Publicystyka

Konstytucja dobra, ale słaba

Referendum konstytucyjne w 1997 r. nie cieszyło się zbyt wysoką frekwencją – wzięło w nim udział tylko 42,9 proc. uprawnionych. Za przyjęciem nowej ustawy zasadniczej było 53,5 proc. głosujących.
Fotorzepa, Wojciech Druszcz
Polska ustawa zasadnicza jest dokumentem z „technicznego" punktu widzenia całkiem udanym, który mimo to okazał się nad wyraz słabym fundamentem naszego systemu instytucjonalnego – piszą prawnicy.

Polska potrzebuje prawdziwie innowacyjnego myślenia o przyszłym ustroju. Ta potrzeba staje się oczywista, gdy uświadomimy sobie niewygodny dla obydwu stron obecnego plemienno-politycznego sporu paradoks: „technicznie" udana konstytucja z 1997 roku jest nad wyraz słabym fundamentem naszego systemu instytucjonalnego.

Konstytucja nie obroniła się jako instytucja w sensie socjologicznym, czyli jako akceptowane przez wszystkie strony reguły gry. PiS, uzyskując w 2015 r. poparcie nieco ponad 37 proc. obywateli, efektywnie te reguły rozmontował, nie napotykając na masowy opór społeczny. PiS nie tylko utrzymuje poparcie w sondażach, ale spadki tego poparcia wiążą się z potknięciami w polityce kadrowej (nagrody dla ministrów) lub zagranicznej (kampania przeciw reelekcji Donalda Tuska), a nie z działaniami w obszarze konstytucyjnym. Walkę o konstytucyjne status quo wydają się odpuszczać nawet niektórzy przedstawicie ścisłych elit III RP – dość wskazać rezygnację sędziego Andrzeja Wróbla, która przyspieszyła przejęcie przez PiS większości w Trybunale, zwołanie pierwszego posiedzenia KRS przez prezes Gersdorf, niektóre ostatnie wyroki NSA czy dobrowolne przechodzenie w stan spoczynku sędziów Sądu Najwyższego. Słabość lokalnego zakorzenienia instytucji konstytucyjnych przyznają de facto nawet obrońcy tych instytucji, gdy głównego sojusznika w ich obronie upatrują w Komisji Europejskiej.

Czytaj także

Ta słabość naszych instytucji konstytucyjnych nie wynika jednak z jakiegoś oczywistego deficytu ustawy zasadniczej. Najlepszym dowodem na to są kłopoty jej oponentów w sformułowaniu konkretnych zarzutów pod jej adresem. Starsi czytelnicy pamiętają fantastyczne prognozy z kampanii przed referendum w 1997 r., w których ostrzegano, że nowa konstytucja odbierze rodzicom prawo wychowywania swoich dzieci lub doprowadzi do utraty suwerenności. Przygotowywane w połowie pierwszej dekady XXI w. projekty konstytucyjne PiS zniknęły z dyskusji publicznej. Konstytucyjna rewolucja z ostatnich dwóch lat też nie przynosi jakościowej zmiany na lepsze. Ogłoszone ostatnio przez prezydenta Dudę pytania referendalne w wąskim zakresie odnoszą się do zmian instytucjonalnych.

W teorii innowacji zwraca się uwagę, że sytuacja, w której solidny produkt pozostawia wśród dużej grupy odbiorców uczucie niedosytu jest idealnym punktem wyjścia do tak zwanej przełomowej lub zakłócającej innowacji (ang. disruptive innovation). Taką innowacją była Wikipedia, która wywróciła do górny nogami ustabilizowany rynek mających wysoki poziom encyklopedii, czy smartfon, który zrewolucjonizował rynek muzyki, map, termometrów okiennych i wiele innych. Takiej przełomowej innowacji potrzebuje w obszarze konstytucyjnym Polska.

Między innowacją a imitacją

Jeśli zgodzimy się z potrzebą wygenerowania w Polsce przełomowej innowacji ustrojowej, to nasza historia daje nam wiele przykładów takiej innowacji. System polityczny demokracji szlacheckiej I Rzeczypospolitej był unikatowy w skali europejskiej, Konstytucja 3 maja była pierwszą w Europie i drugą na świecie ustawą zasadniczą, unia lubelska była prototypem dobrowolnej organizacji ponadnarodowej, unia brzeska stanowiła innowacyjne rozwiązanie konfliktu religijnego.

Niestety, XIX wiek – czas formowania się współczesnego modelu organizacji państwa – zastał Polskę na peryferiach trendów modernizacyjnych i pod zarządem obcych mocarstw. W konsekwencji przez kolejne dekady dominację zyskała kultura imitacji. Innowacje z tego okresu były w swej naturze raczej antypaństwowe, co najlepiej ilustruje słynny wóz Drzymały. A z kolei w XX w. Polska padła ofiarą dwóch totalitaryzmów.

Dopiero w końcu lat 80. minionego stulecia staliśmy się znów prekursorem zmian ustrojowych. Okrągły Stół był pionierskim przedsięwzięciem bezkrwawego demontażu opresyjnego reżimu, a plan Balcerowicza niemającym precedensu projektem błyskawicznej transformacji gospodarczej. Polacy spierają się o moralną ocenę tych wydarzeń, kreśląc przy tym alternatywne scenariusze. Obiektywnie jednak Polska, startując z pozycji dużego, biednego – per capita uboższego niż Ukraina – i geopolitycznie trudnego kraju, stała się liderem regionu.

Bardzo szybko jednak lokalne konflikty i ambicje połączone z imitacyjnym modelem procesu akcesji do Unii Europejskiej ostudziły naszą rodzimą wyobraźnię instytucjonalną. Konstytucja z 1997 r. wpisuje się tutaj w szerszy trend. Podstawowe jej rozwiązania: powszechnie wybierany prezydent, silny, „kanclerski" premier, rozbudowana doktryna dość formalnie rozumianego państwa prawa i daleko idąca centralizacja władzy to kombinacja modelu francuskiego i niemieckiego. Kombinacja, jak już wspomnieliśmy, solidna i dobrze wdrożona. Podobny, imitacyjny model prawodawstwa – szczypta Francji, domieszka Niemiec, posypana do smaku Ameryką – dominuje w niemal każdym obszarze naszej polityki publicznej.

Przeoczone wyzwanie

Imitacja ma wiele zalet, ale w pewnym momencie prowadzi do stagnacji. Brittanice trudno było przewidzieć rewolucję wprowadzoną przez Wikipedię, bo za swój punkt odniesienia uznawała Colliera i Larousse'a. Podobnie wsobna była konkurencja dostawców usług, które ostatecznie zastąpił smartfon. W zamkniętym imitacyjnym modelu najtrudniej dostrzec zmieniające się potrzeby czy uwarunkowania.

W przypadku polskiej konstytucji „przeoczonym" wyzwaniem ustrojowym była rosnąca polaryzacja polityczna i społeczna. Od połowy lat 90., z wyborów na wybory coraz wyraźniej zaznaczał się podział na Polskę progresywną, skoncentrowaną w województwach północno-zachodnich, receptywną w stosunku do umiarkowanej wersji idei dominujących w Europie Zachodniej i Polskę konserwatywną, skupioną na południowym wschodzie, dążącą do zachowania kulturowej odrębności. Podział ten widoczny był w silnej, skoncentrowanej wokół Kościoła i Solidarności opozycji wobec ustawy zasadniczej z 1997 r. Ówczesne elity mogły tę opozycję zignorować, ze względu na specyfikę wyborów parlamentarnych z 1993 r. Nowe progi wyborcze spowodowały wtedy „zmarnowanie się" ponad 34 proc. głosów oddanych na prawicę. W rezultacie, partie lewicowo-liberalne reprezentujące 53 proc. wyborców uchwaliły ustawę zasadniczą większością 90 proc. głosów w Zgromadzeniu Narodowym. Realne poparcie dla tego projektu zweryfikowało jednak referendum, w którym konstytucję poparło niemal dokładnie tylu głosujących, ilu cztery lata wcześniej partie wchodzące w skład konstytucyjnej koalicji – 53 proc. Innymi słowy, od samego początku Polsce progresywnej nie udało się przekonać do konstytucji Polski konserwatywnej.

Koniec „końca historii"

Ta „genetyczna" słabość konstytucji z 1997 r. nie miałaby większego znaczenia, gdyby ziściło się marzenie elit o „końcu historii" rozumianym jako wypalenie się ideologicznych alternatyw wobec liberalnej demokracji. Nadzieje na „darwinowskie" rozprawienie się z Polską konserwatywną widać wśród liberałów jeszcze w 2011 r., przy okazji znamiennej akcji „zabierz babci dowód". Dziś jednak widać, że to nie spolaryzowana kulturowo i moralnie Polska stała się bardziej europejska; to Europa, a nawet szerzej świat zachodni, staje się bardziej „polski", czyli podobnie jak my – spolaryzowany. Mimo że konkretne linie podziału różnią się w każdym państwie, to fundamentalny spór o stosunek do postindustrialnej, globalnej gospodarki i postmodernistycznego, wielokulturowego społeczeństwa wykazuje wiele cech wspólnych. Perspektywa demokracji deliberatywnej oddala się. Akty pojednania Polaków nie wyszły poza warstwę emocji. „Zgniłe kompromisy" w sferze wartości, tak jak kompromis aborcyjny, są podważane z obydwu stron.

Polaryzacja nie jest anomalią – jest naturalną konsekwencją rzeczywistych podziałów w sferze wartości. Te podziały są trwałe i będą się nasilać. Polaryzacja polityczna przekłada się na polaryzację mediów, co skutkuje radykalnym osłabieniem IV władzy. Efekt ten wzmacniają bańki kreowane przez media społecznościowe.

W warunkach stworzonych przez konstytucję z 1997 r. opisany wyżej spór toczy się w logice „zwycięzca bierze wszystko", w której kilka punktów procentowych poparcia w wyborach parlamentarnych decyduje o pełni dostępu do zasobów materialnych, kształtowaniu polityk publicznych, promowaniu określonych wartości, a nawet decydowaniu o prawdziwości określonych faktów (przyczyny katastrofy smoleńskiej, biografia Lecha Wałęsy, postawa Polaków w czasie Holokaustu). To z kolei wywołuje „syndrom życia pod okupacją": „przegrana" połowa społeczeństwa nie tylko nie akceptuje decyzji władz, ale uważa te władze za pozbawione moralnej legitymacji do rządzenia. W rezultacie spór eskaluje i ogarnia wszystkie obszary życia publicznego, z dewastującym skutkiem dla bezpieczeństwa i stabilności państwa.

Postrzeganie lidera partyjnego jako wyznaczającego agendę światopoglądową sprzyja powstawaniu partii wodzowskich. To z kolei skutkuje wadliwością awansu i wyłaniania elit politycznych w obrębie partii. Osobnym, ale związanym problemem jest brak drożności ścieżki kariery z poziomu samorządowego do ogólnopolskiego czy z poziomu innowatorów społecznych do polityki.

W stronę innowacji

W świecie idealnym Aleksander Kwaśniewski i Marian Krzaklewski to wyprzedzający swój czas instytucjonalni wizjonerzy, którzy w 1997 r. przewidują megatrend politycznej polaryzacji i tworzą przełomowe i innowacyjne rozwiązanie konstytucyjne pozwalające nam zakończyć wojnę polsko-polską, zanim na dobre się rozpoczęła. Dwie dekady później, wciąż jeszcze możemy jednak rozmową o nowym ustroju Polski „uciec do przodu" z obecnego klinczu politycznego i odważnie nawiązać do niezwykle bogatej historii polskich innowacji ustrojowych.

Projektując konstytucyjne antidotum na zidentyfikowane problemy, trzeba wyjść od uznania, że polaryzacji społecznej nie da się całkowicie wyeliminować – zamiast tego trzeba nią skutecznie zarządzić. Konstytucja powinna być zatem nade wszystkim innowacyjnym narzędziem zarządzania różnorodnością. Punktem wyjścia powinno być tutaj poważne, a nie tylko deklaratywne czy metaforyczne, oparcie się na ideach kontraktariańskich. O nowej konstytucji musimy móc powiedzieć: „Umówmy się: to nasza konstytucja". „Nasza", czyli Polaków takich, jakimi w swojej różnorodności jesteśmy, a nie takich, jakimi chciałyby nas widzieć liberalne czy konserwatywne elity. „Umówmy się", czyli zaprojektujmy ją tak, by była ona rzeczywistym narodowym spoiwem, fundamentem wspólnego państwa i uczciwymi dla wszystkich regułami gry, nie narzędziem dominacji jednych uczestników naszych politycznych sporów nad innymi.

Maciej Kisilowski jest profesorem prawa i zarządzania publicznego w Central European University w Budapeszcie

Arkadiusz Radwan jest profesorem na Uniwersytecie Witolda Wielkiego w Kownie i prezesem Instytutu Allerhanda

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL