Nuklearny niepokój

aktualizacja: 18.07.2017, 00:17
Podwodna próba detonacji bomby atomowej na atolu Bikini w 1946 r. Do 1...
Podwodna próba detonacji bomby atomowej na atolu Bikini w 1946 r. Do 1958 r. Amerykanie przeprowadzili tu ponad 20 prób z bronią jądrową, w tym detonację bomby Bravo o sile 15 megaton (1000 razy większej od bomby zrzuconej na Hiroszimę).
Foto: AFP

Prawdopodobieństwo wojny nuklearnej jest zbyt duże, żeby się jej nie bać – pisze były prezes Polskiej Akademii Nauk.

O dramatycznych skutkach użycia bomby atomowej przypominają nam co roku sierpniowe rocznice wydarzeń w Nagasaki i Hiroszimie, rozbudzają nasz niepokój pojawiające się niekiedy nuklearne pogróżki przywódców państw dysponujących tą bronią bądź informacje o zdarzających się niestety zaniedbaniach przy przechowywaniu arsenału nuklearnego. Szczególne emocje budzą w nas pogróżki głów państw posiadających bądź zamierzający niebawem posiadać nuklearny arsenał, głównie oczywiście za sprawą szaleństw Kim Dzong Una i agresywnej polityki Putina, ale chyba także nieprzewidywalnego reagowania na zagrożenia przez Donalda Trumpa.

Na Półwyspie Koreańskim sytuacja jest od dawna napięta, ale ostatnia eskalacja zagrożeń staje się naprawdę niebezpieczna. By przekonać się o powadze sytuacji, wystarczy zobaczyć z bliska, czego sam doświadczyłem, ogłaszany raz na dwa miesiące w Seulu alarm atomowy i działania temu towarzyszące – kierowanie przez odpowiednie służby wszystkich ludzi do odpowiednio przygotowanych, licznych schronów czy rozwieszane nad drogami łączącymi miasto z rejonem przygranicznym gotowe do użycia betonowe blokady przejazdu. Obaw zagranicznych gości nie uspokajają stonowane reakcje na te przygotowania mieszkańców Seulu, przywykłych do życia w nieustannym zagrożeniu od przeszło pół wieku.

Istotną cechą zagrożeń ze strony Korei Północnej jest fakt, iż jej militarną siłę tworzy przestarzałe i mało skuteczne uzbrojenie tradycyjne z jednej strony, a broń masowego rażenie z drugiej. A to w przypadku konfliktu nie pozostawiałoby Pjongjangowi wyboru i będące w ostatnim stadium opracowywania rakiety dalekiego zasięgu oraz głowice atomowe, prawdopodobnie gotowe do użycia za dwa–trzy lata, stałyby się z pewnością głównym elementem wojennej strategii Kim Dzong Una. Możliwe, że obawy te są przesadzone, bowiem Korea Płn. nie jest ciągle dostatecznie technologicznie przygotowana do stworzenia broni masowego rażenia o międzykontynentalnym zasięgu. Potwierdzeniem tego mógłby być fakt niedawnej nieudanej próby z rakietą tego typu. Nie wydaje się to niestety być wystarczającą pociechą, bowiem wiedza na temat prowadzonych w Korei Płn. prac jest jednak bardzo ograniczona.

Możliwe strategie

Rosja nie pozostaje daleko w tyle ze swymi groźbami. Wystarczy zacytować słowa Władimira Putina, który w trakcie kryzysu na Krymie uznał za właściwe publiczne przypomnienie, że „...Rosja jest wiodącym mocarstwem nuklearnym". Niepokoić mogą niedawne ostrzeżenie jego rzecznika, że „...rozlokowywanie wojsk NATO w krajach bałtyckich może mieć nuklearne konsekwencje" czy ostatnia wypowiedź szefa państwowej agencji informacyjnej, że „Rosja może obrócić Amerykę w nuklearny pył".

W świetle tych zagrożeń polityczne nadzieje na zapobieżenie atomowej groźbie pokładać musimy w Stanach Zjednoczonych. Donald Trump już zapowiedział kontynuację zapoczątkowanego przez jego poprzednika programu modernizacji arsenału nuklearnego o wartości przeszło biliona dolarów.

Sygnały dochodzące z Waszyngtonu w sprawie amerykańskiej reakcji na prężenie muskułów przez Pjongjang są mieszane – od przecieków na temat strategii ewentualnego ataku prewencyjnego na Koreę Północną, po gotowość USA do negocjacji. Obie opcje nie wydają się dzisiaj skuteczne. Pierwsza, bowiem zniszczenie całego arsenału rakietowego Phenianu wydaje się być dzisiaj zupełnie nierealne, a druga, bowiem do negocjacji potrzebne są dwie strony gotowe do zawarcia porozumienia. Może rozwiązaniem byłoby nałożenie surowych sankcji gospodarczych? Kluczowe do podjęcia tej decyzji państwa, czyli USA i Chiny, już zadeklarowały możliwość współpracy. Ale to też nie byłoby prawdopodobnie działaniem skutecznym – nawet doświadczane już wielokrotnie klęski powszechnego głodu nie zmusiły reżimu północnokoreańskiego do ustępstw. Amerykanie zresztą nie wydają się przesadnie wierzyć we współpracę z Chinami.

Niektóre zachowania administracji USA sugerują bowiem inne, mniej przyjazne przesłanie dla Chin, które sprowadzić można do groźby „Korea Płn. stała się bezpośrednim zagrożeniem dla Ameryki – jeśli nie powstrzymacie szaleństw Kim Dzong Una, to z konieczności zrobimy to my, z dramatycznymi konsekwencjami dla wszystkich azjatyckich sąsiadów Pjongjangu". Co przestraszyło przy okazji także Koreańczyków z Południa.

Wiara w negocjacje

Biorąc to wszystko pod uwagę, chyba więc największe szanse na zredukowanie niebezpieczeństwa atomowego szaleństwa mają jednak negocjacje. Pytaniem kluczowym jest oczywiście sposób ich prowadzenia. Wielu ekspertów nie wierzy w niezbędne do tego dyplomatyczne talenty prezydenta Trumpa – jego niektóre wypowiedzi („jestem gotów porozmawiać z Kim Dzong Unem, zjeść z nim hamburgera i dogadać się w ważnych sprawach"), nierozważne wpisy na Twitterze czy przypisywane sobie sukcesu w postaci uwolnienia z północnokoreańskiego więzienia ciężko chorego amerykańskiego studenta za sprawą rzekomo wysłanego tam w tym celu koszykarza Dennisa Rodmana (którego ten i wielokrotne wcześniejsze pobyty w Phenianie ograniczały się do promocji koszykówki) zdają się potwierdzać tę niewiarę.

Choć pozostaje nadzieja, że może właśnie niekonwencjonalny sposób prowadzenia negocjacji byłby skuteczny z tak trudnym partnerem. Może pomocne w tym byłoby słynne przesłanie Dwighta Eisenhowera „Jeśli nie potrafisz rozwiązać problemu, poszerz zasięg rozmów", co oznaczałoby wciąganie wszystkich bezpośrednio zainteresowanych sytuacją w regionie do współdziałania w różnych obszarach polityki i gospodarki. Obiecujące jest tu niedawne stwierdzenie Donalda Trumpa, że „jako naród musimy stać się bardziej obliczalni".

Alfabet zagrożeń

Na konflikcie z Koreą Płn. nie kończą się jednak niestety atomowe zagrożenia dla świata. Najnowsza historia odnotowała bowiem wiele incydentów bliskich nuklearnej tragedii spowodowanych niedbalstwem przechowywania bądź transportu głowic atomowych z jednej strony, a groźbą użycia tej śmiercionośnej broni w sytuacjach niespodziewanych konfliktów i braku informacji o intencjach stron sporu z drugiej.

Taka sytuacja miała miejsce na przykład w przypadku kryzysu kubańskiego w roku 1962, kiedy to przesłana do władz ZSRR wiadomość o rezygnacji z pewnych kluczowych dla przebiegu wydarzeń działań wojsk amerykańskich nie dotarła do dowódców uzbrojonych w głowice atomowe sowieckich łodzi podwodnych zgrupowanych wokół Kuby i nieomal doprowadziła do tragedii.

Innym znamiennym przykładem była sytuacja z roku 1979, kiedy to do amerykańskiego systemu ostrzegania przeciwrakietowego przez przypadek wprowadzono dane symulujące hipotetyczny radziecki atak nuklearny i dopiero w ostatnim momencie zdołano zapobiec uruchomieniu amerykańskich procedur obronnych. Analogiczna sytuacja po stronie radzieckiej miała miejsce w roku 1983, kiedy to monitoring przestrzeni powietrznej w tym kraju błędnie zinterpretował wystrzelenie amerykańskich rakiet testowych jako atak jądrowy – dosłownie parę minut dzieliło wtedy świat od z pewnością dramatycznej w skutkach reakcji na domniemane zagrożenie przez władze radzieckie.

Tę listę przypadkowych jądrowych zagrożeń można bez trudu wielokrotnie wydłużyć, nie obejmuje ona przy wyłącznie dwóch największych potęg atomowych, ale także na przykład sytuacje z czasów wojen izraelsko-arabskiej w roku 1973 czy indyjsko-pakistańskiej w roku 1999.

Przytoczmy więc tylko jeszcze dwa odmienne przykłady, dotyczące zaniedbań w przechowywaniu i transporcie głowic nuklearnych. W 2007 roku dowódcy amerykańscy przez 36 godzin poszukiwali sześciu „zagubionych" rakiet wyposażonych w pociski jądrowe. Okazało się, że zostały one całkowicie przypadkowo i bez wiedzy załogi umieszczone pod skrzydłami wojskowego samolotu B-52 wykonującego daleki lot. Można tylko się domyślać, co by się stało w przypadku potrzeby wykonania jakiegoś trudnego manewru przez nieświadomych niczego pilotów. Inna groźna sytuacja miała miejsce w 2009 roku, kiedy to na Atlantyku doszło do groźnej kolizji dwu okrętów podwodnych, amerykańskiego i francuskiego, wyposażonych w napęd nuklearny i rakiety balistyczne. Na szczęście wypadek miał miejsce przy małych prędkościach i nie spowodował tragicznych konsekwencji, wywołując jedynie uspokajające komentarze oficjalne i, można przypuszczać, wiele nerwowych działań w dowództwach wojsk obu państw.

Powyższe przykłady pokazują, że prawdopodobieństwo nuklearnego konfliktu bądź wypadku nie jest niestety równe zeru. Lepiej więc chyba aktywnie myśleć, jak temu zapobiec, niż spokojnie czekać na realizację jakiegoś tragicznego w skutkach scenariusza.

Autor jest profesorem nauk technicznych, byłym ministrem nauki. Od 2007 do 2015 r. był prezesem Polskiej Akademii Nauk.

Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE