Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Publicystyka

Piotr Wierzbicki: Odwinšć się Brukseli

Fotorzepa, Robert Gardziński
Unia Europejska nie jest dziœ tš uniš, do której wchodziliœmy przed laty i za przystšpieniem do której głosowaliœmy w referendum. Mamy – my, którzy byliœmy „za” – œwięte prawo czuć się oszukani i mielibyœmy œwięte prawo powiedzieć „doœć”. Szkoda tylko, że Polska nie leży na wyspach albo w samym œrodku Alp – twierdzi Piotr Wierzbicki, publicysta.

W kwestii wejœcia do Unii kierowana przez mnie wówczas „Gazeta Polska" powiedziała zdecydowanie „tak". Uczyniliœmy to nie z miłoœci do brukselskiej biurokracji, lecz z poczucia, iż mentalnie, cywilizacyjnie, kulturowo jesteœmy częœciš Zachodu. Dziœ już mało kto o tym pamięta, ale gdzieœ w połowie lat dziewięćdziesištych rozpętała się, bezpoœrednio wokół nas, po prawej stronie sceny politycznej, medialna kampania pod hasłem „precz z Europš, masonami, Amerykš, NATO". Propozycja była czytelna, zresztš niespecjalnie się z niš kryto: Z Rosjš przeciw zgniłemu Zachodowi. Nie po to w przeszłoœci stawałem wielokrotnie w obronie historycznej roli i pozycji Romana Dmowskiego, żeby teraz spokojnie patrzeć, jak jego idea powraca w paskudnej bogoojczyŸnianej karykaturze. Zareagowaliœmy z całš mocš i nasze „tak" dla Unii było oczywistš konsekwencjš a zarazem niezbywalnym elementem podjętej przez nas kampanii przeciw „łubiankowym" sentymentom i zalotom. Już wkrótce przyszło nam słono zapłacić za tę akcję: gdyby nie ona, nie byłoby zamachu na „Gazetę Polskš".

Jarosław Kaczyński w swej skšdinšd ciekawej i wartoœciowej ksišżce „Porozumienie przeciw monowładzy" tak wyrażał się o naszej postawie w tamtym okresie: „PóŸniej linia się zmieniła, złagodniała, tak bardzo, że stała się całkiem niejasna." Otóż wprost przeciwnie, ta linia była wtedy bardzo jasna, po prostu musieliœmy walczyć na dwa fronty, a mój czołówkowy tekst „Między Michnikiem a Rydzykiem" precyzyjnie definiował sytuację. (I niech Pan Prezes, zamiast wystawiać cenzurki prywatnej, niezależnej i w dodatku niegdysiejszej gazecie, zatroszczy się raczej o poziom dzisiejszej telewizji publicznej, której natrętna, nachalna, niezdarna, nieprofesjonalna propaganda obraża inteligencję społeczeństwa i oœmiesza rzšd.)

Zawiedzione nadzieje

Gdy wypowiadaliœmy, i to z pełnym przekonaniem, owe „tak" widzieliœmy w Unii organizację nieruchawš, nadmiernie zbiurokratyzowanš, ale w sumie przyjaznš, oddanš szczytnym ideałom solidarnoœci i braterstwa, kierowanš przez ludzi może nie najwyższego lotu, ale przynajmniej dobrej woli. Jako ewentualne zagrożenie jawiły nam się cišgotki tamtejszych urzędników w stronę mnożenia zbędnych, często absurdalnych przepisów (normy na rozmiary bananów, ogórków itp.). Jakże œmiesznie brzmiš tamte obawy wobec horroru, z którym mamy do czynienia dziœ! Mniejsza teraz o to, co zaszło – Unia się zmieniła czy też raczej po prostu zdjęła maskę – ale w miejsce organizacji ofiarowujšcej współpracę mamy w Brukseli i w Strasburgu do czynienia z agresywnš, opresyjnš strukturš, która sama sobie przyznała prawo do najbardziej brutalnej, totalnej ingerencji w wewnętrznš sytuację poszczególnych państw członkowskich, po czym przyjęła rolę ideologicznej żandarmerii stojšcej na straży chorego zabobonu poprawnoœci politycznej i interesów międzynarodowego establishmentu. W atmosferze karnych procedur, represji, szantażu, gróŸb użycia siły, nagonki propagandowej trwa akcja kwestionowania kolejnych uchwał parlamentu, dezawuowania reform, spiskowania z opozycjš w nadziei obalenia rzšdu. W poszczególnych kwestiach jednym państwom zaleca się kopiować rozwišzania przyjęte u innych, innym zaœ tego samego się zabrania (!). A, jak nam właœnie obwieszczono, fundusze strukturalne, owszem, zostanš przyznane, ale nie za darmo, lecz w nagrodę za siedzenie cicho i dobre sprawowanie.

To prawda: wydaje się, że oficjalne powołanie „państwa europejskiego" odłożono póki co na póŸniej. Problem w tym, że ta koszmarna idea (która, jak każda utopia, podobnie jak komunizm, zaczyna się od „œwietlanej przyszłoœci", a kończy na użyciu siły i finalnej krwawej katastrofie) wprowadzana jest w najlepsze nieoficjalnie, chyłkiem, tylnymi drzwiami, a trwajšca właœnie akcja nękania i ubezwłasnowolniania narodowych parlamentów stanowi na tej drodze ważny krok.

Za fasadš braterstwa

Jakby tego (co wyżej) było mało, wychodzi coraz wyraŸniej na jaw, że – choć za rosnšcš agresję unijnych elit odpowiada w znacznym stopniu ich autentyczne opętanie ideologiczne – to Unia, tak niby kosmopolitycznie nastrojona, jest dziœ w istocie całkiem sprawnym narzędziem zaspokajania œciœle narodowych interesów paru największych państw. Od lat – i na to pozostali (ze strachu bšdŸ z lenistwa) niezwykle gładko się zgodzili – rzšdzi duet Niemcy – Francja. Obiektem ataku stajš się nieposłuszni. Węgry, mały kraj z silnym rzšdem konserwatywnym, kłujš w oczy, dajš zły przykład, demonstrujš karygodnš krnšbrnoœć. Z Polskš jest gorzej, nasz kraj przeszkadza, zaczyna wracać do swej tradycyjnej roli bycia w Europie zakałš w planach strategicznych rozwišzań geopolitycznych. Czyżby to œlepota bšdŸ irracjonalne skšpstwo stały za niechętnš reakcjš Pani Kanclerz i pozostałych polityków niemieckich na apel prezydenta Trumpa o zwiększenie wydatków na obronę? Wprost przeciwnie, nie œlepota, nie skšpstwo, tylko całkiem racjonalna kalkulacja: kanclerz Merkel ma najwyraŸniej w tyle głowy, że te pienišdze pójdš w błoto, że Rosja Niemcom nie zagraża, bo i przecież, œciœle bioršc, nie zagraża, jej ambicje ekspansjonistyczne sięgajš Gruzji, Państw Bałtyckich, Ukrainy, nawet Polski, ale z pewnoœciš nie dalej. Perspektywa osi Moskwa – Berlin – Paryż może nęcić bardziej niż wizja nowych wydatków na obronę i, niewykluczone, wystarczy zaklajstrować problem Ukrainy (wstrzymać walki), by ten scenariusz stał się faktem. No właœnie, tylko ten cholerny kraj nad Wisłš!

Polska przestaje przeszkadzać, gdy władzę w Warszawie obejmuje rzšd stosownie spolegliwy i usłużny.

Gdybyœmy wiedzieli...

Ostatnio często zadaję sobie pytanie, jakbym się zachował, co wtedy, przed laty powiedział swoim czytelnikom, gdybym wiedział to, co teraz, gdyby mi jakiœ nieomylny wróżbita przepowiedział, że nieruchawa, zbiurokratyzowana, lecz w końcu doœć przyjazna organizacja przepoczwarzy się szybko w strukturę opresyjnš z rosnšcym apetytem na pozbawienie nas podstaw suwerennoœci. OdpowiedŸ jest zawsze niezmienna: nie wiem, jak bym się zachował, nie wykluczam, że by mnie trafił szlag. Ale zarazem nie mam wštpliwoœci, że ostatecznie dobrze się stało. Trzeba było wejœć do Unii, bo przyniosło nam to sporo korzyœci cywilizacyjnych. Jeżeli zdecydowalibyœmy się dzisiaj na opuszczenie wspólnoty oznaczałoby to zapewne tylko gwałtownš eskalację nacisków zewnętrznych, już nie tylko z Zachodu, lecz również ze Wschodu, i radykalne pogorszenie sytuacji wewnętrznej. Partia Niemiecka miałaby jeszcze bliżej do Berlina (bo już nie musiałaby tam pukać przez Brukselę), Parta Moskiewska, ostatnio przyczajona, zepchnięta na margines, choć dajšca znać o sobie uporczywym szczuciem przeciw Ukrainie, dostałaby wymarzone pole do popisu.

Fatalne położenie geograficzne zobowišzuje, nie ma od niego ucieczki, trzeba z nim, zaciskajšc czasem zęby, żyć i mężnie stawiać mu czoło.

Problem numer jeden

Prawo i Sprawiedliwoœć stawia czoło sytuacji. Polska zapewne mogłaby od biedy przyjšć tysišc stosownie sprawdzonych i wyselekcjonowanych uchodŸców (powtarzam: uchodŸców, nie zwykłych imigrantów), ale z pewnoœciš nie dlatego, że takš zachciankę miała kanclerz Merkel. W obliczu nakazów, gróŸb, szantażu trzeba było powiedzieć „nie". Słusznie też Polska nie poddaje się naciskom na polu reform: sejm popełniłby samobójstwo, gdyby przestraszył się listów wysyłanych z Brukseli a pisanych w Warszawie przez działaczy rozzłoszczonej opozycji. Niestety choć pani premier Szydło ocenia każde z tych zagrożeń prawidłowo, to postrzega je osobno (jak ci Tuwimowscy „straszni mieszczanie w strasznych mieszkaniach"). Powiada, że głównym problemem Europy sš uchodŸcy. Nieprawda, uchodŸcy sš tylko jednym z przejawów głównego problemu Europy, którym jest nie co innego, jak przekształcenie się Unii Europejskiej w skansen ideologicznego dyktatu, politycznej opresji, dominacji silnych nad słabszymi. Rozłożenie akcentów ma znaczenie. W rezultacie koncentrowania się tutejszej oficjalnej retoryki na uchodŸcach œwiatowa opinia publiczna, dodatkowo faszerowana kłamstwami przez naszych przeciwników, ma dziœ wszelkie powody, by postrzegać Polskę jako paskudny kraj szczególnie nieczuły na los potrzebujšcych, a to przecież krzywdzšce, naszym faktycznym znamieniem wywoławczym jest co innego: przeczulenie na punkcie niepodległoœci, za którš zapłaciliœmy w przeszłoœci zbyt wiele, by jš teraz, i to bez jednego wystrzału, utracić.

Zajšć stanowisko

Co powinien uczynić rzšd? Zamiast tłumaczyć się z każdej decyzji parlamentu przedstawić wreszcie w oddzielnym oficjalnym dokumencie skierowanym do władz w Brukseli, europejskich rzšdów a także polskiej i œwiatowej opinii publicznej swoje stanowisko zarówno wobec agresywnych działań podejmowanych przeciw Polsce przez liderów z Brukseli, jak w sprawie przyszłoœci Unii Europejskiej. Przypominam, że w tej drugiej kwestii, wręcz kluczowej, jedynym poważnym dokumentem leżšcym na stole pozostaje wcišż memoriał ministrów spraw zagranicznych Niemiec i Francji, z postulatem wyjęcia spod kompetencji państw członkowskich polityki zagranicznej i obrony, a zatem, praktycznie bioršc, nadania im statusu landów, prowincji czy guberni.

Jaka powinna być teza wyjœciowa naszego stanowiska? Ano taka, że nie uznajemy, wręcz nie przyjmujemy do wiadomoœci, traktujemy jako na niczym nie opartš uzurpację przypisywane sobie przez władze Unii prawo do podejmowania akcji karnych, wymierzonych w kraje członkowskie mniej lubiane w Brukseli ze względów ideologicznych i politycznych.

Unijni liderzy w swych atakach na Polskę powołujš się często na „wartoœci", „europejskie wartoœci", „nasze wspólne wartoœci". Najwyższy czas zdefiniować porzšdnie te pojęcia i postulowane tu rzšdowe oœwiadczenie stworzyłoby ku temu właœciwš, naturalnš okazję. Niech po prostu zostanie powiedziane, że w naszym rozumieniu „europejskie wartoœci" to chrzeœcijańskie korzenie Europy, nienaruszalne prawo narodów do stanowienia o swym losie, bezwzględne poszanowanie ich suwerennoœci, wolne wybory, wolnoœć słowa, pluralizm rozumiany nie jako mieszanie kultur i narodów, tylko jako różnorodnoœć poglšdów i rozwišzań przyjmowanych w życiu poszczególnych państwowoœci. Niech adresaci i czytelnicy dokumentu dowiedzš się, że antychrzeœcijańska krucjata i projekt tworzenia „nowego człowieka", „nowego Europejczyka" ulepionego z dogmatów politycznej poprawnoœci jawiš nam się jako przejawy bolszewickiego, ciemniackiego barbarzyństwa.

Trzeba by to napisać w stylu ofensywnym, bez tłumaczenia się, czy użalania, ale „po ludzku", wprost, w żadnym wypadku nie wytwornym slangiem dyplomatycznym ministra Szymańskiego, ale i pod żadnym pozorem nie łamanš polszczyznš pani posłanki Mazurek, no i ogłosić bez uprzednich międzynarodowych uzgodnień (po których z tekstu pozostałyby same frazesy). Inni niech zabiorš głos potem, gdy już dowiedzš się, jakie jest polskie stanowisko.

Autor jest pisarzem i publicystš. W latach 1993–2005 był redaktorem naczelnym „Gazety Polskiej"

ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL