Publicystyka

Prof. Michał Kleiber: Czy UE i NATO będą istnieć zawsze?

AFP
Różnic w poglądach na zasadnicze sprawy między najsilniejszymi państwami Unii a USA jest coraz więcej – zauważa prof. Michał Kleiber, były prezes PAN.

Niemal codziennie docierają do nas informacje o poważnych politycznych i gospodarczych problemach, zarówno wewnątrzunijnych, jak i transatlantyckich. Mimo że część problemów jest zapewne nadmiernie nagłaśniana przez polityków reprezentujących partyjne interesy i czekające na kontrowersyjne opinie media, powaga sytuacji wręcz domaga się wszechstronnej refleksji. Nie sposób bowiem od pewnego czasu powstrzymać się od zadawania sobie pytania, czy gdyby Unia Europejska i NATO dzisiaj nie istniały, to w obecnych warunkach organizacje te miałyby szanse powstać? Nie mogę powstrzymać się od myśli, że znacznie bardziej prawdopodobna odpowiedź na brzmi „nie” – i to w obu przypadkach.

Zacznijmy od Unii. Spór o jej przyszły kształt, skądinąd przecież normalny i potrzebny, przybrał w ostatnich paru latach charakter zagrażający jej istnieniu. Mówiąc w pewnym uproszczeniu, dobitnie artykułowane są trzy istotnie różne scenariusze jej przyszłości. Pierwszy, promowany przez kanclerz Niemiec, nawiązuje niewątpliwe do zadowolenia z sytuacji gospodarczej i roli Niemiec we wspólnocie europejskiej, akcentując znaczenie działań zwiększających gospodarczą konkurencyjność Europy. Działania rządu niemieckiego w ostatniej dekadzie, tj. od momentu wybuchu kryzysu finansowego, skierowane są na zdecydowaną ochronę mechanizmów wolnorynkowych w państwach Unii, m.in. poprzez wprowadzenie surowej dyscypliny oszczędnościowej w zadłużonych krajach. Polityka rządu kanclerz Merkel, obudowana wprawdzie werbalnie troską o dalszą unijną integrację, realnie ma silnie neoliberalny charakter.

Czytaj także: Europa wzięta w dwa ognie

Odmienną wizję reprezentuje prezydent Macron, promujący ideę „Europy, która chroni”, opowiadający się za większą solidarnością państw członkowskich i unijnych obywateli. W praktyce oznacza to głównie daleko idącą reformę strefy euro z podziałem zadłużeniowego ryzyka wśród państw eurostrefy, mającą uratować przed bankructwem państwa najbardziej zadłużone. Taka de facto centrolewicowa wizja Unii nie podoba się oczywiście państwom o stabilnych i zrównoważonych budżetach, a Niemcom w szczególności. Obie powyższe wizje Europy różnią się ponadto wieloma szczegółami dotyczącymi najpoważniejszego wyzwania stojącego dzisiaj przed Unią, tj. problemu uchodźców. Nie wspominając już nawet o innych istniejących kontrowersjach dotyczących np. polityki w zakresie bezpieczeństwa dostaw energii czy przyszłości energetyki jądrowej.

Trzecim, coraz mocniej artykułowanym scenariuszem jest idea Europy suwerennych państw. Jej orędownikami są bynajmniej nie tylko ugrupowania rządzące na Węgrzech czy w Polsce, ale także wiele partii prawicowych w innych państwach Unii. Premier Orban ujął kiedyś swoje poglądy krótko – reprezentowana przez niego ideologia określana mianem demokracji nieliberalnej jest i tak zasadniczo lepsza od politycznie poprawnego liberalizmu niedemokratycznego. Wydaje się, że liczba zwolenników takiego poglądu w Europie rośnie, a ważnym elementem tego trendu jest niechęć do odmiennych kulturowo uchodźców.

Trzy powyższe wizje Europy tworzą podłoże do dzisiejszych sporów i niepewności. W uspokojeniu sytuacji nie pomaga, że np. dominująca w Niemczech partia chrześcijańskich demokratów Angeli Merkel i „nieliberalna” partia Fidesz premiera Orbana są w europarlamencie w tym samym ugrupowaniu partii centroprawicowych, czy to, iż prezydent Macron wprowadzając we Francji pewne strukturalne reformy, zyskał u niektórych obserwatorów opinię neoliberała. Rzeczywistość nie pozwala niestety na optymizm, a właściwą ilustracją sytuacji były niedawne wypowiedzi, po pierwsze prezydenta Macrona w trakcie odbierania nagrody Charlemagne w Aachen: „Niemcy nie mogą wiecznie fetyszyzować budżetu i znaczenia nadwyżki budżetowej, bo osiągają to kosztem swych partnerów”. Po drugie, odpowiedź na to kanclerz Merkel: „Ściślejsza integracja pomoże w rozwiązaniu wszystkich problemów”. A po trzecie – komentarz do tego premiera Orbana: „Ściślejsza integracja to koszmar”...

Są wprawdzie fakty wskazujące na możliwości porozumienia Niemiec i Francji w zasadniczych sprawach, ale nawet one nie udowodniły na razie swego trwałego charakteru. Niedawno na przykład kanclerz Merkel zgodziła się na pewne ustępstwa wobec oczekiwań francuskich w sprawach strefy euro, ale uzgodnione propozycje spotkały się momentalnie z silną krytykę wielu innych krajów tej strefy, a także państw pozostających poza nią. Za inny przykład próby osiągania porozumienia w trudnych kwestiach uznać można ostatnie uzgodnienia w sprawie procedur dotyczących przyjmowania uchodźców, choć i tu trudno być optymista co do dalszego biegu wydarzeń – złudzeń w tej sprawie nie pozwala mieć na przykład gwałtowna krytyka sytuacji artykułowana przez rząd we Włoszech, zaś uzgodnione przywrócenie kontroli na granicy niemiecko-austriackiej może wręcz stać się niebawem zagrożeniem dla przyszłości całej strefy Schengen.

Na kłopoty unijne nakłada się atmosfera transatlantycka. Powoli przestajemy pamiętać o zasługach Stanów Zjednoczonych dla stworzenia w dużej części powojennej Europy strefy wolnej od sąsiedzkich sporów i zjednoczonej wobec zagrożeń ze wschodu, a w ostatnich dekadach zjednoczonej także dla odzyskania pełnej niepodległości przez państwa naszego regionu. Dzisiaj z najwyższym niepokojem obserwujemy rosnący dosłownie z każdym tygodniem rozdźwięk pomiędzy państwami po obu stronach Atlantyku. Nawet jeśli uznalibyśmy niektóre z decyzji prezydenta Trumpa dotyczące międzynarodowej współpracy gospodarczej za zasadne z amerykańskiego punktu widzenia, to ich konsekwencje dla świata mogą okazać się wręcz dramatyczne. Posunięcia te, wraz z innymi deklaracjami Donalda Trumpa, zaczynają mieć bowiem bezpośredni wpływ na światowy ład i bezpieczeństwo zapewniane przecież dzisiaj głównie przez istnienie NATO z jednej strony, a międzynarodową otwartość gospodarczą z drugiej.

Różnic w poglądach na zasadnicze sprawy miedzy najsilniejszymi państwami Unii a USA jest coraz więcej. Wynikają one m.in. z wypowiedzenia przez Amerykanów popieranej przez Unię umowy nuklearnej z Iranem, europejskich wątpliwości co do skuteczności amerykańskich negocjacji z reżimem północnokoreańskim, krytyki ze strony USA poziomu wydatków ponoszonych przez niektóre państwa na rzecz NATO (np. Niemcy przeznaczają trzykrotnie mniejszy odsetek swego PKB od Amerykanów), niejasnego stosunku wielu państw Unii do konsekwentnie mocarstwowej polityki Rosji i stanowiska prezydenta Trumpa w tej sprawie, obaw co do miejsca w polityce bezpieczeństwa Wielkiej Brytanii po jej wyjściu z Unii (szczególnie po ewentualnym dojściu tam do władzy Partii Pracy), czy wreszcie różnego znaczenia przypisywanego rosnącej potędze Chin i pozostałych państw południowo-wschodniej Azji.

Na wszystkie zarysowane wyżej dylematy brakuje dzisiaj czytelnych odpowiedzi. Trzeba ich usilnie szukać, bo każda większa rysa na strukturze UE bądź NATO to zalążek katastrofy. Z unijnego punktu widzenia kluczowe wydaje się być uspokojenie dyskusji o przyszłości Unii, skuteczniejsze odwoływanie się do ciągle silnie prounijnych poglądów obywateli państw członkowskich i racjonalne rozłożenie w czasie kontrowersyjnych wewnątrzunijnych decyzji.

W sprawie problemów transatlantyckich warunkami minimalnymi wydają się być uzgodnienie wśród państw członkowskich Unii stanowiska w najważniejszych sprawach polityki globalnej, dążenie do wypełnienia natowskich zobowiązań finansowych przez państwa członkowskie Sojuszu i może przede wszystkim – prowadzenie działań po obu stronach Atlantyku w przekonaniu, iż stosunki europejsko-amerykańskie będą jeszcze przez wiele lat kluczem do pokojowego współistnienia i stabilnego rozwoju świata. Czy to naprawdę zbyt wielkie oczekiwania w stosunku do dzisiejszych polityków?

Autor jest profesorem w Polskiej Akademii Nauk, jej byłym prezesem. Był ministrem nauki

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL