Azji czy Afryki.

To wszystko różne sprawy. Do każdej trzeba podejœć ze zrozumieniem, osobnym instrumentarium, a przede wszystkim w porozumieniu z partnerami europejskimi. Najgorszy jest upór i prostacka, ustawiona na potrzeby wewnętrznej polityki, retoryka niechęci. Nie tylko zasłania prawdziwe działania (o ile sš podejmowane) rzšdu, ale także budzi demony ksenofobii. Byliœmy w historii nie raz już jej ofiarami. Strzeżmy się, by się nie obudziła.

ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL