Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Rzecz o polityce

Piłka: Kłamstwo lizbońskie Jarosława Kaczyńskiego

Fotorzepa, Kuba Kamiński
PiS buduje swój wizerunek na największej klęsce polskiej dyplomacji po 1989 roku

Jarosław Kaczyński twierdzi, że Polska musiała w sytuacji przymusowej zaakceptować niekorzystny dla Polski traktat lizboński podpisany 13 grudnia 2007 roku. Otóż jest to kłamstwo. Kłamstwo, na którym został zbudowany patriotyczny wizerunek obecnego obozu rzšdowego i jego legitymizacja do sprawowania władzy. I to kłamstwo jest dziœ jednym z najważniejszych elementów wizerunkowych rzšdzšcych.

Nie zaprzecza mu liberalna opozycja, współodpowiedzialna za akceptację traktatu i tym samym za degradację pozycji Polski w UE. Jest to kłamstwo, które ukształtowało fundament ustrojowo-polityczny państwa PO–PiS, a zwłaszcza sformatowało naszš pozycje w Unii. To kłamstwo jest dziœ nie tylko ponadpartyjnym fundamentem polskiej polityki unijnej, ale także przyczynš niewiedzy o rzeczywistych przyczynach upadku pozycji Polski w strukturach unijnych.

Kwestia negocjacji nowego traktatu rewizyjnego, po referendach w sprawie traktatu konstytucyjnego we Francji i w Holandii była zamknięta. Traktat upadł, bo społeczeństwa dwóch państw nie zgodziły się na konstytucjonalizację UE. Te referenda były niespodziewanym sukcesem nie tylko europejskich przeciwników procesu budowy jednego unijnego superpaństwa, ale sukcesem przede wszystkim Polski. Odrzucenie traktatu oznaczało, że Unia będzie zarzšdzana z pomocš mechanizmów wypracowanych w traktacie nicejskim.

Ten traktat dawał Polsce bardzo mocnš pozycję decyzyjnš w Radzie Europejskiej, podstawowej instytucji decyzyjnej w Unii. Polska, podobnie jak i Hiszpania, miała według tego traktatu 27 głosów, a cztery największe państwa: Niemcy, Francja, Włochy i Wielka Brytania, po 29 głosów. To oznaczało, że wartoœć polskiego głosu była równa 93 proc. wartoœci głosu niemieckiego. Bez Polski trudno byłoby podjšć jakškolwiek decyzję. Traktat nicejski był gwarantem, że polskie interesy będš respektowane, a wszelkie niekorzystne rozwišzania, jak na przykład nierównoœć w dopłatach bezpoœrednich, mogš być stopniowo niwelowane.

Polska nie miała faktycznego wpływu na przygotowanie traktatu konstytucyjnego, ale akceptacja jego odrzucenia powinna być fundamentem polskiej polityki unijnej. Takie też było przesłanie PiS w wyborach 2005 roku. Nasz kraj powinien przeciwstawić się wszelkimi sposobami próbom zmiany traktatu, bo wszelka zmiana mogła tylko prowadzić do rozwišzań zbliżonych do tych z traktatu konstytucyjnego.

Polska po wstšpieniu do Unii miała bardzo mocnš pozycję w tej kwestii. Nie tylko przyjęcie nowego traktatu, ale samo rozpoczęcie nowych negocjacji traktatowych wymagało zgody wszystkich państw członkowskich. Już sam sprzeciw jednego kraju mógł zablokować rozmowy na ten temat. W przypadku rozpoczęcia nowych negocjacji Polska nie mogła jednak liczyć na wsparcie państw, których społeczeństwa w referendum zaakceptowały rozwišzania traktatu konstytucyjnego, a rzšdy dwóch państw, których społeczeństwa odrzuciły traktat, popierały jego zasadnicze rozwišzania.

Niestety, obrona naszej pozycji w Unii wbrew wyborczym zapewnieniom nie stała się fundamentem polskiej polityki we wspólnocie. Ta kwestia była zupełnie nieczytelna dla opinii publicznej, bowiem została poprzedzona awanturš w sprawie tzw. kartoflanych karykatur prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Ta awantura, a zwłaszcza oburzenie ówczesnego obozu rzšdzšcego, ukształtowało społeczne przekonanie nie tylko o twardej obronie polskiego interesu, ale także o antyniemieckim charakterze ówczesnych rzšdów. To ten wizerunek stał się zasłonš dymnš dla proniemieckich decyzji prezydenta Lecha Kaczyńskiego i rzšdu Jarosława Kaczyńskiego, wyrażajšcych zgodę najpierw na rozpoczęcie negocjacji, a następnie na degradację pozycji Polski w strukturach unijnych.

Ideš przewodniš zarówno traktatu konstytucyjnego, jak i traktatu lizbońskiego, była zasadnicza zmiana ustroju Unii, polegajšca na prawnym zaakceptowaniu nierównoœci państw członkowskich i budowaniu hegemonii niemiecko-francuskiej. Było oczywiste, że zgoda na legalizację prawnš hegemonii niemieckiej w sposób istotny osłabi pozycję Polski w strukturach unijnych. Do rozpoczęcia nowych negocjacji potrzebna była zgoda wszystkich państw członkowskich.

Ta kwestia była głównym tematem rozmów kanclerz Merkel z prezydentem Lechem Kaczyńskim na Helu w kwietniu 2008 roku. Kaczyński wyraził zgodę na rozpoczęcie negocjacji nowego traktatu, który miał być oparty na odrzuconym traktacie konstytucyjnym, przy kosmetycznych jego zmianach – tak, aby nie wywoływały one oporu opinii publicznej, zaniepokojonej zagrożeniem budowy europejskiego superpaństwa. Same negocjacje przebiegały bardzo szybko. Co prawda prezydent Kaczyński podnosił kwestię tzw. pierwiastka, co było tylko próbš nieznacznej poprawy siły polskiego głosu, czy kwestie tzw. formuły z Joaniny, ale było to tylko szukanie formuł, które pozwoliłoby przedstawić nowy traktat polskiej opinii publicznej jako sukces negocjacyjny.

Na co się zgodził prezydent i rzšd PiS? Otóż przede wszystkim nastšpiła zmiana siły polskiego głosu w RE. Gdy poprzednio wartoœć polskiego głosu była równa 93 proc. wartoœci głosu niemieckiego, to w nowym traktacie spadła do poziomu 48 proc. Ale najważniejsze, że nasz kraj wypadł z kręgu państw decyzyjnych, a możliwoœci zablokowania podejmowanych decyzji spadły właœciwie do zera. Co najwyżej można je było tylko odłożyć w czasie i na tym polegała tzw. formuła z Joaniny. Faktycznie w historii Unii nigdy nie odegrała istotnej roli.

Zgoda na tak radykalnš redukcję siły polskiego głosu oznaczała zarówno polskš zgodę na niemieckš hegemonię w Unii, jak też zgodę na podrzędnš, peryferyjnš pozycję naszego kraju w strukturach unijnych. To największa klęska w polskiej polityce zagranicznej od czasu upadku systemu komunistycznego, tym bardziej gorzka klęska, bo możliwa do uniknięcia.

Wzmocnieniu niemieckiej hegemonii, za parawanem unijnych instytucji miało służyć także sformułowanie nowego art. 7 w nowym traktacie majšcym na celu dyscyplinowanie państw opornych wobec unijnej dominacji. Nasze obecne problemy z UE wynikajš zarówno z wprowadzenia tego artykułu, jak też z niemożliwoœci stworzenia mniejszoœci blokujšcej, co ma zasadnicze znaczenie zwłaszcza przy kwestiach ekonomiczno-klimatycznych ograniczajšcych konkurencyjnoœć naszej gospodarki. Prezydent zgodził się także na wprowadzenie do treœci traktatu tzw. konceptu antydyskryminacyjnego, który służy KE do wymuszania na naszym kraju polityki antydyskryminacyjnej, której istota polega na akceptacji propagandy homoseksualnej w edukacji młodego pokolenia.

Przyjęcie traktatu lizbońskiego sformatowało obecnš naszš rolę w Unii, redukujšc pozycję w strukturze decyzyjnej Unii. Jest to bardzo istotny krok w kierunku federalizacji Unii. Proces ten jest dziœ największym zagrożeniem zarówno suwerennoœci naszego państwa, jak i cywilizacyjnej tożsamoœci naszego narodu. Dziœ zasadniczym wyzwaniem polskiej polityki jest powstrzymanie tego procesu i oparcie europejskiej współpracy na płaszczyŸnie równej i partnerskiej współpracy, a nie dominacji i hegemonii.

Niestety deklaracje Jarosława Kaczyńskiego poparcia dla stworzenia armii europejskiej, jak i przystšpienie Polski do PESCO oznaczajš, że proces federalizacji, pomimo konfliktów o kwestie drugorzędne, które znowu tworzš zasłonę dymnš dla zasadniczych decyzji, jest nadal podstawowš wytycznš polskiej polityki. Kontynuacja kłamstwa lizbońskiego oznacza kontynuację tej samej polityki, która doprowadziła do zasadniczej degradacji pozycji naszego kraju w strukturach unijnych. Charakter polskiej polityki unijnej precyzyjnie sformułowała Beata Szydło w przemówieniu w Parlamencie Europejskim, mówišc, że, „Chcemy zbudować Polskę... takš jaka jest UE”.

Ten traktat to dowód, że ówczesny obóz rzšdzšcy nie miał woli, charakteru ani negocjacyjnych kompetencji obrony naszej pozycji w Unii. Jego przyjęcie było największa klęskš w polityce międzynarodowej Polski od czasu upadku komunizmu. I dzisiejsza polityka oparta na kłamstwie lizbońskim, ma taki sam charakter, pomimo różnych konfliktów o sprawy trzeciorzędne.

ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL