Rzecz o polityce

Talaga: Lepsza Unia niż żywot wasala

Zarówno premier Mateusz Morawiecki jak i wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Frans Timmermans szukają kompromisowego rozwiązania sporu o stan praworządności
AFP, Janek Skarzyński
Polska nie ma potencjału i zasobów do samodzielnego funkcjonowania na arenie międzynarodowej

Dobrze się dzieje na linii Polska – Unia Europejska. Zarówno nasz rząd, jak i Komisja Europejska szukają kompromisowego rozwiązania sporu o stan praworządności. Koncyliacyjny styl tych rozmów pokazuje, jak daleko zabrnęliśmy w ślepą uliczkę, wytaczając przeciw Unii ciężkie działa. Nie dlatego bynajmniej, że byliśmy aroganccy. W arogancji bowiem nie ma nic złego – ot, jedno z wielu narzędzi dyplomacji. Złe było to, iż byliśmy nieskuteczni, więcej straciliśmy, niż zyskaliśmy. Dlatego poprawa relacji z Unią stała się palącą koniecznością.

Polityka europejska nie może być pochodną polityki wewnętrznej, a tak się działo. Unia Europejska to filar bezpieczeństwa naszego państwa, majstrowanie przy nim, podpiłowywanie go jest działalnością antypaństwową. Można Unii nie lubić, można nią pogardzać, ale mamy, co mamy. UE (i NATO) to wolna, w miarę bezpieczna Polska, bez Wspólnoty będziemy skazani na los wasala – Rosji lub Niemiec.

Fakty to fakty

Są one jednoznaczne. Polska nie ma potencjału i zasobów do samodzielnego funkcjonowania na arenie międzynarodowej, a co dopiero do budowania wokół siebie bloku państw. Jesteśmy państwem średniej wielkości o średniej populacji i PKB. Nasza gospodarka uzależniła się od europejskiego rynku, ma niski wskaźnik innowacyjności, nie stworzyliśmy żadnego przedsiębiorstwa – championa w skali globalnej. Robotyka, sztuczna inteligencja, procesory, satelity – to ciągle egzotyka, a nie istotna gałąź gospodarki. Naszych uczelni zabrakło w pierwszej pięćsetce rankingu szanghajskiego. Ta sytuacja jest po części dziedzictwem PRL, po części zaniechań władzy i społeczeństwa w przebudowie państwa po 1989 r.

Polska jest cały czas na dorobku i swoją pozycję musimy budować. Daleko nam wciąż do czołowych państw europejskich, ale mamy i szansę, i historyczną okazję, by do nich dołączyć. Potrzebne jest nam jednak do tego spokojne reformowanie państwa i budowa silnej gospodarki, a nie dyplomatyczne, historyczne czy tożsamościowe szarże. Najczęściej zresztą prowadzone nie w tym kierunku, co trzeba, i nie na tego, co trzeba.

Jak ulał psuje do nas strategia chińskiego przywódcy Deng Xiaopinga – budować siłę, nie konfliktując się z nikim, nie ujawniać swoich prawdziwych aspiracji. Cicho i do przodu, niezauważenie. Deng sformułował ją w 1979 r., dopiero od dwóch – trzech lat, czyli po trzech dekadach, Chiny zaczęły od niej odchodzić. Wtedy, kiedy stały się drugą gospodarką świata, nieusuwalnym filarem światowego handlu i produkcji.

Polska w skali Europy musi dopiero zbudować swój potencjał, aby zacząć uprawiać agresywną politykę zagraniczną, wcześniej będzie ona skazana na porażkę.

Oddano nam cywilizację

W takiej sytuacji jesteśmy skazani na funkcjonowanie w blokach międzynarodowych – UE i NATO, które dają nam osłonę. Są one wręcz błogosławieństwem. Kiedy spojrzeć w głąb polskiej historii, nigdy nie mieliśmy tak dobrej osłony międzynarodowej. Owszem, w epoce naszej chwały nie potrzebowaliśmy jej, ba – sami ochranialiśmy innych. Kiedy jednak potęga Rzeczypospolitej przeminęła jakieś 300 lat temu, zaczęliśmy gwałtownie potrzebować osłony. Dała nam ją carska Rosja, wiadomo za jaką cenę – unicestwienia.

Właśnie perspektywa historyczna każe nam hołubić Unię Europejską, wyciszać wszelkie spory, nawet akceptować daleko idące kompromisy, jeśli to konieczne, by po pierwsze – pozostać w niej na równych prawach, po drugie – aby sama Unia ocalała i zachowała żywotność.

Uczciwa ocena ćwierćwiecza niepodległości pokazuje, jak wiele otrzymaliśmy od Wspólnoty. Idąca w dziesiątki miliardów euro pomoc w ramach polityki rolnej czy wspierania biedniejszych regionów nie stoi na czele benefitów – bo to tylko pieniądze.

Wspólnocie zawdzięczamy przede wszystkim implementację wykształtowanego przez nią prawodawstwa. To ona przetransferowała do nas na powrót zachodnią cywilizację. Właśnie europejskie prawo i zagraniczny kapitał rozbiły w Polsce nomenklaturowo – mafijny biznes. Bez tej implementacji bylibyśmy państwem oligarchicznym, gdzie rządzą związki przestępcze i przemoc, jak dzisiejsza Ukraina. Posolidarnościowe elity polityczne były za słabe, by rozbić układ ukształtowany pod koniec komunizmu. Okazał się on jednak stanowczo za słaby na potęgę Wspólnoty. Ona właśnie wymusiła transformację polskiej gospodarki (dokonaliśmy jej w ramach starań o członkostwo). Wreszcie to Unia ustabilizowała sytuację polityczną w Europie Środkowej, tworząc bardzo korzystne dla Polski ramy polityki międzynarodowej.

Ambasador Repnin

W naszym pożyciu z UE nie zabrakło i ciemniejszych stron. Musieliśmy zrezygnować z części naszej suwerenności, przyjmując traktat lizboński. Musieliśmy także otworzyć gospodarkę na konkurencję ze strony przedsiębiorstw zachodnich, znacznie potężniejszych od naszych rodzimych, uzależniliśmy się od obcego kapitału. Wysoka cena, ktoś powie. Owszem, ale warta zapłacenia za bezpieczeństwo.

Dokładnie 250 lat temu w Warszawie zakończył obrady tzw. sejm repninowski, na którym obradowali posłowie otoczeni przez rosyjskie wojska nasłane przez ambasadora Repnina. Rzeczpospolita wciąż rozciągała się od morza do morza, była czołowym eksporterem zboża w Europie, miała potencjał demograficzny i gospodarczy przewyższający (w porównaniu uwzględniającym realia historyczne) obecną Polskę. Nie miała jednak sojuszników, nie była członkiem żadnego bloku. Trwała sama, niezdolna do zreformowania się. Od tego czasu Rzeczpospolita cierpiała z krótką przerwą po 1918 r. – w jawnej lub skrywanej niewoli.

Rzecz w tym, by już nigdy tak nie było, by wolna Polska przeżyła znacznie dłużej niż 21 lat. Skoro nie mamy jeszcze wystarczającego potencjału, by obronić się sami, chuchajmy i dmuchajmy na UE, budując pod jej osłoną własną siłę. Dwa i pół stulecia temu Unii nie było, był za to naród niezdolny do stawienia czoła wyzwaniu. Był też Repnin.

Autor jest dyrektorem ds. strategii Warsaw Enterprise Institute. Artykuł oddaje jego prywatne poglądy

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL