Bogusław Chrabota: Antoni Macierewicz, czyli matnia prezesa Jarosława Kaczyńskiego

aktualizacja: 05.04.2017, 16:23
Antoni Macierewicz z sojusznika Jarosława Kaczyńskiego stał się jego n...
Antoni Macierewicz z sojusznika Jarosława Kaczyńskiego stał się jego największym i najgroźniejszym przeciwnikiem.
Foto: AFP

Szef MON ma się za osobę nietykalną. Na dodatek wmówił to całej klasie politycznej

REDAKCJA POLECA

Nie ma bardziej kompromitującej i szkodliwej dla Polski postaci w rządzie Beaty Szydło niż Antoni Macierewicz. Bohater antykomunistycznej opozycji i niekwestionowany autorytet mojego pokolenia poprzez swój nieokiełzany temperament, arbitralność, podejrzliwość i świadomy makiawelizm pogrąża politycznie rządzącą partię w błyskawicznym tempie.

Niekończąca się telenowela z Bartłomiejem Misiewiczem, skandaliczne niedotrzymywanie zobowiązań związanych z zakupami na potrzeby polskiej armii, czystka wśród wyższych oficerów (i umazanie ich na dodatek błotem rzekomych uwikłań lustracyjnych), manifestacje absolutnej ignorancji, jak choćby wypowiedź o rzekomym odsprzedaniu przez Egipt Rosji francuskich mistrali, arbitralne i niekonsultowane decyzje, jak ta ostatnia o rezygnacji ze statusu państwa ramowego w Eurokorpusie, na koniec ostentacyjne ignorowanie prezydenta jako zwierzchnika Sił Zbrojnych to nie tylko dowody na niekompetencję i brak rozumienia zbiorowej odpowiedzialności rządzących, ale również przejaw głębokiego kryzysu toczącego od środka rządzącą partię.

Macierewicz ma się za osobę nietykalną. Na dodatek wmówił to całej klasie politycznej. Kręci rządem jak ogon psem i zapewne ma w tej kwestii sporo racji.

Doskonałe narzędzie dekomunizacji

Czy podobnie myśli Jarosław Kaczyński? To kwestia zasadnicza. Do niedawna pokutowało przekonanie, że prezes Prawa i Sprawiedliwości jako mistrz manewru na szachownicy polityki panuje nad swoją partią i sojusznikami w sposób całkowity. Każda nominacja w rządzie miała być elementem zawiłej układanki przyczyn i skutków oraz głęboko przemyślanej intencji.

Nie wątpię, że do niedawna myślał też tak sam prezes. Był tak pewny swego, że gotów był złamać zapewnienia wyborcze i w przypadku Ministerstwa Obrony Narodowej powierzyć ten resort nie Jarosławowi Gowinowi, tylko człowiekowi głęboko schowanemu w kampanii, czyli Antoniemu Macierewiczowi.

Jestem gotów nawet zrozumieć intencje. Gowin, partner z konieczności, ale obciążony przynależnością do Platformy, miękki, zbyt intelektualny i racjonalny. A w armii trzeba było dokonać konsekwentnej dekomunizacji, przeorać wojsko głębiej niż dotąd. Macierewicz ze swoją podejrzliwością, zakodowanym głęboko antykomunizmem i mentalnością czekisty wydawał się narzędziem doskonałym. Naturalna nieufność prezesa cudownie skomunikowała się z obsesyjną nieufnością Macierewicza. Otrzymaliśmy nieufność skwantyfikowaną, która nigdzie, a zwłaszcza w skomplikowanych strukturach zarządzania, nie może się przełożyć na poprawne zarządzanie.

Narzędzie się emancypuje

Problem w tym, że Macierewicz narzędziem był tylko przez chwilę. Zasłużył się dobrą organizacją szczytu NATO i kilkoma obietnicami. Potem była już tylko postępująca tragedia. Kolejne wpadki komunikacyjne. Kompletna nieudolność w budowaniu wizerunku odpowiedzialnego szefa resortu, nasilające się konflikty w ramach oraz poza rządem. I oblana wybitnym krasomówstwem ignorancja, czego przejawami były przedwczesne deklaracje o budowie polsko-ukraińskiego śmigłowca bojowego, intencja zakupu istniejącego tylko na deskach kreślarskich szwedzkiego okrętu podwodnego A-26 czy wizja tysięcy dronów, które będą „odstraszały nieprzyjaciela w każdej sytuacji obronnej, w jakiej możemy się znaleźć".

Musi przerażać, z jaką łatwością w głowie ministra wszystko składa się w proste schematy zakupowe, produkcyjne, technologiczne i batalistyczne. Bo raczej wiadomo, że do budowy tysięcy „jednorękich bandytów" dla Totalizatora Sportowego przez podległe MON przedsiębiorstwa potrzeba czegoś więcej niż trzech inżynierów, kontenera gumy, blachy, plastiku i zwykłych pecetów.

Rozumiem intencje ministra, ale są jeszcze (lub ich brak) możliwości produkcyjne przedsiębiorstw, technologia i coś, co wynika z lat doświadczeń i bez czego ani rusz, czyli know- how.

Popłoch i przerażenie

Z człowieka, który miał być posłusznym narzędziem w rękach prezesa, stał się więc dość szybko Antoni Macierewicz pośmiewiskiem i dostarczycielem barwnych anegdot. Na dodatek zasięg rażenia broni jądrowej z etykietą „Macierewicz" jest bardzo szeroki. Jego nazwisko i osoba nie tylko ośmieszają rząd w kraju i za granicą, ale antagonizują cały układ rządzący.

W wielu gabinetach ministerialnych i sejmowych nazwisko ministra obrony budzi wyłącznie popłoch i przerażenie, a po nich odruch bezradności. „Tak, to wyjątkowy szkodnik, niestety nieusuwalny" – słyszę od wielu moich rozmówców.

Czy tak jest w istocie i co za tym przemawia? Wiele okoliczności oczywistych i kilka plotek. Plotki przemilczę, a wśród kwestii oczywistych są przynajmniej dwie.

Antoni Macierewicz to główny kapłan kultu katastrofy smoleńskiej, który wciąż jest trzonem politycznej legendy PiS. Poza tym posiada polityczne zaplecze w postaci najtwardszego radiomaryjnego elektoratu Prawa i Sprawiedliwości i wyjątkowo o nie dba. Może nie znaleźć czasu na spotkanie z prezydentem, ale zawsze znajdzie czas na wizytę u ojca Rydzyka, występ w Radiu Maryja czy felieton mówiony dla telewizji Trwam. O te relacje z wyborcami dba jak rasowy ogrodnik pielęgnujący trawę na Wimbledonie.

Zakładnik Jarosław

Jarosław Kaczyński z zawiadującego teatrem kukiełek zamienił się w zwykłego zakładnika Antoniego Macierewicza. To oczywiście żadne odkrycie, tylko wiedza na tyle powszechna, że stała się gotowym scenariuszem dla satyryków. „Ucho prezesa" w tej kwestii nawet nie dopowiada rzeczywistości.

Jarosław Kaczyński w oczywisty sposób boi się Macierewicza. Wie, że próba zadarcia z ministrem obrony może oznaczać jego odejście z partii wraz z grupą sprzyjających mu posłów i częścią najtwardszego elektoratu. To również narażenie się na gniew wyznawców religii smoleńskiej i zarzut zdrady wobec wspólnej sprawy.

Kaczyński już wie, że Macierewicz jest nieprzewidywalny i groźny, a fronda w macierzystej partii to początek jej politycznego końca. Zarazem zapewne z niepokojem obserwuje kolejne poczynania bezkarnego ministra i już dostrzega, że z taką pieczołowitością budowany układ rządzący rozpada się jak domek z kart. Czy odkrył już w sobie poczucie winy? Jeśli nie, to wydarzy się to bardzo szybko. Musi zrozumieć, że ustawiając Macierewicza na czele ważnego resortu, popełnił kardynalny błąd. Zamiast trzymać niesfornego wiceprezesa partii pod swoimi skrzydłami, dał mu spory obszar niezależności, który Macierewicz przekształca powoli w swoją twierdzę. I nie dopuszcza do niej nikogo. Z sojusznika stał się przeciwnikiem. Najgroźniejszym, jakiego dziś ma Jarosław Kaczyński.

Drogi wyjścia nie widać

Jak sobie poradzić z tym trudnym do zgryzienia orzechem? Prezes PiS na razie jest w matni. Sytuacja, w jakiej się znalazł, jest śmiertelna.

Z jednej strony postępująca za sprawą Antoniego Macierewicza dewastacja wizerunku rządu. Świadomość wewnętrznych intryg, które knuje szef MON (wiadomo, że Macierewicz konstruuje już ekipę toruńskich profesorów, którzy mieliby zastąpić w resortach gospodarczych Mateusza Morawieckiego). Z drugiej przekonanie, że pozbycie się ministra to początek końca spoistości formacji i szybka utrata elektoratu. Co robić?

Zadaje sobie pytanie prezes i pewnie wszyscy wokół niego. Z gmachu zaś na Klonowej dobiega szyderczy śmiech Antoniego Macierewicza i retoryczne pytania w stylu: a może sam obejmiesz fotel premiera i spróbujesz nade mną zapanować?

Czy prezes się na to odważy? Myślę, że równie często jak o tym myśli, dochodzi do wniosku, że niewiele to zmieni. Przejęcie KPRM nie zmieni przecież ani statusu kapłańskiego Antoniego Macierewicza, ani jego poparcia w Toruniu.

Dogadać się jakoś z ojcem Ryzykiem? Nie, stary kapłan jest na to zbyt sprytny. Nie ma do Kaczyńskiego zaufania w nie mniejszym stopniu niż ten ostatni do Macierewicza.

Co jeszcze zostaje? Ostatnią ścieżką jest publiczne obnażenie cynizmu i nieudolności Macierewicza w kwestii smoleńskiej. Ale to bardzo niebezpieczna gra, na której prezes może wybić zęby. Czy się na taki krok – który jest jedyną ścieżką wyjścia z matni – zdecyduje? Mam wrażenie, że odpowiedzi na to pytanie doczekamy się już w najbliższym czasie. ©?

Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE