Publicystyka

Prof. Roman Kuźniar: Europa wzięta w dwa ognie

AFP
Unia może pójść w polityczną rozsypkę, jeśli Trump i Putin wejdą w komitywę. Ważną tego konsekwencją będzie zbliżenie niemiecko-rosyjskie – pisze prof. Roman Kuźniar, politolog.

Europa bez Unii Europejskiej nie przeszkadzałaby ani Trumpowi, ani Putinowi. Byłaby politycznie słaba i bezradna. Takiej Europie, jej poszczególnym państwom, oba te mocarstwa mogłyby łatwo narzucać swą wolę. Jakoś przeprowadziłyby nowy podział na strefy wpływów, które byłyby respektowane nawet bez nowej żelaznej kurtyny. I takiej Europy dziś znowu pragną. Moskwa od dawna, Waszyngton po raz pierwszy po II wojnie światowej.

Dwa spotkania na szczycie potwierdzą sytuację Europy, która została wzięta w dwa ognie. Pierwszym jest szczyt sojuszu atlantyckiego, drugim spotkanie Trumpa z Putinem. Dla prezydenta USA ważniejsze będzie to drugie. Szczyt NATO jest dla niego jak szczyt G7, który był krótkim przystankiem przed spotkaniem z północnokoreańskim dyktatorem. Jak wiadomo, spotkania z sojusznikami irytują Trumpa, on nie czuje się częścią tego klubu. Co innego dyktatorzy. Do nich Trump ma szacunek, a dla Putina wręcz otwartą admirację.

Czytaj także: Czy UE i NATO będą istnieć zawsze?

Dawniej szczyty NATO, łatwiejsze czy trudniejsze, służyły, obok podejmowania ważnych decyzji, potwierdzaniu więzi strategicznych i ideowych łączących Amerykę i Europę. Teraz ich głównym punktem są połajanki ze strony Trumpa oraz wysyłane przezeń sygnały podważające jedność, czyli wiarygodność sojuszu. Już von Clausewitz pisał, że głównym źródłem siły sojuszu jest jego zwartość.

Mamy jeszcze NATO, ale już nie mamy wspólnoty atlantyckiej. I to za sprawą USA. Bo partnerem Ameryki w tej wspólnocie była jednocząca się Europa. Tak było lepiej dla obu stron. I nawet nieporównanie potężniejsi Amerykanie dotąd to rozumieli. Nawet jeśli niekiedy dochodziło do napięć, to zawsze były to kłótnie w rodzinie. Nawet wtedy, gdy de Gaulle wyprowadzał Francję z organizacji militarnej sojuszu, albo gdy George W. Bush, idąc na wojnę z Irakiem, ze złością dzielił Unię na starą i nową Europę.

To się teraz zmieniło. Nie ma wspólnoty, nie ma rodziny. Trump postrzega sojusz jak spółkę akcyjną, w której ma pakiet większościowy i może zmusić pozostałych do akceptacji jego sposobu zarządzania firmą czy zmiany typu działalności. Może także część swoich akcji odstąpić komuś innemu, pośrednio, przez osłabienie sojuszu – na przykład Rosji. Trumpowi solą w oku jest silna pozycja Niemiec w Unii Europejskiej. Dążąc do osłabienia Niemiec, chce pomniejszyć Unię. Wspólnota wartości, jedność Zachodu wobec rosnącej w siłę reszty świata – to wszystko jest dla Trumpa bez znaczenia. Liczy się biznes, tu i teraz.

Oś „Trumputin"

Stosując taktykę tzw. rebalancingu (jak mówią ludzie z jego otoczenia), czyli przywracania równowagi na rzecz USA, Trump jest gotów sprzymierzyć się z niezachodnimi mocarstwami. To zresztą rzecz kuriozalna, aby myśleć, że to właśnie Zachód ogranicza pozycję Ameryki. Wszak przewodząc Zachodowi, Waszyngton miał mocniejszy mandat do przewodzenia światu. I w tym punkcie polityki Trumpa wychodzi jej naprzeciw Putin. Trump jest szansą Putina nie tylko na wyjście z pewnego międzynarodowego ostracyzmu po agresji Rosji na Ukrainę. Jest też szansą powrotu do „starej dobrej" polityki siły.

W niej Rosja czuje się jak ryba w wodzie. Już nie trzeba będzie udawać przyzwoitego, stosować się do norm, konstruować kompromisów w instytucjach wielostronnych. Wielcy będą decydować o wszystkim. To z tego samego powodu Chińczycy w nieoficjalnych rozmowach mówią o Trumpie „dar niebios". Tak szybkiego porzucania przez USA ich azjatyckich sojuszników w Pekinie się nie spodziewano. Nie ma w tym sprzeczności z obecnością militarną USA na Morzu Południowochińskim, bo tam chodzi o interesy gospodarcze. Specyficzna logika działania Trumpa odpowiada władcom Moskwy i Pekinu, a ponieważ uważają się za mądrzejszych i bardziej przebiegłych, mają prawo liczyć na sukces w grze proponowanej przez prezydenta USA. O naiwności połączonej z narcyzmem celebryty świadczy wszak szczyt w Singapurze. Jednak Putin czy Xi Jinping to nie mały rozrabiaka z Pjongjangu – to gracze wagi ciężkiej, czego Trump zdaje się nie rozumieć.

Putinowi pasuje zwłaszcza polityka Trumpa wobec Europy. Gospodarz Kremla prowadzi tę samą grę: chce ją podzielić i osłabić. Do tej pory bez większych sukcesów. Orban jest interesującym sprzymierzeńcem Putina, lecz Węgry niewiele znaczą. To, że PiS zrobił Budapeszt w Warszawie, sprawia Kremlowi przyjemność, ale to jeszcze nie Berlin, Paryż czy Londyn. Z tej perspektywy szczyt Trump–Putin jest złym sygnałem dla Europy. Przez analogię do „Chimeryki" można powiedzieć, że rysuje się oś „Trumputin".

Parasol ochronny

Co ma robić wzięta w dwa ognie Europa? Tej odpowiedzi muszą szukać europejscy przywódcy oraz unijne organy odpowiedzialne za politykę zagraniczną Wspólnoty. Na pewno musi pozostać zjednoczona, nie pozwolić się rozgrywać. Ale nawet ta pierwotna przesłanka strategii reagowania UE na powstającą oś „Trumputin" może nie zaistnieć. Jeśli, jak się okazuje, rosyjskie pieniądze wspomagały kampanię na rzecz brexitu, to co dopiero mówić o krajach historycznie czy ideowo podatnych na rosyjskie wpływy. Unii Europejskiej udawało się dotąd pozostawać względnie zjednoczoną wobec Rosji.

Komitywa, do jakiej może dojść pomiędzy Trumpem i Putinem, oraz ich wspólne akcje przeciw jedności Europy mogą to zmienić. Unia może pójść w polityczną rozsypkę. Ważną tego konsekwencją będzie zbliżenie niemiecko-rosyjskie. Berlin nie będzie chciał pozostawać w tyle za Waszyngtonem. Wtedy Rosja otrzyma także więcej swobody w odzyskiwaniu wpływów w Europie Środkowo-Wschodniej.

Scenariuszy rozwoju sytuacji jest sporo, łącznie ze „zwinięciem się" Europy do twardego rdzenia, ale żaden z nich nie jest dobry dla Polski. Następca Waszczykowskiego nie kryje obaw związanych ze szczytem Trump–Putin. Sam Waszczykowski w związku z polityką Moskwy obawiał się podziałów w Europie, lecz jednocześnie prowadził partyjną wojenkę z Unią. W sprawie katastrofalnej ustawy o IPN potrafił się cofnąć pod wpływem nacisku z zewnątrz, bo to nie zagrażało jego władzy. Przywrócenie prawno-instytucjonalnych fundamentów demokracji, czego wymaga członkostwo w UE, nie wchodzi w grę, bo to mogłoby zagrozić pewności władzy PiS. Rządzący uważają, że bez posłusznych im sądów, mediów państwowych i policji mogą nie wygrać następnych wyborów parlamentarnych, więc tu nie oddadzą ani centymetra. Mogą wykonywać jedynie ruchy pozorne i trwać w destrukcyjnej dla Polski i Unii wojnie z Brukselą.

Czas bezkarności w polityce niezgodnej z polskimi interesami się kończy. Konieczne jest opamiętanie. W obliczu możliwego aliansu Trumpa z Putinem jedynym dla Polski parasolem pozostaje Unia Europejska. O ile oczywiście ukrywanym dotąd zamiarem rządzących nie jest pójście drogą Orbana i przyłączenie się do gry mocarstw przeciwko zjednoczonej Europie. Już wcześniej entuzjazm rządzących dla Trumpa przypominał radość indyków ze zbliżających się świąt. Jednak w rysującej się sytuacji kontynuowanie wojny z Unią będzie przypominać znany dowcip o góralu podcinającym gałąź, na której siedzi, a jednocześnie z pogardą odrzucającym ostrzeżenia ze strony widzących to turystów. Wojując z Unią, rząd PiS kończy ucinać gałąź, na której siedzi Polska. A właśnie zaczyna się halny – okno pogodowe dla Polski i regionu się zamknęło. Aby przetrwać czas gorszej pogody bez większych strat, trzeba zacząć się kierować interesami Polski i rozumem, a nie politycznymi żądzami partii i jej prezesa. ©?

Autor jest politologiem, od 2010 do 2015 r. był doradcą ds. międzynarodowych prezydenta Bronisława Komorowskiego

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL