Wybory przewodniczącego RE: Awantura Polski o Tuska

aktualizacja: 01.03.2017, 15:21
Foto: AFP

Przed wyborem przewodniczącego Rady Europejskiej.

REDAKCJA POLECA

Anna Słojewska z Brukseli

Jacek Saryusz-Wolski nie ma szans na stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej. Ale wrzutka PiS zapowiada emocje na unijnym szczycie.

Już za osiem dni szczyt UE, który ma zatwierdzić kandydaturę Donalda Tuska na drugą kadencję na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej. Polak ma poparcie większości państw UE, a sprzeciwu nie widać nigdzie, poza Warszawą. Od kilku miesięcy Jarosław Kaczyński powtarza, że Polska nie poprze Tuska, a premier Beata Szydło wstrzymuje się z ostateczną opinią. W Brukseli panowało do tej pory przekonanie, że oznacza to milczący sprzeciw rządu PiS wobec Tuska, który jednak nie storpeduje jego kandydatury. Bo przewodniczący Rady Europejskiej wybierany jest większością głosów. Oczywiście dziwaczne jest, że własny kraj nie popiera kandydata (tak jakby miało zastęp Polaków na innych ważnych stanowiskach w UE).

Tak samo dziwaczne jest mianowanie osoby na to stanowisko bez konsensusu i wbrew woli kraju, z którego kandydat pochodzi. Ale mamy do czynienia z Polską, która jest uznawana teraz w UE za problem, więc dobre relacje z jej rządem nie są priorytetem. Wyraźnie było widać wolę większości, żeby to zrobić. Trochę na złość PiS, ale też z przekonania, że Tusk jest dobrym kandydatem. I nie ma sensu szukać nowego, skoro ten się nauczył swojego zajęcia. Wszystko jednak przy założeniu, że sprzeciw Polski będzie milczący. Były na to szanse, bo właściwie rząd nigdy nie powiedział, że oficjalnie Tuska zablokuje. Dla wszystkich byłoby to wygodne. Warszawa miałaby narrację na użytek wewnętrzny, że Tuska nie chciała, ale większość była za. A reszta UE miałaby spokój i mogła zająć się innymi problemami niż szukanie następcy Tuska.

Teraz jednak sytuacja się zmieniła. PiS zorientował się prawdopodobnie, że w Polsce jego opór wobec Tuska jest odbierany jako akcja samobójcza, skoro zamiast niego przewodniczącym RE miałby zostać mityczny „socjalista z Południa Europy". Wynalazł więc Jacka Saryusza-Wolskiego, eurodeputowanego PO, i jego kandydaturę oficjalnie ma zgłosić. Nieważne, że europoseł z łódzkiego jest bez szans: nigdy nie był premierem, ani prezydentem, a to niepisany warunek przy nominacji na to stanowisko. Bo Rada Europejska to gremium szefów państw i rządów, ich szefem musi być więc jeden z nich. Ważne, że w Polsce można pokazać, że PiS jest konstruktywny. I gotów jest nawet zaproponować za Tuska innego polityka PO, gdyby pojawiły się argumenty, że szefem Rady ma być chadek.

Nikt w Europie nie traktuje tego poważnie, a Joseph Daul, szef Europejskiej Partii Ludowej (czyli chadecji, do której należy PO) już powiedział, że kandydatem jego grupy jest Tusk. Na marginesie zresztą Saryusz-Wolski to jeden z zastępców Daula w EPL. Równolegle Jarosław Kaczyński po raz kolejny zaatakował Tuska i powiedział nie tylko o braku poparcia, ale też o tym, że były premier nie może liczyć na „brak sprzeciwu". Jeśli rozumieć to dosłownie, to znaczy, że Beata Szydło 9 marca powie głośno „nie" wobec Tuska i będzie próbowała aktywnie blokować jego kandydaturę.

A to już jest dla UE większy problem niż milczący sprzeciw. Polska chce awantury o Tuska, której inni woleliby uniknąć. Oczywiście trudno sobie wyobrazić, żeby do 9 marca znalazł się poważny kontrkandydat: do tego potrzebna jest wola polityczna, którą na razie widać tylko w Warszawie. Ustępstwo wobec polskiego rządu oznaczałoby też, że inni ulegają szantażowi PiS, a przecież tego bardzo nie chcą. Sytuacja jednak się komplikuje i pewnie o to chodzi PiS. Ich bezpośrednim celem może być przesunięcie dyskusji na ten temat. Bardzo niewygodne, bo kadencja Tuska kończy się 31 maja i do tego czasu musi być dokonana nominacja. A po spotkaniu 9 marca żadnego szczytu UE już przed tym terminem nie ma. Można oczywiście zwołać spotkanie nadzwyczajne, tylko po co? Skoro PiS miał tyle miesięcy na znalezienie alternatywy i nie zdołał znaleźć żadnego sojusznika, a ich jedynym pomysłem jest eurodeputowany PO, to znaczy, że nie warto czekać, nawet kosztem awantury. Jedynym jej skutkiem może być więc dalsze pogłębienie przepaści między Polską a większością w UE (do której zaliczam wszystkich poza Węgrami).

Jest jeszcze wątek poboczny całej tej gry, czyli o co chodzi Saryuszowi-Wolskiemu, skoro wie że nie ma szans na to stanowisko? Ponieważ natychmiast po doniesieniach „Financial Times" zapadł się pod ziemię i nie reagował nawet na esemesy kolegów ze swojej partii, można założyć, że jest świadom swojego udziału w tej grze. To może oznaczać, że jest gotów odejść z PO, co zresztą nie jest zaskoczeniem, jeśli się śledzi jego opinie na temat rządu w ostatnich miesiącach wygłaszane na Twitterze czy w wywiadach. Dla polityka tej klasy co Saryusz-Wolski jest tylko jedno stanowisko warte udziału w tej grze: komisarz UE. To PiS będzie zgłaszał kandydata na kolejną kadencję w 2019 roku.

masz pytanie, wyślij e-mail do autorki: a.slojewska@rp.pl

POLECAMY

KOMENTARZE