Publicystyka

Tomasz Rowiński: Dlaczego PiS nie jest partią katolicką

Twitter
Rafał Ziemkiewicz napisał kiedyś tekst o tym, że Prawo i Sprawiedliwość „ukradło prawicę". Dziś możemy powiedzieć, że PiS „ukradł Kościół" – pisze socjolog i historyk idei.

Kiedy pod koniec marca 2018 r. rzeczniczka PiS Beata Mazurek zadeklarowała, że jej partia jest katolicka, nie było właściwie żadnej reakcji na te słowa. Czy oznacza to, że wszyscy od prawa do lewa na polskiej scenie politycznej i publicystycznej się z tym zgadzają? To, że lewica i liberałowie mogą mieć w tej sprawie fałszywą perspektywę, nie dziwi – na oponentów zwykle patrzy się z pewnego oddalenia, nawet zasadnicze różnice się zacierają.

Przykładem takiej dezorientacji było choćby nie tak dawne zdumienie jednej z posłanek Nowoczesnej, która podczas posiedzenia pewnej komisji sejmowej była świadkiem tego, jak ci sami posłowie z PiS prowadzili obstrukcję projektu ustawy mającej poprawić ochronę życia dzieci poczętych. Co więcej, można odnieść wrażenie, iż politycy opozycji są przekonani, że te wszystkie niezależne i obywatelskie projekty ustaw w tej sprawie inspirowane są przez PiS. Otóż dla pewności napiszę: tak nie jest.

Po prawej stronie również nie było szerszych polemik ze słowami Mazurek, tak jakby i tam istniała powszechna zgoda co do katolickości PiS. Tymczasem trzeba raczej postawić tezę, że PiS skradł politykę katolicką, poszukując elektoratu, który znajdowałby się w opozycji do liberałów.

TK ważniejszy od życia

Partią katolicką nie jest ta, która najchętniej pokazuje się publicznie w towarzystwie hierarchii kościelnej, ale ta, która w swojej polityce kieruje się konkretnymi zasadami. Beata Mazurek już w samej swojej wypowiedzi zawierającej „deklarację katolickości" tym zasadom zaprzeczyła. Przede wszystkim zgodnie z doktryną PiS określiła kwestię ochrony życia na każdym etapie rozwoju jako kwestię „światopoglądową", podczas gdy kwestia ta nie należy do obszaru wolnych opinii.

Gdyby PiS był chociaż partią chadecką, nawet nieco tchórzliwą, to mógłby dla tej arcyważnej sprawy znaleźć silne oparcie w polskim ustawodawstwie. Nie zostawia ono właściwie wątpliwości co do człowieczeństwa istot ludzkich przed ich narodzeniem. Można przypuszczać, że wobec zniesienia prawnego przyzwolenia dla aborcji eugenicznej poparcie społeczne byłoby znaczne. PiS nie jest jednak tchórzliwy, jego polityka wyraża konkretną hierarchię ważności. W przypadku zmian w Trybunale Konstytucyjnym czy Sądzie Najwyższym przekonaliśmy się, że doktryna tej partii zawiera kwestie, które nie są traktowane ani jako „światopoglądowe", ani jako negocjowalne. Podczas realizacji tych politycznych akcji nieistotna okazała się opinia społeczna i nie przejmowano się niebezpieczeństwem utraty poparcia. A to są właśnie niezmienne argumenty przeciw zajęciu się na poważnie ochroną życia. Ta hierarchia celów podważa twierdzenie o katolickości PiS.

TK, stwierdzając w latach 90. niekonstytucyjność ustawy SLD rozszerzającej dostęp do mordu prenatalnego, podkreślił, że ochrona życia jest fundamentem demokratycznego państwa prawa. To bardzo trafne określenie i tego bronią katolicy w Polsce. W świetle tego liczne prospołeczne inicjatywy PiS – symboliczny już program Rodzina 500+, który znacznie ograniczył w Polsce ubóstwo, szczególnie wśród dzieci, z perspektywy zasad politycznych okazuje się narzędziem korumpowania katolickiego elektoratu, po to by nie naciskał na realizację swojej agendy. Podobnymi daninami Jarosław Kaczyński stara się przekupić katolików, by nie brali zbyt poważnie lekceważenia, z jakim traktuje się fundamenty ich postawy społecznej. Podobnie trzeba rozumieć prokościelność państwa za rządów PiS.

Partia katolicka, można się spodziewać, działałaby według odmiennej logiki. Projekty prospołeczne przekonywałyby naród oraz elity polityczne, że katolicka forma państwa jest gwarantem integralnej polityki sprawiedliwości i wolności. A do tej integralności należy ochrona życia czy ochrona stabilności ustrojowej, czyli sprawy obecnie zaniedbane.

Pozycję katolików jako wyborczych zakładników potwierdził nie tak dawno sam Jarosław Kaczyński w przemówieniu wygłoszonym w Trzciance, gdzie wyjaśnił, dlaczego Polska pod rządami PiS nie wycofa ratyfikacji konwencji stambulskiej. Dokument ten jest przedstawiany przez lewicę i liberałów jako panaceum na przemoc wobec kobiet, a w rzeczywistości stanowi instytucjonalny atak na rodzinę. Powód takiej polityki jest prosty – dopóki rządzi PiS, zapisy konwencji będą w Polsce martwe. Katolicy „muszą" głosować na PiS, ponieważ nic poza wolą prezesa nie oddziela ich od moralnej destrukcji państwa.

Trudno taki brak odpowiedzialności nazwać katolickim. Swobodne pogrywanie katolickimi zasadami nienegocjowalnymi było dobrze widać, gdy niedawno kandydat PiS na prezydenta Warszawy Patryk Jaki poparł in vitro. Podobnie zauważalny był brak reakcji liderów PiS na proaborcyjne wypowiedzi posłanki Joanny Lichockiej czy wyniki sejmowego głosowania nad projektami dotyczącymi życia.

Skoro jednak to tylko „kwestia światopoglądowa", to równie dobrze światopogląd proaborcyjny może w przyszłości stać się dominującym w tej partii. Co więcej, wspieranym przez zawsze łatwo dostępny język różnorodności ideowej, dobrze znany z procesu degeneracji zachodnioeuropejskiej chadecji i będący narzędziem szantażu wobec katolickich działaczy oraz wyborców. W takim razie czym Patryk Jaki różni się od Bronisława Komorowskiego? Albo Joanna Lichocka od Joanny Kluzik-Rostkowskiej? PiS od PO?

Nawet powierzchowna analiza praktyk politycznych PiS prowadzi do wniosku, że zasady dobra wspólnego, polski dorobek prawny, ochrona każdego, także najsłabszego przedstawiciela wspólnoty narodowej bywają o tyle przez PiS tolerowane, o ile nie są sprzeczne z ambicjami tej partii. Można przewidywać, że centroprawicowość PiS z czasem będzie znaczyła tyle co konserwatyzm na Wyspach Brytyjskich. Nie będzie oznaczać ochrony społeczeństwa, praw rodziny i najsłabszych, ale będzie rozumiana jako przyklaskiwanie siłom, które dynamizują bliski mu elektorat. Ta logika działa już dziś, a gra Kaczyńskiego będzie trwała tak długo, jak długo katolicyzm w Polsce będzie silny społecznie lub jak długo nie znajdzie własnej politycznej suwerenności.

Trzy napięcia z Kościołem

Na koniec warto odnieść się do stanowiska Kościoła instytucjonalnego, któremu zarzuca się legitymizowanie rządów Prawa i Sprawiedliwości. Równie dobrze można by na ten temat zbudować narrację zupełnie przeciwną, biorąc pod uwagę wypowiedzi różnych duchownych czy też ich zaangażowanie w wydarzenia o charakterze politycznym. Odnieśmy się do spraw zasadniczych. Po pierwsze, Kościół pozostaje w konflikcie z obozem PiS w sprawie ochrony życia, który to postulat partia miała na sztandarach przez cały okres bycia w opozycji. Po drugie, głosami dwóch najważniejszych hierarchów Kościół wypowiedział się przeciwko rewolucjonizowaniu instytucji państwa – abp Stanisław Gądecki i abp Wojciech Polak reagowali zarówno na to, co działo się z Trybunałem Konstytucyjnym, jak i na sposób przeprowadzania reformy sądów. Po trzecie wreszcie, Kościół zajął humanitarne, a nie izolacjonistyczne stanowisko w sprawie pomocy ofiarom wojen i uchodźcom, proponując pomoc zarówno na miejscu, jak i namawiając rząd do tworzenia korytarzy humanitarnych, z czego rząd nie skorzystał. Warto o tych trzech punktach pamiętać.

Kościół nie atakuje jednak bezpośrednio partii rządzącej, ponieważ z jednej strony ceni zapewne prospołeczne działania jej rządów, jak i pozostaje pod presją szantażu Kaczyńskiego wyrażonego w Trzciance. W związku z tym trudno się spodziewać, że przyjście do władzy liberałów i lewicy w przyszłości mogłoby polepszyć sytuację politycznej i społecznej sytuacji naszego kraju z perspektywy katolickiej. 

Autor jest socjologiem, historykiem idei i redaktorem kwartalnika „Christianitas". Na jesieni ukaże się jego książka „Królestwo nie z tego świata. O zasadach Polski katolickiej na podstawie wydarzeń nowszych i dawniejszych"

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL