Prenumerata 2018 już w sprzedaży - SPRAWDŹ!

Rząd PiS

Bartkiewicz: Debata okładana paskiem

PAP, Bartłomiej Zborowski
Gdyby wiedzę o tym, czym jest konstruktywne wotum nieufności czerpać z pasków w TVP Info, opisujących debatę nad takim wnioskiem dla rządu Beaty Szydło, należałoby stwierdzić, iż jest to procedura służąca do obalenia demokracji.

„PO chce natychmiast wrócić do władzy – bez wyborów” – czytamy na jednym z pasków i już trzęsiemy się z oburzenia, że oto nieudolna opozycja wynajduje jakieś kruczki prawne, by obalić miłościwie nam panujący rząd, a ojczyzna znajduje się w niebezpieczeństwie, bo oto może zostać pozbawiona gospodarskiej troski premier i jej politycznego mentora, Jarosława Kaczyńskiego. Mało tego – to wiedza z paska – „wniosek Platformy Obywatelskiej o wotum nieufności oparty (jest) na kłamstwach”, a – to znów pasek - Grzegorz Schetyna proponuje na premiera siebie choć „Platformę Obywatelską popiera kilkanaście procent wyborców”. „Larum grają! Wojna! Nieprzyjaciel w granicach! A ty się nie zrywasz? Szabli nie chwytasz? Na koń nie siadasz?” – chciałoby się zakrzyknąć za Henrykiem Sienkiewiczem.

Jeśli jednak zamiast chwytać za szablę w obronie Beaty Szydło i jej ministrów ktoś zgłębiłby nieco temat odkryłby, że mechanizm konstruktywnego wotum nieufności służy właśnie temu, by rząd zmienić było bardzo trudno. Konieczność wskazania we wniosku przyszłego premiera i – co za tym idzie – fakt, że poparcie wniosku wiąże się z automatycznym stworzeniem nowego rządu, to skuteczny hamulec przeciwko tym, którzy w ramach wewnętrznych politycznych gierek chcieliby się pozbyć nielubianego premiera. W początkach III RP wnioski o wotum konstruktywne być nie musiały, przez co zdarzało się, iż rząd upadał, bo poseł nie był w stanie wyjść z toalety. Teraz to niemożliwe – polityk większości rządzącej prędzej wyważy drzwi owej toalety, niż pozwoli objąć fotel premiera Grzegorzowi Schetynie. Jedynym kto może odwołać Beatę Szydło jest Jarosław Kaczyński – a on akurat w debacie nad wnioskiem o wotum nieufności zbyt długo nie uczestniczył.

 

Wniosek o konstruktywne wotum nieufności w rzeczywistości służy więc nie zmianie rządu – bo ta przy stabilnej większości parlamentarnej jest niemożliwa – a debacie nad jego działaniami. To jedna z nielicznych okazji, w której to opozycja ma – przynajmniej teoretycznie – szansę nadania kierunku owej debacie. Rząd musi tłumaczyć dlaczego jest dobry, opozycja może wyjaśnić, dlaczego jej zdaniem dobry nie jest. Jest to więc instrument służący debacie – a debata jest istotą demokracji. Jeśli naród ma iść z partią, to partia musi umieć wyjaśnić dlaczego to jedyny możliwy kierunek marszu. Jeśli coś zabrzmi w takiej debacie nieprzekonująco – jest to sygnał dla rządzących, że należy skorygować to i owo. Na tym polega wyższość demokracji nad innymi ustrojami. Władca absolutny, gdy słyszy „nie” przygotowuje celę dla opozycjonisty. Premier zastanawia się co zrobić, by owo „nie” zmieniło się w „tak”, albo chociaż w „no może”.
Tymczasem definiowanie całej sytuacji tak, jak robią to owe paski – przez wielu określane mianem „pasków grozy” – jest dla demokracji niebezpieczne. Bo w istocie ślą one w eter przekaz: przegrałeś – więc siedź cicho. A stwierdzenie, że „rząd ma większość, więc ma zawsze rację” niewiele różni się od stwierdzenia „car ma siłę, więc ma zawsze rację”. Prezentowanie takiej wizji świata wszystkim tym, dla których telewizja publiczna jest głównym źródłem wiedzy o świecie, to uwstecznianie społeczeństwa w rozwoju. Zachodnie społeczeństwa uczą się demokracji od dwóch wieków. My zaczynamy oduczać jej po niecałych 30 latach.  
Owe paski są również promowaniem ogólnonarodowej sklerozy. Zaledwie cztery lata temu to nikt inny jak PiS przedstawiał wniosek o konstruktywne wotum nieufności, a premier in spe Gliński przemawiał do posłów z ekranu tabletu. Czy wówczas również PiS chciał dojść do władzy bez wyborów?
 
 

Jeśli więc jest tak, jak głosi kolejny z pasków i rzeczywiście „rząd Prawa i Sprawiedliwości sprawił, że Polska gospodarka bije rekordy” to należy pozwolić dowieść mu tego w uczciwej debacie. A ta jest możliwa wtedy, gdy politycy są politykami, a dziennikarze – dziennikarzami.

Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL