Rzecz o polityce

Wygnański: Pieniądze to niska cena za przyszłość

Fotorzepa, Ryszard Waniek
Musimy nauczyć się być ze sobą, bo przemoc już szarpie za łańcuch – mówi Kuba Wygnański, socjolog

Rzeczpospolita: Rząd wycofał się z pomysłu zmiany przepisów dotyczących zbiórek publicznych, zgodnie z którymi minister spraw wewnętrznych mógł blokować organizacjom takie zbiórki, których celów nie akceptował. Trzeci sektor czuje się zwycięzcą tej bitwy?

Kuba Wygnański: Nasz sektor nazywa się pozarządowy, a nie antyrządowy... Ale w oczach władzy zawsze możesz znienacka okazać się radykałem czy wichrzycielem. Co do zbiórek publicznych bardzo się cieszę, że rząd się wycofał ze swoich planów. Ustawa w jej obecnym kształcie jest dobra, a sposób, w jaki była kilka lat temu przygotowana, był przykładem zgoła modelowej praktyki partycypacji społecznej w procesie stanowienia prawa. Pracy nad ustawą towarzyszyły rzetelne konsultacje, organizacje wspólnie zabiegały o możliwie najlepsze rozwiązania. Rząd był otwarty na korygowanie swoich wyjściowych pomysłów. Ostatecznie w ustawie ograniczono nadmierne, arbitralne uprawnienia administracji, zaufano też obywatelom, że wiedzą, co robią i jakie cele chcą wspierać. Radykalnie uproszczono procedurę rejestracji zbiórek publicznych... I nagle ktoś motywowany potrzebą politycznej kontroli nad finansowaniem niezależnych inicjatyw obywatelskich postanowił, że w każdej chwili będzie mógł wyłączać im wtyczkę. Nikogo nie pytał o zdanie, nie zbudował żadnej wiarygodnej argumentacji uzasadniającej to posunięcie. Więc to sukces wielu organizacji i obywateli, którzy zmobilizowali się do oporu przeciwko tym pomysłom. Ale przez moment było niebezpiecznie.

Dlaczego?

Pieniądze przekazywane przez obywateli są wyrazem preferencji dotyczących poszczególnych legalnych inicjatyw. Nie ma powodu, dla którego darowizny wpłacane na ich rzecz, na ulicy, anonimowo i nieskutkujące żadnymi korzyściami podatkowymi, miałyby być przedmiotem nadmiernej kontroli ze strony administracji. Owszem ich wynik musi być jawny, tak jak wydatki (to zapewnia obecna ustawa), ale pomysł, że minister może blokować zbiórki albo przejmować zgromadzone w nich środki, budzi zrozumiały sprzeciw – zarówno organizacji (m.in. WOŚP, Forum Darczyńców), jak i obywateli.

To dość oczywiste, że różne działania podejmowane przez organizacje społeczne wymagają pieniędzy. Jedno źródło to redystrybucja podatków, czyli dostęp do pieniędzy publicznych, drugie źródło to są pieniądze, które mogłyby zarabiać same organizacje, ale dla wielu z nich to droga niedostępna, a dla innych niechciana. Trzecie i w pewnym sensie najzdrowsze źródło pozarządowej diety to są pieniądze pochodzące wprost od obywateli. Są one rodzajem legitymizacji działań.

To ważne szczególnie teraz, kiedy budowana jest obraźliwa dla organizacji insynuacja, że ich finansowanie z zagranicznych źródeł, np. takich jak środki G. Sorosa czy innych prywatnych fundacji, czy nawet rządów, wskazują na nieomal agenturalny charakter działań. Kompletne bzdury.

Organizacje prawicowe i kościelne mogą teraz liczyć na większą stabilność finansową?

Teoretycznie wszystkie takie środki powinny przechodzić przez transparentne i uczciwe systemy grantowe lub zlecenia. Pamiętajmy, że organizacje wykonują liczne zadania publiczne, np. prowadzą hospicja czy schroniska, albo działania edukacyjne itd. Takie organizacje na całym świecie korzystają ze środków publicznych. Zresztą zapisana w naszej konstytucji zasada pomocniczości o tym właśnie mówi. W Polsce skala takich transferów jest też relatywnie nieduża. Dla porównania np. w niemieckim Caritas pracuje ok. 700 tys., osób. Jest to organizacja wykonująca właściwie prawie wszystkie usługi opieki nad osobami starszymi w Niemczech (tam także obowiązuje zasad pomocniczości i jest traktowana poważnie).

Ale prawo mamy dobre?

Polska wykonała wielką pracę: będziemy niedługo obchodzić 15-lecie ustawy o pożytku publicznym. Prace nad nią trwały siedem lat, a uchwalono ją prawie jednogłośnie. Ta ustawa stanowi, że wszystkie pieniądze wydawane są zgodnie z kilkoma zasadami, takimi jak m.in. jawność, konkurencja, brak konfliktu interesów. Każdy organ samorządu i administracji rządowej powinien uchwalać coroczny program współpracy z organizacjami. Polska była stawiana za wzór rozwiązań w tym zakresie. Ostatnio jest jednak gorzej. Niektóre organy administracji rządowej używają środków publicznych do swoistego zarządzania sektorem. Często ze złamaniem elementarnych zasad poprzez ręczne sterowanie administracja zaczyna nagradzać swoje organizacje i karać (wręcz głodzić) te, które z nią nie sympatyzują lub realizują cele, które władza uznała za niepopularne. Najpierw dotknęło to organizacje zajmujące się migracjami. Jest to haniebne, tym bardziej że to nawet nie są pieniądze polskie, tylko Unii Europejskiej. MSWiA od dwóch lat w praktyce odcięło te organizacje od wsparcia. Także te zajmujące się zwalczaniem przemocy wobec kobiet – choćby Centrum Praw Kobiet – czy kwestiami przemocy w stosunku do dzieci tak – jak Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę. Na szczodre wsparcie mogą liczyć organizacje wspierające rząd. Ostatnio głośno było o organizacjach związanych z ojcem Rydzykiem, Klubami „Gazety Polskiej" i wielu innych.

Jakie są więc strategie przetrwania dla organizacji?

Paradoksalnie pojawiła się także mobilizacja wśród organizacji. Klimat się zmienia – być może czeka nas epoka lodowcowa, więc i reguły przetrwania muszą być inne. Wiele organizacji zabiega o to, by w możliwie największym stopniu oprzeć się na dobroczynności osób indywidualnych. Myślę np. o takich organizacjach jak Sieć Obywatelska Watchdog, Fundacja Batorego, Oko.press czy wreszcie Fundusz Obywatelski. Wiele tych instytucji apeluje do ludzi: jeśli wierzycie w to, co robimy, wspierajcie nas.

Co z mechanizmem 1 proc.? To miał być pomysł finansujący wykonywanie ważnych społecznie zadań...

Wiele organizacji, zwłaszcza takich, które nie są przychylne dla tego, co się dzieje nie może liczyć na wsparcie rządu a często nawet samorządu, ani też na filantropię firm. Te ostatnie bardzo często są oportunistyczne, dobrze wiedzą, na co maja płacić i jakie wydarzenia sponsorować, gdzie wykupić reklamę tak, aby się opłacało i aby nie mieć kłopotów. Spółki skarbu państwa płacą po prostu na Polską Fundację Narodową i już. Zresztą od dawna poziom filantropii korporacyjnej był w Polsce niski i to mimo tego, że darowizny na rzecz celów społecznych mogą odliczać od podstawy opodatkowania w wysokości do 10% przychodów.

W tej sytuacji pozostaje liczyć na wsparcie ze strony osób indywidualnych. Ono może mieć 3 formy. Zbiórki publiczne (o tym była mowa), darowizny (w tym przypadku można je odliczać od podstawy opodatkowania z limitem 6% przychodu) i wreszcie tzw. 1% PIT. Jeszcze przez miesiąc będziemy wypełniać PIT, więc warto temu mechanizmowi poświęcić nieco uwagi. Warto zacząć od tego, że 1% PIT to nie jest filantropia. To jest możliwość współdecydowania o przeznaczaniu pieniędzy publicznych. To szczególny rodzaj budżetu partycypacyjnego.

Kiedy wymyślaliśmy ten mechanizm 15 lat temu, nie spodziewaliśmy się jednak tego, co się stało. We wszystkich krajach, gdzie pomysł ten jest praktykowany opiera się na przekonaniu, że istnieją instytucje publiczne pełniące ważne funkcje publiczne, co, do których niestosowne byłoby, aby o przeznaczeniu środków na ich rzecz decydowali urzędnicy lub politycy i dlatego taką decyzję powinni podejmować obywatele. Takimi instytucjami są np. kościoły (to w stosunku do nich w pierwszej kolejności stosowano ten mechanizm np. we Włoszech). Na Litwie poprzez ich mechanizm 2 procent finansowane są też partie polityczne. Ależ u nas by się zmienił system, gdyby, co roku podejmować osobiście decyzje, na jaka partie przeznaczam pieniądze! Ostatecznie jednak w kilku krajach Europy Środkowej i Wschodnie mechanizm ten wprowadzono dla wspierania organizacji pozarządowych. To miała być taka proteza wspierająca bardzo słabą autentyczną filantropię.

Ale organizacje narzekają na ten sposób finansowania...

Mechanizm 1 proc. w Polsce został wymyślony do finansowania działań trudnych, wrażliwych na polityczne wahnięcia. Miał dawać niezależność od państwa. To jest przecież szalenie ważne dla organizacji, np. badających przebieg wyborów, czy innych organizacji strażniczych, by nie były one podejrzewane o bycie finansowanymi wprost przez państwo. Ogromnej kultury politycznej wymaga, by rząd dawał pieniądze na organizacje, które mają za zadanie kontrolowanie go. To taki system immunologiczny. Teraz jest on wyłączony. Partia rządząca jawnie łamie konstytucję, przejmuje media, ogranicza wolność zgromadzeń, likwiduje niezawisłość sądów... Zaraz wszystkie bezpieczniki demokratyczne zostaną wyłączone! W tej sytuacji ochrona organizacji jest bardzo ważna, a 1 proc. PIT potencjalnie mógłby być tu istotny, ale jest z nim wiele kłopotów.

Przecież coraz więcej podatników wpłaca pieniądze?

Te ponad 500 mln w olbrzymiej większości idzie na indywidualne świadczenia poprzez subkonta. Niewiele już z tym można zrobić. Pośrednicy organizujący ten proceder są potężni, a wiele osób żyje w takiej desperacji, jeśli chodzi o los ich bliskich, często małych dzieci, że trudno się dziwić, że używa tego systemu, aby im pomóc. Żeby to zmienić, trzeba by wpierw ustanowić inny fundusz, np. na walkę z rzadkimi chorobami, modernizować NFZ itd.

System 1 proc. PIT jest więc zawodny. Miał wyrównywać szanse potrzebujących, ale tego nie robi. Zbieranie środków przez indywidualne osoby skutkuje spełnianiem się tzw. proroctwa Mateusza: „Ci, którzy mają więcej, będą mieli jeszcze więcej". Bo wyobraźmy sobie, że przypadek ciężkiej choroby zdarzy się w rodzinie kogoś, kto np. pracuje w banku. Jego możliwości dotarcia w sieci do zamożnych przyjaciół i współpracowników, użycia mediów społecznościowych, a nawet profesjonalnej „reklamy" są nieporównanie większe niż kogoś, kto mieszka w małej miejscowości i np. samotnie mierzy się z opieką nad osobą chorą. To skutkuje szczególnym „urynkowieniem nieszczęścia", w którym nieszczęście jednych musi walczyć na „bazarze współczucia" z nieszczęściami innych. Tak nie powinno być. Ale takie działania chwytają za serce – przekaz jest coraz bardziej brutalny i zmierza do emocjonalnego szantażu – „dasz pieniądze albo umrę". W takiej sytuacji namawianie do wpłacania pieniędzy na wspólne inicjatywy, takie jak Fundusz Obywatelski, jest co najmniej trudne.

Na czym polega Fundusz Obywatelski?

Zbieramy fundusze na to, aby przekazać je innym – na różne inicjatywy. Przez pierwsze dwa lata zebraliśmy pół miliona złotych, w tym z 1 proc. PIT. Pieniądze te rozdzielamy w otwartych konkursach na rzecz lokalnych inicjatyw obywatelskich (tam trudno zebrać środki, a odwaga wymaga znacznie większej ceny). Fundusz wspiera obywatelskie działania na rzecz ochrony praw obywatelskich, reguł ustrojowych, ograniczania przemocy w życiu publicznym, wreszcie czegoś, co nazywamy odbudowywaniem tkanki łącznej zdolności do komunikacji czy wręcz koegzystencji mimo dzielących nas różnic. W Polsce jest wielu inżynierów i interesariuszy konfliktów, ale wierzymy, że jest coraz więcej ludzi, którzy są zmęczeni konfliktem. Fundusz szuka pomysłów na to, by ograniczać konflikty na tle politycznym: w rodzinach, lokalnych społecznościach, w kraju. Musimy szukać metod, żeby się jakoś skleić na nowo i umieć się komunikować ze sobą. Rozumieć się raczej, niż oceniać. Nauczyć się uznawać, że mamy prawo do odmienności opinii. Szukać tego, co nas łączy, a nie tego, co nas dzieli. Być razem przy stole, a nie w internetowych plemionach. W Polsce przemoc już czai się za rogiem, już szarpie łańcuch, jak się urwie, będzie za późno. Zróbmy wszystko, żeby to się nie zdarzyło, i wspierajmy tych, którzy starają się zrobić to dla nas i za nas. Pieniądze to najniższa cena za to, żeby dbać o wspólną przyszłość. Wszyscy, którzy chcą wspierać Fundusz Obywatelski, wszystkie informacje znajdą pod adresem: funduszobywatelski.pl.

Kuba Wygnański – socjolog, uczestnik obrad Okrągłego Stołu, badacz i współtwórca sektora pozarządowego w Polsce. Pomysłodawca Funduszu Obywatelskiego.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL