Rolnictwo

Urzędnicy kontra myśliwi – konflikt w stanie ostrym

Dziki mogą podwajać populację co roku, co utrudnia walkę z rozprzestrzenianiem się wirusa ASF.
Fotorzepa, Przemek Wierzchowski
Szukanie winnego za brak sukcesów w zwalczaniu ASF weszło na nowy poziom. Minister rolnictwa wzywa do zlikwidowania Związku Łowieckiego.

Konflikt między ministrem rolnictwa a myśliwymi z Polskiego Związku Łowieckiego (PZŁ) zaostrza się w chwili, gdy na Lubelszczyźnie wykryto aż trzy nowe ogniska afrykańskiego pomoru świń (ASF), tym razem nie wśród dzików, ale u świń.

Wirus trafił do dużych gospodarstw, w ostatnim żyło 290 zwierząt, a kilka dni wcześniej ASF doprowadził do wybicia i spalenia 661 zwierząt. Wymiar gospodarczy walki z ASF jest coraz poważniejszy, gra toczy się o przyszłość produkcji wieprzowiny w Polsce. Tymczasem PZŁ twierdzi, że strzela do tysięcy dzików na własny koszt.

Redukcja populacji

Żeby zatrzymać pochód ASF, konieczne jest zmniejszenie populacji tych zwierząt w Polsce. To one roznoszą wirusa po kraju, poza tym pochodowi ASF pomaga wwożenie do kraju zakażonej żywności i prace polowe, podczas których łatwiej przewieźć na butach lub sprzęcie polowym ziemię z resztkami organicznymi zawierającymi wirusa na teren gospodarstwa. Polowanie na dziki w zasadzie w całości przerzucono na Polski Związek Łowiecki, zaangażowanie policji i wojska się nie sprawdziły. Krzysztof Jurgiel, szef resortu rolnictwa, chce jednak PZŁ zlikwidować. – Pora zmienić ten relikt PRL-u – pisze na stronie resortu rolnictwa. – W mojej ocenie PZŁ powinien ulec likwidacji – apeluje, nie pierwszy raz zresztą. Zarzuca myśliwym, że nie zredukowali populacji dzika do nakazanej gęstości 0,1 dzika na km kw. Diana Piotrowska, rzeczniczka PZŁ, mówi „Rzeczpospolitej", że w regionach zagrożonych ASF populacja dzików spadła nawet poniżej 0,1 dzika na km, a wszystkich wybić nie można – na ich miejsce przyjdą zwierzęta z Ukrainy i Białorusi.

Dwa mioty w roku

Zarzut o niewykonaniu odstrzału jest prosty i trudny zarazem. Dzików nie ubywa szybko, ale – mogą podwajać populację co roku. Jak tłumaczy Piotrowska, by zmniejszyć ich liczbę, trzeba upolować więcej, niż aktualnie liczy populacja. W sezonie łowieckim 2016/2017 liczba dzików szacowana była na 229 tys. sztuk, a plan łowiecki przewidywał upolowanie 282,2 tys. sztuk. Inna sprawa, czy plan na 2018 r. został do końca wykonany.

W czerwcu 2017 r. ustalono, że populacja dzika na terenach ASF ma co roku spadać o 66 proc. – wyjaśnia Krzysztof Jażdżewski, zastępca głównego lekarza weterynarii. – Obecnie wirus rozszerza się w województwie warmińsko-mazurskim przy obwodzie kaliningradzkim, w tempie ok. 2–3 km na miesiąc. Rozszerza się też w płn.-wsch. części lubelskiego na zachód i na południe. Większe zagrożenie dla Podkarpacia jest ze strony ukraińskiej, niżby dziki drogą naturalną się przemieściły z okolic Zamościa – dodaje.

Jednym z paradoksów zwalczania ASF w Polsce jest to, że w specjalnym międzyrządowym zespole do tego celu są urzędnicy, naukowcy, myśliwi i żadnego hodowcy. A ci są żywo zainteresowani efektem prac tej komisji. – Wina jest zarówno po stronie myśliwych, jak i Ministerstwa Rolnictwa – ocenia Aleksander Dargiewicz, dyrektor biura Krajowego Związku Pracodawców – Producentów Trzody Chlewnej. Jego zdaniem PZŁ nie odstrzelił wystarczająco wielu dzików, a by zahamować ASF, potrzebna jest redukcja dzików, bioasekuracja i wzmocnienie inspekcji weterynaryjnej. – Raz, że inspektorzy zarabiają mniej niż w dyskontach na kasie, a dwa, że nabory są nieskuteczne, bo weterynarz po studiach nie chce zarabiać 2,5 tys. zł. Budowa płotu za 300 mln zł to marnotrawienie publicznych pieniędzy – mówi.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL