Rzecz o polityce

Migalski: Głos większości kontra umiłowanie wolności

W ostatnich wyborach w USA Hillary Clinton zebrała o poand trzy miliony więcej głosów, ale prezydentem został Donald Trum.
AFP
Politycy uważają się przeważnie za prawdziwych demokratów. Mają rację?

Wszyscy dziś na świecie walczą o demokrację: nie tylko władze Unii Europejskiej, ale także jej zagorzali krytycy, Hillary Clinton i Donald Trump, PiS i jego opozycja, a nawet Putin i Erdogan. Wszyscy oni czują się przedstawicielami ruchu demokratycznego i demokratycznych wartości. Najgorsze, że właściwie wszyscy mają rację.

Antydemokratyczni liberałowie?

Przez ostatnie kilkadziesiąt lat posługiwaliśmy się bowiem pojęciem demokracji, mając na myśli de facto ustrój ograniczonego konstytucjonalizmu. Nazwaliśmy go demokracją liberalną i zapomnieliśmy, czym jest ta zbitka, co oznacza rzeczownik, a co przymiotnik. A oznaczały one kiedyś wartości... przeciwstawne. Tak, tak – były czasy, wcale nie tak odległe, że demokraci byli antyliberalni, a liberałowie antydemokratyczni. Jeszcze w XIX wieku te dwa systemy aksjologiczne były w opozycji wobec siebie, a ich wyznawcy toczyli ze sobą wojnę na śmierć i życie.

Demokraci flirtowali wówczas z nacjonalistami i populistami (w obu przypadkach były to wówczas określenia nie obraźliwe, lecz jedynie deskryptywne), a liberałowie romansowali z monarchistami i dyktatorami. Dlaczego? Bo demokracja i liberalizm odwołują się do sprzecznych w istocie wartości – ta pierwsza do woli większości, ten drugi do wolności. Przez przypadek (wspomagany jednak przez wiele pokoleń polityków i filozofów) obie te aksjologie zespoliły się w jedno pojęcie demokracji liberalnej, ale na początku były wobec siebie przeciwstawne.

Gdy Alexis de Tocqueville zachwycał się amerykańskim stylem życia i politykowania, najbardziej fascynowała go nie siła demokracji, ale groźba „tyranii większości". Gdy podziwiał tamtejszy system polityczny, to nie tylko z powodu jego inkluzji szerokich mas społecznych (nie na tyle jednak szerokich, by włączyć do niego niewolników, kobiety i inne upośledzone społecznie grupy), ile z powodu przemyślnych zabezpieczeń, które czyniły go odpornym na populizm i kaprysy niemądrej większości. Owszem, z podziwem patrzył na działanie „społeczeństwa obywatelskiego", ale jeszcze bardziej zachwycał się mechanizmami powściągającymi rewoltę tłumu i wulgarne mniemania mas.

Gdy dzisiaj patrzymy na amerykański system polityczny najbardziej uderzającym elementem jest jego...niedemokratyczność.

Z Hillary zrobił się Trump

W ostatnich wyborach prawie trzema milionami głosów wygrała Clinton, ale prezydentem USA został Trump. Stało się tak z powodu specyficznego i skomplikowanego systemu głosów elektorskich, który został wymyślony przed ponad dwoma wiekami jako zapora przeciwko... woli większości. Ale też ów niezrozumiały system zaraz dał o sobie znać, gdy nowo wybrana głowa państwa chciała zakazać wjazdu na teren USA obywatelom siedmiu państw muzułmańskich: decyzja najpotężniejszego człowieka na świecie została zablokowana przez jeden z amerykańskich sądów, i to bynajmniej nie Sąd Najwyższy.

W tym właśnie przejawia się geniusz tego konstruktu, jakim jest demokracja liberalna: jest demokracją, bo szanuje wolę większości, ale jest liberalna, bo zabezpiecza przed nią resztę obywateli.

Demokracja liberalna zasadza się na powszechnym głosowaniu (w bardzo zresztą różnych odmianach), ale jest ono korygowane przez cały system zabezpieczeń przed tyranią większości, w postaci systemu niezależnego sądownictwa, wolnych mediów, trójpodziału władzy, praw opozycji do swobodnego działania, możliwości alternacji władzy, swobód osobistych obywateli, przestrzeni dla działalności trzeciego sektora itp.

To połączenie wody z ogniem, woli większości z prawami mniejszości, demokratycznego wyroku wyborczego z ograniczeniami wyłonionej w ten sposób władzy.

Z braku zrozumienia tego faktu wynikają nasze obecne kłopoty na świecie i w Polsce. Wszystkie strony sporu politycznego powołują się na zasady demokratyczne, tyle tylko, że rozumieją je inaczej. I tak w naszym kraju obóz rządzący oraz udawana wobec niego opozycja, jaką jest Kukiz'15, gardłują, że są prawdziwymi demokratami, bowiem stanowią większość oraz – co równie ważne – reprezentują w wielu kwestiach poglądy suwerena, czyli większości Polaków. I zaiste, w materii praw homoseksualistów, kobiet i przyrody, w kwestii uchodźców, transferów społecznych czy ostrego karania przestępców PiS i Kukiz'15 naprawdę stoją po stronie większości Polaków. Tym bardziej nie rozumieją zarzutów płynących ze strony ich krytyków, że łamią zasady demokracji i działają na jej szkodę.

Z kolei z ław opozycji płyną żale, że rząd łamie trójpodział władzy, zdemolował Trybunał Konstytucyjny i podporządkował sobie sądownictwo, narusza wolność mediów, łamie prawa mniejszości seksualnych, politycznych i religijnych, niszczy społeczeństwo obywatelskie i nasze relacje z Unią Europejską. Najgorsze, że to także jest prawda, podobnie jak legitymizowanie się przez PiS szerokim poparciem społecznym oraz akceptacją jego polityki od dwóch lat. Obie strony mają rację, tyle tylko, że mówią o czymś innym: PiS kładzie nacisk na demokratyczność swoich rządów i silny mandat społeczny, a opozycja trafnie zauważa, że broni konstytucji i zawartych w niej praw.

Nieograniczona wola ludu

Ta sytuacja, podobnie zresztą jak na całym świecie, gdzie toczą się identyczne spory, jest być może najlepszą okazją do powrotu ku dawnej dystynkcji: na demokratów i liberałów. Bo ona o wiele lepiej opisuje konflikt wartości, który zaistniał. Z jednej strony są bowiem zwolennicy realizacji nieograniczonej woli ludu, mniemań narodu, zachcianek większości. Twierdzą oni, jak politycy PiS i Kukiz'15, że zadaniem państwa jest działanie w interesie większości, w zgodzie ze zdaniem suwerena, nawet jeśli ma się to nie podobać reszcie. Tak rozumieją demokrację – jako nieokiełznane rządy większości.

Z drugiej strony są liberałowie: ci z kolei, akceptując, co oczywiste, powszechność wyborów, kładą nacisk na zabezpieczenie mniejszości przed wolą większości. Dlatego bronią zasady trójpodziału władz, niezależnego sądownictwa, wolnych mediów, przestrzeni dla opozycji, praw wszelakich mniejszości, swobody działań organizacji pozarządowych.

Jak wyglądałby z tej perspektywy świat? Jako starcie demokratów z liberałami. Po tej pierwszej stronie znaleźliby się Trump, Le Pen, brexitowcy, Beppe Grillo, Putin, Erdogan, a po drugiej Clinton, Macron, Merkel, rosyjscy i tureccy opozycjoniści. Problem z tym, że o ile wymienieni w pierwszej kolejności chętnie przypisaliby sobie łatkę demokratów, o tyle wymienieni w drugiej kolejności niekoniecznie chcieliby być określani jako liberałowie. Można wymyślić inne nazwy, jak wolnościowcy czy też konstytucjonaliści, ale nie brzmią one dobrze.

Prawo większości kontra prawo jednostki

A jak ów spór wyglądałby w Polsce? W moim przekonaniu lepiej niż powszechny obecnie podział opisywałby on napięcie, z którym mamy dziś do czynienia. Bo zamiast wyzywać pisowców i kukizowców od zamordystów, moglibyśmy w nich zobaczyć bezprzymiotnikowych demokratów, a w opozycjonistach dostrzec po prostu konstytucyjnych liberałów.

Natrafimy w tym przypadku na podobny problem, jak wymieniony w poprzednim akapicie: Kaczyński i Kukiz zapewne łacno by zaakceptowali określania ich mianem demokratów, ale jak skłonić Czarzastego, Kosiniaka-Kamysza, Barbarę Nowacką a nawet Schetynę do przyjęcia tytułu liberała (o działaczach Partii Razem nawet nie wspominając)? Zapewne chętniej pogodziliby się z tytułem obrońców ładu konstytucyjnego czy też państwa prawa szanującego mniejszości wszelakie, ale brzmi to pokracznie i chyba nie za bardzo znalazłoby uznanie zarówno u liderów opinii, jak i u wyborców.

Może więc pozostaje nam przyjęcie terminologii, która funkcjonowała u zarania powstawania nowożytnych systemów politycznych, czyli uznanie, że w istocie mamy do czynienia z wojną demokratów i liberałów, obrońców prawa większości z obrońcami praw mniejszości, bezwarunkowych miłośników suwerena z lękającymi się go, zwolennikami poddawania kolejnych sfer życia mniemaniom ogółu z tymi, którzy chcą wygospodarowania takich przestrzeni społecznych, których lud nie może modyfikować?

Bez względu jednak na to, jaką terminologię przyjmiemy, warto uzmysłowić sobie, że w dzisiejszym zachodnim świecie, prócz innych ważnych konfliktów, najistotniejszą linią sporu jest ta między zwolennikami głosu większości a miłośnikami wolności. ©?

Autor jest doktorem politologii na Uniwersytecie Śląskim

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL