Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Rzecz o polityce

Migalski: Głos większości kontra umiłowanie wolności

W ostatnich wyborach w USA Hillary Clinton zebrała o poand trzy miliony więcej głosów, ale prezydentem został Donald Trum.
AFP
Politycy uważajš się przeważnie za prawdziwych demokratów. Majš rację?

Wszyscy dziœ na œwiecie walczš o demokrację: nie tylko władze Unii Europejskiej, ale także jej zagorzali krytycy, Hillary Clinton i Donald Trump, PiS i jego opozycja, a nawet Putin i Erdogan. Wszyscy oni czujš się przedstawicielami ruchu demokratycznego i demokratycznych wartoœci. Najgorsze, że właœciwie wszyscy majš rację.

Antydemokratyczni liberałowie?

Przez ostatnie kilkadziesišt lat posługiwaliœmy się bowiem pojęciem demokracji, majšc na myœli de facto ustrój ograniczonego konstytucjonalizmu. Nazwaliœmy go demokracjš liberalnš i zapomnieliœmy, czym jest ta zbitka, co oznacza rzeczownik, a co przymiotnik. A oznaczały one kiedyœ wartoœci... przeciwstawne. Tak, tak – były czasy, wcale nie tak odległe, że demokraci byli antyliberalni, a liberałowie antydemokratyczni. Jeszcze w XIX wieku te dwa systemy aksjologiczne były w opozycji wobec siebie, a ich wyznawcy toczyli ze sobš wojnę na œmierć i życie.

Demokraci flirtowali wówczas z nacjonalistami i populistami (w obu przypadkach były to wówczas okreœlenia nie obraŸliwe, lecz jedynie deskryptywne), a liberałowie romansowali z monarchistami i dyktatorami. Dlaczego? Bo demokracja i liberalizm odwołujš się do sprzecznych w istocie wartoœci – ta pierwsza do woli większoœci, ten drugi do wolnoœci. Przez przypadek (wspomagany jednak przez wiele pokoleń polityków i filozofów) obie te aksjologie zespoliły się w jedno pojęcie demokracji liberalnej, ale na poczštku były wobec siebie przeciwstawne.

Gdy Alexis de Tocqueville zachwycał się amerykańskim stylem życia i politykowania, najbardziej fascynowała go nie siła demokracji, ale groŸba „tyranii większoœci". Gdy podziwiał tamtejszy system polityczny, to nie tylko z powodu jego inkluzji szerokich mas społecznych (nie na tyle jednak szerokich, by włšczyć do niego niewolników, kobiety i inne upoœledzone społecznie grupy), ile z powodu przemyœlnych zabezpieczeń, które czyniły go odpornym na populizm i kaprysy niemšdrej większoœci. Owszem, z podziwem patrzył na działanie „społeczeństwa obywatelskiego", ale jeszcze bardziej zachwycał się mechanizmami powœcišgajšcymi rewoltę tłumu i wulgarne mniemania mas.

Gdy dzisiaj patrzymy na amerykański system polityczny najbardziej uderzajšcym elementem jest jego...niedemokratycznoœć.

Z Hillary zrobił się Trump

W ostatnich wyborach prawie trzema milionami głosów wygrała Clinton, ale prezydentem USA został Trump. Stało się tak z powodu specyficznego i skomplikowanego systemu głosów elektorskich, który został wymyœlony przed ponad dwoma wiekami jako zapora przeciwko... woli większoœci. Ale też ów niezrozumiały system zaraz dał o sobie znać, gdy nowo wybrana głowa państwa chciała zakazać wjazdu na teren USA obywatelom siedmiu państw muzułmańskich: decyzja najpotężniejszego człowieka na œwiecie została zablokowana przez jeden z amerykańskich sšdów, i to bynajmniej nie Sšd Najwyższy.

W tym właœnie przejawia się geniusz tego konstruktu, jakim jest demokracja liberalna: jest demokracjš, bo szanuje wolę większoœci, ale jest liberalna, bo zabezpiecza przed niš resztę obywateli.

Demokracja liberalna zasadza się na powszechnym głosowaniu (w bardzo zresztš różnych odmianach), ale jest ono korygowane przez cały system zabezpieczeń przed tyraniš większoœci, w postaci systemu niezależnego sšdownictwa, wolnych mediów, trójpodziału władzy, praw opozycji do swobodnego działania, możliwoœci alternacji władzy, swobód osobistych obywateli, przestrzeni dla działalnoœci trzeciego sektora itp.

To połšczenie wody z ogniem, woli większoœci z prawami mniejszoœci, demokratycznego wyroku wyborczego z ograniczeniami wyłonionej w ten sposób władzy.

Z braku zrozumienia tego faktu wynikajš nasze obecne kłopoty na œwiecie i w Polsce. Wszystkie strony sporu politycznego powołujš się na zasady demokratyczne, tyle tylko, że rozumiejš je inaczej. I tak w naszym kraju obóz rzšdzšcy oraz udawana wobec niego opozycja, jakš jest Kukiz'15, gardłujš, że sš prawdziwymi demokratami, bowiem stanowiš większoœć oraz – co równie ważne – reprezentujš w wielu kwestiach poglšdy suwerena, czyli większoœci Polaków. I zaiste, w materii praw homoseksualistów, kobiet i przyrody, w kwestii uchodŸców, transferów społecznych czy ostrego karania przestępców PiS i Kukiz'15 naprawdę stojš po stronie większoœci Polaków. Tym bardziej nie rozumiejš zarzutów płynšcych ze strony ich krytyków, że łamiš zasady demokracji i działajš na jej szkodę.

Z kolei z ław opozycji płynš żale, że rzšd łamie trójpodział władzy, zdemolował Trybunał Konstytucyjny i podporzšdkował sobie sšdownictwo, narusza wolnoœć mediów, łamie prawa mniejszoœci seksualnych, politycznych i religijnych, niszczy społeczeństwo obywatelskie i nasze relacje z Uniš Europejskš. Najgorsze, że to także jest prawda, podobnie jak legitymizowanie się przez PiS szerokim poparciem społecznym oraz akceptacjš jego polityki od dwóch lat. Obie strony majš rację, tyle tylko, że mówiš o czymœ innym: PiS kładzie nacisk na demokratycznoœć swoich rzšdów i silny mandat społeczny, a opozycja trafnie zauważa, że broni konstytucji i zawartych w niej praw.

Nieograniczona wola ludu

Ta sytuacja, podobnie zresztš jak na całym œwiecie, gdzie toczš się identyczne spory, jest być może najlepszš okazjš do powrotu ku dawnej dystynkcji: na demokratów i liberałów. Bo ona o wiele lepiej opisuje konflikt wartoœci, który zaistniał. Z jednej strony sš bowiem zwolennicy realizacji nieograniczonej woli ludu, mniemań narodu, zachcianek większoœci. Twierdzš oni, jak politycy PiS i Kukiz'15, że zadaniem państwa jest działanie w interesie większoœci, w zgodzie ze zdaniem suwerena, nawet jeœli ma się to nie podobać reszcie. Tak rozumiejš demokrację – jako nieokiełznane rzšdy większoœci.

Z drugiej strony sš liberałowie: ci z kolei, akceptujšc, co oczywiste, powszechnoœć wyborów, kładš nacisk na zabezpieczenie mniejszoœci przed wolš większoœci. Dlatego broniš zasady trójpodziału władz, niezależnego sšdownictwa, wolnych mediów, przestrzeni dla opozycji, praw wszelakich mniejszoœci, swobody działań organizacji pozarzšdowych.

Jak wyglšdałby z tej perspektywy œwiat? Jako starcie demokratów z liberałami. Po tej pierwszej stronie znaleŸliby się Trump, Le Pen, brexitowcy, Beppe Grillo, Putin, Erdogan, a po drugiej Clinton, Macron, Merkel, rosyjscy i tureccy opozycjoniœci. Problem z tym, że o ile wymienieni w pierwszej kolejnoœci chętnie przypisaliby sobie łatkę demokratów, o tyle wymienieni w drugiej kolejnoœci niekoniecznie chcieliby być okreœlani jako liberałowie. Można wymyœlić inne nazwy, jak wolnoœciowcy czy też konstytucjonaliœci, ale nie brzmiš one dobrze.

Prawo większoœci kontra prawo jednostki

A jak ów spór wyglšdałby w Polsce? W moim przekonaniu lepiej niż powszechny obecnie podział opisywałby on napięcie, z którym mamy dziœ do czynienia. Bo zamiast wyzywać pisowców i kukizowców od zamordystów, moglibyœmy w nich zobaczyć bezprzymiotnikowych demokratów, a w opozycjonistach dostrzec po prostu konstytucyjnych liberałów.

Natrafimy w tym przypadku na podobny problem, jak wymieniony w poprzednim akapicie: Kaczyński i Kukiz zapewne łacno by zaakceptowali okreœlania ich mianem demokratów, ale jak skłonić Czarzastego, Kosiniaka-Kamysza, Barbarę Nowackš a nawet Schetynę do przyjęcia tytułu liberała (o działaczach Partii Razem nawet nie wspominajšc)? Zapewne chętniej pogodziliby się z tytułem obrońców ładu konstytucyjnego czy też państwa prawa szanujšcego mniejszoœci wszelakie, ale brzmi to pokracznie i chyba nie za bardzo znalazłoby uznanie zarówno u liderów opinii, jak i u wyborców.

Może więc pozostaje nam przyjęcie terminologii, która funkcjonowała u zarania powstawania nowożytnych systemów politycznych, czyli uznanie, że w istocie mamy do czynienia z wojnš demokratów i liberałów, obrońców prawa większoœci z obrońcami praw mniejszoœci, bezwarunkowych miłoœników suwerena z lękajšcymi się go, zwolennikami poddawania kolejnych sfer życia mniemaniom ogółu z tymi, którzy chcš wygospodarowania takich przestrzeni społecznych, których lud nie może modyfikować?

Bez względu jednak na to, jakš terminologię przyjmiemy, warto uzmysłowić sobie, że w dzisiejszym zachodnim œwiecie, prócz innych ważnych konfliktów, najistotniejszš liniš sporu jest ta między zwolennikami głosu większoœci a miłoœnikami wolnoœci. Š?

Autor jest doktorem politologii na Uniwersytecie Œlšskim

ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL