Kolesnikow: Putina kręta droga do Damaszku

aktualizacja: 06.10.2015, 14:54
Władimir Putin
Władimir Putin
Foto: AFP

Wrogość Kremla do gejów i lesbijek może być obraźliwa dla Zachodu, ale spotyka się ze zrozumieniem i aprobatą większości Rosjan – pisze publicysta.

REDAKCJA POLECA

Przemawiając 28 września na Zgromadzeniu Ogólnym Organizacji Narodów Zjednoczonych, prezydent Rosji Władimir Putin wiedział, że skupi na sobie zainteresowanie świata, a swym apelem o jednolity front walki z Państwem Islamskim przyćmi amerykańskiego prezydenta Baracka Obamę. Mówił jednak także do Rosjan, w pełni świadom, że trzeba odwrócić ich uwagę od coraz bardziej widocznej gospodarczej mizerii kraju.

W ubiegłym roku służyła temu celowi aneksja Krymu, a po niej wspieranie prorosyjskich separatystów na wschodniej Ukrainie. Najnowsze posunięcie, wysłanie rosyjskich samolotów, rakiet i kilku tysięcy żołnierzy do Syrii, jest populistycznym substytutem nieudanego projektu Noworosja. Krytycy Putina słusznie uważają jego syryjską awanturę za kolejny przejaw odwoływania się do rosyjskiej nostalgii za sowiecką przeszłością: ZSRS był potężny – Putin twierdzi, że Rosja może być i jest równie silna.

Tylko po co to wszystko? Zaskakiwanie Stanów Zjednoczonych i Zachodu może być dobrą taktyką na krótką metę, ale też nie widać specjalnie żadnej wizji dalekosiężnych celów, którym potęga Rosji mogłaby służyć – poza utrzymaniem władzy przez obecne rosyjskie elity. W rezultacie reżim imituje jakieś formy demokracji, wykorzystując jednocześnie propagandę do rozbudzania agresywnego nacjonalizmu.

W pierwszych latach tego wieku wysokie ceny ropy w połączeniu ze wzrostem gospodarczym sprawiły, że elity przestały się interesować myśleniem strategicznym i zbagatelizowały późniejsze wycofanie się z reform edukacji, opieki zdrowotnej i społecznej. Obecną sytuację zarówno reżim, jak i społeczeństwo uważają za mniej więcej normalną – „kryzys bez kryzysu". A jako że postrzeganie kształtuje rzeczywistość, wszystko toczy się normalnie i nic nie trzeba robić, a Putin, który – jak się uważa – odbudował godność Rosji, może się poszczycić ponad 80-proc. poparciem w sondażach.

Dla Putina przywrócenie godności Rosji jest równoznaczne z odbudową jej mocarstwowego statusu po upadku Związku Sowieckiego i upokarzającej klęsce poniesionej z rąk Zachodu w zimnej wojnie. Demonstrowanie siły za granicą ma najwyraźniej zrekompensować sytuację w kraju, w którym do przywrócenia godności jeszcze daleko – dzisiejszy obywatel Rosji wciąż jest bezbronny wobec swych szefów, zakładów użyteczności publicznej, sądów i policji, a mimo to, bez względu na problemy, manifestuje dumę ze swego narodu i swego przywódcy.

Można oczywiście inaczej tłumaczyć, dlaczego popularność Putina nadal rośnie, mimo że stan gospodarki się pogarsza – ci, którzy nie są w stanie poradzić sobie sami, w naturalny sposób liczą na pomoc państwa i raczej nie będą kąsać ręki, która ich karmi. To, co Zachód potępia jako naruszenie praw człowieka, zwykli Rosjanie na ogół chwalą, bo uważają za politykę tępienia „obcych" obyczajów i ochrony większości przed „wywrotową" mniejszością. Wrogość reżimu w stosunku do gejów i lesbijek może być obraźliwa dla Zachodu, ale spotyka się ze zrozumieniem i aprobatą większości Rosjan.

A ponieważ ci sami Rosjanie uważają wojnę na Ukrainie za obronną i prowadzoną w słusznej sprawie, jest to już wojna usprawiedliwiona; znów zapisuje się ciemne karty historii, a wrogi język staje się normą. Jeszcze niedawno zwykli Rosjanie otwarcie mówili o liczbie zabitych i rannych w rosyjskich operacjach wojskowych; teraz, zgodnie z dekretem Putina o „tajnych stratach", milczą. Mimo że prezydencki dekret może być sprzeczny z konstytucją Rosji i ustawą o tajemnicy państwowej, lista utajnionych informacji obejmuje teraz straty militarne Rosji poniesione podczas operacji w okresie pokoju.

Konsekwencją jest podział kraju na lojalnych i nielojalnych, patriotów i zdrajców; jednym słowem na tych, którzy trzymają się ściśle zaleceń partii, i tych, którzy je odrzucają. Jeśli wierzyć sondażom, lojalnych i posłusznych jest zdecydowana większość – przynajmniej na razie. To tłumaczy poparcie dla separatystów w rejonie Donbasu na wschodniej Ukrainie i dla putinowskiej interwencji w Syrii. Jeżeli Stany Zjednoczone nie mogą tego zaakceptować, to tylko dowodzi, że Ameryka prze do hegemonii, czy to w Europie za pośrednictwem NATO, czy na Bliskim Wschodzie.

Taki sposób myślenia wzmacnia przyjęta przez Putina na własny użytek reinterpretacja historii usprawiedliwiająca wojnę zimową z Finlandią z 1939 roku, pakt Ribbentrop-Mołotow z tego samego roku i sowiecką inwazję w Afganistanie z roku 1979. Generalna Prokuratura zajmuje się nawet absurdalną analizą decyzji z 1954 roku o przekazaniu Krymu spod jurysdykcji Rosyjskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej Ukraińskiej Socjalistycznej Republice Sowieckiej. Co bardzo niepokojące, trwają prace nad taką samą analizą dotyczącą legalności uzyskania przez państwa nadbałtyckie niepodległości po upadku Związku Radzieckiego.

Do czego wszystko to doprowadzi? Tak jak w epoce sowieckiej, dzisiejsi władcy utożsamiają się z państwem. Państwo jest więc sprowadzane do wąskiego grona przywódcy oraz szczytów elit politycznych i finansowych, bezpiecznych na swych pozycjach, ponieważ zwykli obywatele zostali wpuszczeni w bezkrytyczną i skrajną formę nacjonalizmu.

Przeciwnicy Putina mogą spokojnie zakładać długi okres politycznej, gospodarczej i intelektualnej stagnacji, która z pewnością potrwa do przyszłorocznych wyborów parlamentarnych i prezydenckich dwa lata później, a przypuszczalnie przeciągnie się do następnego cyklu politycznego. Nie będzie jednak wieczna; w którymś momencie reżim, by się utrzymać, musi zaoferować społeczeństwu coś więcej niż nacjonalizm i nostalgię. Pytanie, czy Putin, który właśnie zwiększa zaangażowanie Rosji w kolejną zagraniczną awanturę militarną, zdaje sobie z tego sprawę.

Autor jest przewodniczącym Programu Rosyjskiej Polityki Wewnętrznej i Instytucji Politycznych w Carnegie Moscow Center

POLECAMY

KOMENTARZE