Rzecz o polityce

Kazimierz Wóycicki: Kaczyński, a co potem?

Fotorzepa, Jerzy Dudek
W szeregach PiS rozpoczęła się już walka o przywództwo.

Zawiłości polskiej demokracji powodują, że o wielu sprawach nie mówi się dostatecznie wyraziście. Zamiata się zbyt wiele pod dywan. Obecna opozycja nie ma odwagi analizować, dlaczego przegrała wybory, i winę za własną porażkę zwala na przewrotność zwycięzców. Obecna zaś partia rządząca i nowy mainstream polskiej polityki nie wyjaśniają opinii publicznej swoich obecnych, wewnętrznych podziałów. Wprost przeciwnie. Politycy tego obozu zapewniają, że nic się nie dzieje i są nadal zgraną i zgodną drużyną. Spory są natomiast aż nadto widoczne.

Gdy prezydent mówi, że nie dopuści do powstawania „prywatnych armii" – stwierdzenie to dość mocne, a nawet mogące sygnalizować coś bardzo niepokojącego, nikt nie ma wątpliwości, do kogo jest skierowane. Podobnie odmowa podpisania nominacji generalskich wskazuje jednoznacznie na jakieś nader poważne różnice między prezydentem a ministrem obrony. Również gdy prezydent wetuje ustawy zredagowane przez ministra sprawiedliwości i uzasadnia to tym, że nie dopuści do zmiany systemu prawnego w kraju, z pewnością nie chodzi mu o jakieś formalne drobiazgi.

Sytuacja ta może mieć co najmniej dwie interpretacje.

Pierwsza mówiłaby o bardzo poważnych różnicach w zapatrywaniach politycznych, ale także ideowych między prezydentem a ministrami obrony i sprawiedliwości. Andrzej Duda przy takiej interpretacji może być widziany jako obrońca demokratycznych pryncypiów. Zdaje się być zaniepokojony autorytarnymi skłonnościami co najmniej części rządu, bo trudno sobie wyobrazić, aby obaj ministrowie działali wyłącznie na własną rękę i stracili już zaufanie pani premier.

Druga odwołuje się przede wszystkim do narastających podziałów w obozie władzy. Nie chodzi przy tym o nieistotne, z szerszej perspektywy, domniemania o słabnącej pozycji szefowej rządu, która w ostatnim okresie wydaje się niemal nieobecna i bezwolna, nie chodzi też o dawniej tak aktywnego ministra spraw zagranicznych, który praktycznie znikł. Nie chodzi też o działania ministra środowiska, które mogą przysporzyć niemałych trudności przed unijnym sądownictwem. Są to wszystko sprawy ważne, którymi jednak rząd, korzystający bezwzględnie z parlamentarnej większości, może się nie za bardzo przejmować. Domniemaniem jest jednak, że toczy się walka już nie o pozycję w rządzie, ale o władzę. W tle ma być słabnięcie pozycji polityka, który dotychczas władzę tę niemal niepodzielnie sprawował i która nie wspierała się na formalnym usytuowaniu w hierarchii instytucji państwowych. Mowa jest oczywiście o prezesie PiS Jarosławie Kaczyńskim.

Wniosek o słabnącej pozycji Kaczyńskiego można wywieść stąd, że nad zaistniałymi konfliktami zdaje się nie sprawować kontroli. Wcześniej umiał zmitygować prezydenta i zaprowadzać ład we własnych szeregach. Teraz tak się jednak nie dzieje. Aktywność tego polityka zdaje się koncentrować w znacznej mierze wokół miesięcznic, tak przynajmniej widzieć można sprawy z zewnątrz. W obecnym konflikcie nie bierze niczyjej strony, ale nie wydaje się, by było to wynikiem politycznego wyrachowania i dążeniem do tego, by zachować pozycję arbitra. Konflikt Dudy z Macierewiczem i Ziobrą demoluje pozycję Kaczyńskiego.

Sprawa wyda się jeszcze poważniejsza, jeśli wsłuchać się w plotki o jego poważnych kłopotach zdrowotnych i kuracji szpitalnej. Mówi się o tym coraz częściej, zachowując tylko pozorną dyskrecję, która skądinąd w takich sprawach jest zrozumiała i w jakimś zakresie wymagana. Domniemania te występują jednak w natężeniu, które zmuszają do tego, by traktować je na serio, i wypadałoby je uciąć albo też powiedzieć, jak są poważne. Powinni to zrobić politycy związani z prezesem PiS. Jeśli bowiem w plotkach kryje się ziarno prawdy, to obecne podziały są tym bardziej zapowiedzią walki o schedę po charyzmatycznym w dużym stopniu przywódcy polskiej prawicy.

Demokracja polega między innymi na przejrzystości mechanizmów władzy. Jeśli spory między prezydentem a szefami dwóch kluczowych resortów mają merytoryczny charakter, winny być one jasno i zrozumiale wypowiedziane. Nikt nie powinien zaprzeczać, że one istnieją. Jeśli zaś chodzi o spadek po słabnącym przywódcy, opinii publicznej winno być ujawnione otwarcie wszystko, co z tym związane. Spadek po obecnym przywódcy PiS trzeba by traktować jako kluczową kwestię dla polskiej polityki. Jest to sprawa ważna dla obozu władzy, który cementowany jest talentem politycznym Kaczyńskiego. Musi się do niej z powagą odnosić również opozycja, bez jakiejkolwiek Schadenfreude.

Wszelkie rozważania nazbyt koncentrujące się na sprawach personalnych nie dadzą pogłębionej analizy. Podziały natomiast, o których tu mowa, to nie tylko to, co dzieje się wokół Nowogrodzkiej, ale co dobrze widoczne dla każdego, niespecjalnie nawet uważnego czytelnika polskich mediów, i to przede wszystkim mediów nowego mainstreamu.

Łatwo można wyczytać, że wpływowe tygodniki „Sieci" i „Gazeta Polska" stoją za oboma ministrami i przeciw prezydentowi (niedawno niezbyt życzliwie zauważyły m.in., że podobno duży wpływ na Andrzeja Dudę ma jego żona), inaczej niż tygodnik „Do Rzeczy" mający zdecydowanie przeciwne stanowisko. Po stronie prezydenta opowiedział się były premier Jan Olszewski wraz Ruchem Odbudowy Polski, czyli środowisko ściśle związane z PiS. Opowiedziała się też Zofia Romaszewska, osobistość o niemałym dla środowiska PiS znaczeniu. Robi wrażenie, jakby niemal każdy w obecnym mainstreamie czuł zobowiązanie, by opowiedzieć się po jednej lub po drugiej stronie, z pomocą słownictwa i emocji, jakie jeszcze nie tak dawno wywoływała wyłącznie była władza i obecna opozycja.

Podział i konflikt staje się więc widoczny wszem wobec, choć nie wiadomo, jak dalece może się on rozwinąć. Jeśli jest to „tylko" konflikt ideowy, może być on szybko zażegnany, tym bardziej jeśli prezydent wykaże brak zdecydowania i charakteru. Jako obrońca demokracji nie jest on też zbyt przekonujący, przynajmniej w oczach opozycji, która zarzuca mu wielokrotne sprzeniewierzenie się konstytucji. Jeśli jednak jest to walka o władzę w samym obozie władzy, to kandydatów do niej wśród obecnie rządzących jest więcej. Zwykły też instynkt może podpowiadać prezydentowi, że już niezależnie od ideowych zasad nie należy odpuścić, bo i jego polityczne losy się tutaj ważą. Ma nie wielu koalicjantów, wśród których wymienić trzeba pewnie wicepremiera Morawieckiego, wciąż zapowiadającego, że wyprowadzi kraj na ścieżkę przyspieszonego rozwoju. Zarazem Andrzej Duda ma przeciwko sobie dwóch polityków zawłaszczających istotne narzędzia władzy, nierobiących sobie wiele z zasad państwa prawa i demokracji, a do tego o osobowościach wyraźnie trudno znoszących, że nie stoją czele hierarchii władzy.

Kto wygra pojedynek o władzę na górze, dzisiaj nie wiadomo. Ważniejsze jednak staje się pytanie, jak na tę sytuację, jeśli trwać będzie nieco dłużej i stanie się powszechniej widoczna, zareaguje elektorat PiS. Wciąż jest on dostatecznie liczny, aby być zasadniczym czynnikiem politycznych wyborów Polski. Może się podzielić i część pójdzie pod pałac popierać prezydenta. Może też uznać go za podobne zło, za jakie wcześniej uznano „liberałów", PO itd., i wrzucić go do tego samego worka.

Wiadomo też z dużą dozą prawdopodobieństwa, że sytuacja podobna w jakikolwiek sposób do tej sprzed jesieni 2016 roku już nie powróci (taka płonna nadzieja decyduje o słabości dużej części opozycji). Obecne konflikty wewnątrz obozu władzy mogą zapowiadać tworzenie się jakiejś nowej, trudnej do przewidzenia konstelacji politycznej. O tym, jaka ona będzie, zdecydują różne formy aktywności (albo też bierności) społecznej. I chodzi tu wszelką aktywność, niezależnie od przynależności partyjnej czy sympatii politycznych, czy to poprzez demonstracje uliczne, organizowanie się w partiach, głosy w mediach społecznościowych, czy w ostatecznej instancji dzięki kartce wyborczej. Taką rolę społeczeństwu odebrać może tylko dyktatura.

Społeczeństwo polskie jest w istocie mało rozpoznane, gdy chodzi o jego preferencje polityczne i opcje ideowe, warto więc to właśnie jemu przede wszystkim się przyglądać.

Autor jest wykładowcą UW, autorem wielu książek, m.in. „Niemiecki rachunek sumienia. Niemcy wobec swojej przeszłości 1933–1945".

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL