Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Publicystyka

Strasburger: Ferajna supermenów

materiały prasowe
Dlaczego udawać, że ludzie dzielš się na bohaterów i zdrajców? Przecież każdy z nas, zależnie od okolicznoœci – tych wielkich, historycznych i tych bardzo prozaicznych, jest czasem bohaterem, a czasem zdrajcš – uważa pisarz.

– Kochanie, chcę, żebyœ był z nami. Chcę żebyœ się zajšł mnš i naszš córkš – mówi w filmie „Katyń" Andrzeja Wajdy żona polskiego oficera, który po aresztowaniu czeka z kolegami na transport w głšb ZSRR. Jeńcy nie sš specjalnie pilnowani, ucieczka nie stanowi problemu. – Aniu, co ty mówisz. (...) Jesteœ żonš polskiego oficera. Ta rozmowa nie ma dalej sensu. Wybacz, (...) mnie obowišzuje przysięga wojskowa – mężczyzna nie ulega błaganiom nawet kilkuletniej córeczki.

Nie muszę dodawać, że było to ich ostatnie spotkanie.

Miłoœć i ojczyzna

Jakiœ czas temu w „Plusie Minusie" Jan Polkowski wywołał mnie do odpowiedzi. Odnoszšc się do mojego tekstu „W obronie lemingów" zastanawiał się, „dlaczego miłoœć do ojczyzny musi się kojarzyć z porzuceniem bliskich (...) a troska o niepodległoœć i dobro wspólne ma gwarantować męczeństwo i wykluczać szczęœcie prywatne".

Mój dziadek nie trafił do Katynia, ale w analogicznej sytuacji dokonał podobnego wyboru. Po upadku powstańczego Powiœla, na poczštku wrzeœnia 1944 roku, został „ewakuowany" przez hitlerowców. Razem z bratem siedział w podwarszawskim Pruszkowie. Nie skorzystał z propozycji szwagra, który przekupił kogo trzeba i przygotował ucieczkę z transportu do Rzeszy. Jak głosi przekaz rodzinny, z pobudek moralnych – bo z niewoli się nie ucieka. I być może wbrew wszystkiemu wierzšc, że wyjdzie z niej cało. Zostawił żonę z rocznym synem, moim póŸniejszym ojcem. Nigdy już do nich nie wrócił...

Filmowa opowieœć Wajdy, ale także historia mojego dziadka, to przykłady sprzecznoœci rodzinnego szczęœcia oraz honoru, czy, jeœli ktoœ woli, obrony dobrego imienia ojczyzny (specyficznie rozumianego – dodam).

Może, wspominajšc biografie takich ludzi, warto dziœ zapytać, czy obaj nie dali się zwieœć abstrakcyjnej idei. W oparciu o samobójczy kodeks moralny de facto nie wyszli na głupców, skazujšc kochajšce ich kobiety na poniewierkę, a własne dzieci na los półsieroty. Co do mojego dziadka, od najmłodszych lat zdawał sobie sprawę, co z ludŸmi robi wojna. Wertujšc jego wypracowania szkolne znalazłem taki oto fragment (kompiluję): „Wojsko i wojna sš największym czynnikiem demoralizacji. Wojna jest przyczynš osłabienia woli i słaboœci charakteru, to wojna cišgnie ludzi do zguby. Wszak tak było podczas obrony Warszawy i zwycięstwa pamiętnego".

Obrona Warszawy 1920 roku, nieomal jeden z mitów założycielskich współczesnej Polski, jawi się tu w nowym œwietle. Dziadek, bšdŸ co bšdŸ naoczny œwiadek tamtych wydarzeń, opisujšc skutki wojny i służby wojskowej, mówił o „rozprzężeniu" panujšcym w rodzinach i wœród młodzieży. Wspomina o „zamęcie w głowach", „hulaniu" i „dziewczynach lekkich obyczajów", które grasujš po ulicach nadwiœlańskiej stolicy, jak zaraza.

Prawda wielogłosu

Podobnie jak dla Polkowskiego, pamięć rodzinna i społeczna dużo dla mnie znaczš. Nie twierdzę oczywiœcie, że wypracowanie dziadka wyczerpuje prawdę o konsekwencjach wojny 1920 roku. Spektakularne zwycięstwo nad Sowietami możliwe było dzięki bohaterskim czynom ludzi, którzy dla zachowania bytu ojczyzny ryzykowali nie tylko zdrowie i życie, ale także owo „rozprzężenie" we własnych rodzinach.

Jednak uczciwa archeologia pamięci, zarówno społecznej jak i indywidualnej, to sięganie do przeszłoœci z całš jej niejednoznacznoœciš. Dlaczego udawać, że ludzie dzielš się na bohaterów (idšcych na œmierć) i zdrajców (wybierajšcych życie)? Przecież każdy z nas, zależnie od okolicznoœci – tych wielkich, historycznych i tych bardzo prozaicznych, jest czasem bohaterem, a czasem zdrajcš. Najczęœciej jesteœmy jednak po prostu ludŸmi: próbujemy przejœć przez życie w zgodzie z własnym sumieniem i wobec komplikacji œwiata, którego nie jesteœmy panami.

Natomiast tworzenie i narzucanie jednowymiarowej narracji historycznej społeczeństwu, czy jak kto woli, narodowi, to dziedzictwo nowożytnej Europy, zbrukane krwiš wielu cierpišcych bez potrzeby ludzi. To spuœcizna reformacji, kontrreformacji, kolonializmu, a nawet oœwiecenia i jego adeptów, czy to w romantycznym czy pozytywistycznym wydaniu. Dziedzictwo to zasadza się (w pewnym uproszczeniu) na postrzeganiu œwiata jako wiecznej walki starego z nowym. Zawsze jednak, i to jest dialektyczna istota zjawiska, może być tylko jeden zwycięzca, naprzeciw którego stoi przegrany.

Dziœ mierzymy się w europejskim kręgu kulturowym z destrukcyjnoœciš owego dialektycznego myœlenia. To ono leży u podstaw wszelkich totalitaryzmów, ale i groŸnych populizmów. Jego immanentnš cechš jest poszukiwanie „prawdy" przez duże „P". Etyka, która oparta jest na owej prawdzie, zna tylko podział na „dobrych" i „złych". Obie idš w parze z wiarš, że adekwatne opisanie œwiata, w tym zachowań ludzi i społeczeństw, to jednoznaczne i spójne okreœlenie tego, jakie coœ „jest" oraz jakie „nie jest". Nie ma w nim też miejsca na niejednoznacznoœć przeszłoœci.

Czego nie wiecie o islamie i œredniowieczu

Jako pisarz i menadżer kultury od wielu lat zajmuję się œwiatem arabskim, a szczególnie Lewantem. Jakš naukę moglibyœmy wycišgnšć z doœwiadczeń jego mieszkańców? BšdŸ co bšdŸ basen Morza Œródziemnego to kolebka także „naszej" cywilizacji. Zgodnie z obiegowš opiniš, rzekoma degeneracja kultur muzułmańskich postępuje od œredniowiecza. To nie tak. Do okresu kolonialnego w regionie, a więc w zasadzie do poczštków XIX wieku, islam był wzorem polifonicznego myœlenia i działania: nie było jednej wykładni prawa, centralistycznej hierarchii i nie dominował unifikujšcy radykalizm. Można powiedzieć, że œwiat islamu składał się z peryferii bez centrum, a koegzystujšce mniejszoœci pozbawione były totalizujšcego zwierzchnictwa metropolii.

Niedawno „Süddeutsche Zeitung" zwracała w tym kontekœcie uwagę na ksišżkę profesora Thomasa Bauera „Kultura wieloznacznoœci". Ten arabista i kulturoznawca opisuje przedkolonialny islam niemal jako społeczny postmodernizm.

Na przykład, muzułmańskie społeczeństwa i tamtejsze struktury polityczne dopuszczały po kilka scenariuszy w rozwišzywaniu konfliktów. Każdy scenariusz posiadał podobnš legitymizację. W kulturze, ale także w polityce, panowała moda na synkretyzm, a nie dialektykę. Społeczeństwa organizowały się w równoległych, horyzontalnych strukturach. Profesora Bauera znam osobiœcie. Pamiętam zachwyt, kiedy na jednym z wykładów opowiedział o doœwiadczeniach, które skšdinšd sš istotne dla mojej powieœci „Handlarz wspomnień". Bohater ksišżki, Mirek, to geofizyk, który z międzynarodowš firmš szuka gazu w Syrii w pierwszych latach XXI wieku. Na arabskim Bliskim Wschodzie uczy się jednego: œwiat nie jest zero-jedynkowy, a ludzka tożsamoœć nie jest jednorodna.

Bauer, podobnie jak fikcyjny Mirek, zwraca uwagę na symptomatycznš kwestię stosunku do homoseksualizmu. W przeciwieństwie do przedkolonialnego islamu, opresyjne kultury nowożytnej Europy wymuszajš na nas jednoznacznoœć: jestem albo hetero- albo homoseksualny. Podobnie albo jestem dobrym człowiekiem albo złym, wierzšcym albo nie, jestem Polakiem albo „obcym".

Czy rzeczywiœcie? Przecież, jak mówi stara prawda, każda polska rodzina ma co najmniej jednego przodka Żyda. Albo Ukraińca, Niemca, Białorusina czy jeszcze kogoœ innego. To tylko kwestia, jak daleko sięgać pamięciš (rodzinnš!). Inny przykład: jak dużo osób chodzi regularnie na mszę, a jednoczeœnie stosuje œrodki antykoncepcyjne, zakazane przecież przez Koœciół katolicki. Ile kobiet podatnych na wdzięki mężczyzn czuje czasem, że ta czy inna dziewczyna jest pocišgajšca? A panowie, jak wielu z nas było w sytuacji, która nie wpisuje się w heteronormatywne wyobrażenie o „prawdziwym mężczyŸnie"?

Apologia polifonii

Poddajšc krytyce współczesnoœć, Polkowski ulega fascynacji dialektykš. Zgodnie z niš na gruzach starego systemu musi wyłonić się nowy. Jego emanacjš majš być współczeœni Europejczycy, którzy spoglšdajšc w lustro widzš tylko „bezkształtnš magmę". Autor sugeruje przy tym, że tak naprawdę mamy do czynienia ze spiskiem, niejako z pištš kolumnš nowej formy totalitaryzmu.

W moim przekonaniu chodzi o coœ zupełnie innego: o wykluwajšcy się alternatywny model społeczno-kulturowy. Proponuję nazwać go modelem tożsamoœci polifonicznych.

Europejska rzeczywistoœć w cieniu Donalda Trumpa i Brexitu, wobec kryzysu greckiego zadłużenia i długo przekładanej powtórki wyborów prezydenckich w Austrii, nie jest różowa. To symptomy poważnej choroby. Nie szukałbym jednak lekarstwa w powrocie do idei etnicznego narodu, silnego państwa opartego o armię i obronę terytorialnš oraz konserwatywnej wizji katolicyzmu. Nota bene, ta ostatnia jest w czasach papieża Franciszka już nawet nie rodem z Watykanu, ale odpowiada li tylko fantazjom częœci polskich duchownych i wiernych.

Zamiast tego namawiam na niniejszych łamach po raz kolejny do debaty o EU-topii. Jej dopełnieniem na płaszczyŸnie psychologii sš tożsamoœci polifoniczne. Pozwalajš one na bezkonfliktowe, jednoczesne bycie, powiedzmy, Łodzianinem i zakorzenionym w języku polskim Europejczykiem. Oraz na bycie hetero- i homoseksualnym jednoczeœnie. Bo to od danego modelu kulturowego zależy, czy żyjemy rozdarci wiecznym konfliktem między afirmacjš tego, co w nas „dobre" i tego, co odrzucamy jako „złe", czy też jesteœmy szczęœliwi i odczuwamy akceptację społecznš nie ukrywajšc swoich polifonicznych tożsamoœci.

Przy okazji warto wspomnieć, że niezależnie od przedkolonialnego islamu, podobny model nieobcy był starożytnej, a po częœci także i œredniowiecznej Europie. Sšdzę, że dziœ może on promować alternatywy do zero-jedynkowej logiki i wyrastajšcych na jej gruncie, nierzadko katastrofalnych zjawisk w sferze polityki, socjologii czy gospodarki. Tożsamoœci polifoniczne uchroniłyby też niejednš rodzinę przed niepotrzebnš œmierciš ojca czy dziadka, a społeczeństwa przed uleganiem populistom.

Geoekonomia i co z niej wynika

W ramach swojej krytyki, Polkowski pisze o poprzednich rzšdach w Warszawie, że „wymieniały przymilne uœmiechy z globalnym kapitałem". Zgoda, też nie lubię przymilnych uœmiechów i globalnego kapitału. Aby przyjrzeć się dokładniej aspektom gospodarczym, przywołam kilka analiz makroekonomicznych. W tym kontekœcie zainteresował mnie goszczšcy regularnie w Polsce profesor Salvatore Babones z Syndey.

Babones odwołuje się do teorii systemów-œwiatów Immanuela Wallersteina. Autor zwraca jednak uwagę, że jego mistrz zaniedbał geografię politycznš. Chodzi o konsekwencje, jakie dla rozwoju ekonomicznego wynikajš z położenia państwa oraz jego relacji z sšsiadami. Od poczštku transformacji 1989 roku, w kraju i za granicš spekulowano o dołšczeniu Polski (Europy Œrodkowej) do gospodarczego centrum œwiata. Jednak jak pokazuje Babones, w okresie ostatnich stu lat widać pewnš zaskakujšcš prawidłowoœć: Mimo dwóch wojen œwiatowych, przesunięć granic itd. pozycja ekonomiczna Polski w odniesieniu do Europy Zachodniej była na poczštku XX wieku podobna do tej, jakš ma dzisiaj (sic!). Pomijajšc drobne wahnięcia, wiele się przez ten czas nie zmieniało. Dotyczy to zresztš całej Europy Œrodkowej. Z tej perspektywy warto może nie tyle zżymać się na ten czy inny rzšd, tylko szukać ponadpartyjnych konsensusów i tworzyć strategie w oparciu o długofalowe interesy społeczeństwa i całego regionu.

Babones nazywa Polskę krajem półperyferyjnym. Analizujšc przykłady Indii, Chin i Rosji, ale także mniejszych państw, zwraca uwagę na ich pewnš cechę wspólnš. Elity polityczno-gospodarcze krajów półperyferyjnych majš tendencję do szybkiego bogacenia się i wyprowadzenia kapitału z kraju.

Jaki wniosek wycišga z tego autor? Polska ma przed sobš dwie możliwoœci. Jedna – to, że poprzez odpowiednie ustawodawstwo i szeroko zakrojone inwestycje w miejscowš infrastrukturę oraz edukację (m. in. dzięki wysokim podatkom dla najbogatszych!), uda się przesunšć kraj w kierunku centrum. Odpowiadałoby to powojennej drodze krajów skandynawskich, które wszystkie zorientowały się na Unię Europejskš. Babones nie jest jednak optymistš. Zauważa, że dotychczasowe skutki transformacji utrwaliły raczej charakter Polski jako kraju półperyferyjnego. My, znajšc nadwiœlańskie realia lepiej niż amerykańsko-australijski badacz, sami możemy odpowiedzieć na pytanie, na ile elity ekonomiczne kraju, widziały i nadal widzš swój interes w inwestowaniu w rozwój Polski.

Na owš dynamikę wewnętrznš wpływajš oczywiœcie czynniki geopolityczne. Zarówno Rosja, jaki i UE mogš wywierać decydujšcy wpływ na gospodarczy i polityczny klimat w Europie Œrodkowej. Działanie to może być destrukcyjne, ale też stymulujšce. Niestety, Polska nie powinna raczej liczyć na tak wielkš pomoc, jakš na przykład RFN objęło dawne NRD. „Życzliwoœć" Rosji przerabialiœmy już w ramach sojuszu bratnich państw i raczej mało kto ma ochotę na powtórkę. Zatem przyszłoœć Polski, konkluduje Babones, będzie œciœle zwišzana z powodzeniem (lub nie) dalszej integracji europejskiej.

Heros nie pomoże

Co łšczy pamięć rodzinnš, tożsamoœci polifoniczne (EU-topię) i makroekonomię? Łšczy je skromnoœć. Skromnoœć nie pozwala pochopnie osšdzać i szufladkować drugiego człowieka. Skromnoœć ceni ludzkš wielowymiarowoœć, a bohaterstwo pozwala traktować jako nieodłšczne od słaboœci, drzemišcych w każdym z nas. Polifoniczne tożsamoœci stymulujš dojrzałe, œwiadome siebie wspólnoty regionalne, społeczeństwa a nawet struktury ponadpaństwowe, jak choćby nasza trochę dziœ poobijana UE.

Wreszcie w skali makro skromnoœć pozwala wsłuchać się w globalne trendy. Umożliwia znalezienie swojego miejsca w systemie œwiata, bez klęczek, ale i bez oszukańczej wiary, że można skrzyknšć ferajnę i zmienić się w supermenów, którzy w mig nadadzš inny bieg historii.

Zresztš, co do mnie, nie lubię supermenów. Tym bardziej, że UE to nie żaden spisek. Unia to my wszyscy, którzy z pewnymi kłopotami odkrywamy nasze polifoniczne tożsamoœci. Okreœlony pod względem wyznania, narodowoœci i preferencji seksualnych heros, wyedukowany w duchu jedynej słusznej narracji historycznej, nie pomoże na bolšczki naszego kontynentu. W najlepszym razie nada się, aby wzišć łopatę i wykopać Europie grób, aby potem, nie czekajšc stypy, rzucić się do mordobicia z innymi, podobnymi sobie.

Autor jest pisarzem i menadżerem kultury. Zajmuje się zagadnieniami wielokulturowoœci, migracji i pamięci zbiorowej. Jest autorem dwóch ksišżek „Opętanie. Liban" oraz „Handlarz wspomnień". Mieszka na przemian w Berlinie, Warszawie i Bejrucie

Piszšc tekst korzystałem z: Frank Griffel, Geschichte der Toleranz - Eine Reformation im Islam ist sinnlos, Süddeutsche Zeitung Kultur, 27 maja 2016; Salvatore J. Babones, A Structuralist Approach to the Economic Trajectories of Russia and the Countries of East-Central Europe since 1900, Geopolitics, 2013, 18:3, 514-535

ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL