Nie jest tajemnicą, że zmiany personalne są solą polityki – co bardzo lapidarnie ujął niegdyś Włodzimierz Lenin, zamykając istotę politycznego sporu w pytaniu: Kto, kogo? Nic tak nie elektryzuje opinii publicznej jak spekulacje kto straci wygodny ministerialny stołek, a kto po plecach kolegów wzbije się ponad innych, zdobywając władzę, posadę i rządową limuzynę. Stąd hasło „rekonstrukcja” zawsze wywołuje wzmożone zainteresowanie, otwiera pole do spekulacji i niekończących się dyskusji na temat zbliżającego się nowego rozdania. A gdy ekipa rządząca panuje nad sytuacją i nie dopuszcza do tego, by debata nad rekonstrukcją zamieniła się w krwawą walkę partyjnych dygnitarzy o wpływy – może z takiej dyskusji czerpać rozmaite korzyści.
 
Najważniejszą z nich jest odciągnięcie uwagi od innych kwestii. Protest lekarzy-rezydentów narażał rządzących na niewygodną dyskusję o sytuacji w służbie zdrowia, która po dobrej zmianie jest w zasadzie bardzo podobna do tej jaka była przed nią. Lawirowanie w sprawie wolnych niedzieli i szukanie kompromisu między rynkiem a związkowcami doprowadziło do pojawienia się pierwszych rys na współpracy „Solidarności” z PiS. Wreszcie spory Andrzeja Dudy z MON i Ministerstwem Sprawiedliwości stawiały pod znakiem zapytania jedność obozu, która dotychczas była jego potężnym atutem (pozwalała bardzo plastycznie dzielić świat na naszą drużynę, krzewiącą dobro między Odrą a Bugiem i wstrętnych ich, którzy chcą, żeby było tak jak było). Do tego wszystkiego dochodził jeszcze całkowicie nietransparentny sposób procedowania prezydenckich projektów ustaw reformujących sądownictwo. Trochę tych burzowych chmur nad rządzącymi się zbierało.
 
W obliczu rekonstrukcji wszystko to znalazło się jednak na drugim planie. Bo przecież najważniejsze jest „kto, kogo?”. Stąd nie dziwi, że finał całej operacji jest ciągle przesuwany w czasie. Najpierw nazwiska nowych ministrów mieliśmy poznać w połowie listopada, potem w drugiej połowie listopada, teraz Jarosław Gowin mówi o przełomie listopada i grudnia, a Adamowi Bielanowi intuicja mówi, że może się to stać dopiero w grudniu. A do tego czasu zgadujcie, spekulujcie, sporządzajcie kolejne listy skazanych na dymisję. Wciąż nie zrekonstruowany rząd ma w tym czasie znacznie więcej spokoju.
 
Przy tym ogniu da się zresztą upiec dwie pieczenie. Rekonstrukcja stała się też okazją do pokazania jedności obozu dobrej zmiany. Oto nikt się nie skarży, nikt nie domaga się posady a liderzy koalicyjnych partii spotykają się i rozmawiają w dobrej atmosferze. W eter płynie przekaz: jesteśmy jedną drużyną. To przekaz zdecydowanie inny od tego, który płynie po kolejnych próbach jednoczenia opozycji w akompaniamencie wzajemnych uszczypliwości wyciekających szerokim strumieniem do mediów. To również przekaz, który w trudnym położeniu stawia prezydenta w jego walce o podmiotowość – bo wychodzi na to, że w walce tej prezydent jest sam.
 
A co do samej rekonstrukcji – to warto zauważyć, że w gruncie rzeczy jest ona rządowi w obecnej sytuacji niezbyt potrzebna. Dotychczas rekonstrukcje były zazwyczaj okazją do nowego otwarcia dla rządu, który zaczynał się „zużywać” i tracił poparcie. Ewentualnie były pokłosiem koalicyjnych waśni i wewnętrznej walki o władzę w rządzie. Rząd Beaty Szydło – co pokazują sondaże – wciąż jednak spełnia swoje zadanie. PiS cieszy się stabilnym wysokim poparciem, a to że np. Antoni Macierewicz jako szef MON nie budzi entuzjazmu znacznej większości Polaków – wydaje się w żaden sposób nie szkodzić ekipie Szydło jako całości. A jeśli chodzi o władzę to wiadomo, że jej źródło nie znajduje się w KPRM, tylko na Nowogrodzkiej – więc i walka wewnątrz rządu jest niewątpliwie mniej zażarta niż w przypadku poprzednich ekip.
 
Dlatego rekonstrukcja jest dziś PiS-owi znacznie bardziej potrzebna jako temat dla opinii publicznej, niż rzeczywisty polityczny proces. A jej finał może być podobny do puenty kawału o Józefie Cyrankiewiczu. Oto Cyrankiewicz – sprawujący funkcję premiera PRL przez ponad 20 lat (z krótką przerwą w latach 52-54) miał usłyszeć zarzut, że w Polsce Ludowej nie ma demokracji, bo premier się nie zmienia. – Jak to. Ja się nie zmieniam? – odpowiedział oburzony.