Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Publicystyka

Szkolnictwo wyższe: Reforma małych kroków

Uniwersytet Jana Kochanowskiego w Kielcach
Przebudowa polskiego szkolnictwa wyższego wymaga stopniowych, ale realnych zmian. Likwidowanie istniejšcych instytucji jest drogš donikšd – przekonuje historyk Tomasz Schramm.

Profesor Łukasz Szumowski w artykule „Duży doktorat dla nauki" proponuje skrócenie drogi do samodzielnoœci naukowej w Polsce poprzez zastšpienie habilitacji tak zwanym dużym doktoratem. Skoro zmiana – i to poważna – ma być wprowadzona nie dla samej zmiany, lecz dla poprawienia sytuacji, trzeba zastanowić się nad tym, czy rzeczywiœcie przyniesie ona poprawę w takiej postaci, jak została zarysowana przez podsekretarza stanu w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Mam co do tego poważne wštpliwoœci.

Zasadnicza różnica polegałaby na tym, że droga do samodzielnoœci naukowej pomijałaby doktorat. Powstaje wtedy pytanie: czemu służyć miałyby dotychczasowe doktoraty, które wszak miałyby istnieć nadal? Zbytnie umasowienie studiów doktoranckich i ich zatrważajšco niska efektywnoœć unaoczniajš bezsensownoœć tego „trzeciego stopnia studiów" wprowadzonego w miejsce pierwszego szczebla kariery naukowej. Dodajmy przy okazji, że zmiana w nazewnictwie przyniosłaby bałagan taki, jaki – istniejšcy do tej pory – wprowadziła ustawa z 1990 r. co do terminu „profesor". Jak w codziennej praktyce mielibyœmy rozróżniać doktorat i „duży doktorat"? Zakładajšc, że „duży doktorat", jak pisze profesor Szumowski, da uprawnienia równe habilitacji, można go równie dobrze nadal nazywać habilitacjš.

Ci, którzy wstępowaliby na drogę kariery naukowej (do której nie prowadziłby doktorat, czyli dyplom wieńczšcy studia doktoranckie), mieliby krótszš drogę do samodzielnoœci. Czy tym samym oznaczałoby to polepszenie jakoœci naszej kadry naukowej? Trudno w to uwierzyć. Szermowanie argumentami statystycznymi prowadzi jedynie do zaciemniania obrazu – w tej chwili mam na myœli owego „46-letniego doktora habilitowanego", do którego odwołuje się profesor Szumowski. Ci naprawdę dobrzy, o których się on upomina, osišgajš habilitację wczeœniej. Wybitni naukowcy robili (robiš?) doktoraty w trzy lata i habilitację w następne pięć czy szeœć. Jeœli ktoœ na takiej drodze kariery potyka się o doktorat, to znaczy, że potyka się o własne nogi.

Natomiast skrócenie drogi do habilitacji będzie służyło – jak zwykle – nie najlepszym, lecz szaremu ogółowi pracowników naukowych. Chyba że samodzielnoœć naukowa będzie (i tak być powinno) dostępna dla nielicznych. Profesor Jerzy Marian Brzeziński stwierdził niedawno: „Czymœ zupełnie naturalnym jest to, że znaczšca częœć pracowników uczelni i instytutów badawczych nie spełnia surowego kryterium awansu naukowego. I nie byłoby dobrze, gdyby wszyscy oni, albo znaczšca ich częœć, przesunęli się do kategorii doktorów habilitowanych". W konsekwencji prognozowanego przez prof. Brzezińskiego, a w rzeczywistoœci majšcego już miejsce zjawiska, uprawnienia do udzielania takiej samodzielnoœci odpowiadajšcej wysokim standardom miałyby być radykalnie ograniczone. Jak się wydaje, w intencji ministerstwa: do uczelni badawczych – i w tym zdaje się leżeć sedno propozycji ministerialnej. Tyle tylko, że efekt ten można osišgnšć przez zastosowanie istniejšcej już drogi: przez weryfikację dotychczasowych uprawnień habilitacyjnych i odebranie ich słabszym oœrodkom.

I tu dochodzimy do kwestii naprawdę ważnej: kto ma orzekać zarówno w sprawie samodzielnoœci naukowej, jak i – zwłaszcza – w kwestii uprawnień do owego orzekania? OdpowiedŸ na pierwsze pytanie wskazuje na rady naukowe danych jednostek (wydziałów, instytutów). Obecnie przepustkš do tych gremiów jest habilitacja. Tymczasem po planowanej reformie w radach tych będš zasiadać obok siebie profesorowie, doktorzy habilitowani i „duzi doktorzy" – różnica między tš drugš i trzeciš kategoriš będzie leżała tylko w nazwie, zwiększajšc jedynie bałagan terminologiczny.

OdpowiedŸ na drugie pytanie wskazuje na Centralnš Komisję do spraw Stopni i Tytułów. Instytucja ta jest od dawna krytykowana z różnych stron – czasem głoœno, czasem ukradkiem. Głoœno krytykujš jš najczęœciej ci, którzy czujš się pokrzywdzeni przez niepowodzenie na drodze awansu naukowego. Padajš wtedy słowa o wštpliwej uznaniowoœci decyzji Komisji, sšdach kapturowych, klikach itp. Słowa, w pewnych wypadkach, uzasadnione. Jednak zasadniczy mechanizm działania Centralnej Komisji polega na weryfikacji w obrębie œrodowiska naukowego przez samo to œrodowisko. Gdyby ten mechanizm wyeliminować, zamiast po prostu zlikwidować patologie pojawiajšce się w jego obrębie – czym wtedy należałoby go zastšpić?

Krytycy Centralnej Komisji czasem zarzucajš jej, że jest to „twór stalinowski". Jest to argument œwiadczšcy o ignorancji bšdŸ złej woli. Stalinowski rodowód miała Centralna Komisja Kwalifikacyjna wprowadzona przez ustawę z 1951 r. – organ rzšdowy decydujšcy o docenturach (wówczas bez procedury habilitacyjnej) i profesurach. W 1990 r., kiedy budowaliœmy – także w kształcie prawnym – społeczeństwo obywatelskie, uchwalona została ustawa o tytule naukowym i stopniach naukowych. Przekształciła CKK w Centralnš Komisję do spraw Tytułu Naukowego i Stopni Naukowych, reprezentację œrodowiska naukowego, wyłanianš oddolnie, przez samo to œrodowisko. Jeœli odpowiedziš na pytanie: „co zamiast Centralnej Komisji?" byłaby odpowiedŸ: „ministerstwo" – byłby to właœnie powrót do sytuacji z okresu Polski Ludowej.

Wróćmy do habilitacji. Profesor Szumowski pisze, że „naukowiec, osišgajšc samodzielnoœć (habilitację), jest już po okresie swojej największej aktywnoœci twórczej, często wypalony zawodowo". Ten doœć apodyktycznie sformułowany i uogólniajšcy argument ma, oprócz wskazanej wyżej wady zwišzanej z wštpliwym operowaniem statystykš, jeszcze drugš: obejmuje wszystkie dziedziny nauki. Nie zamierzam kwestionować prawdziwoœci przytoczonych przed chwilš słów w odniesieniu do nauk œcisłych czy też medycznych – nie znam się na tym i gotów jestem przyjšć owe twierdzenia w dobrej wierze, uznajšc, zwłaszcza w ostatniej dziedzinie, kompetencje ich autora. Na pewno jednak nie sš one prawdziwe w odniesieniu do nauk humanistycznych, społecznych, a także – jak sšdzę – prawnych czy teologicznych.

Obserwacje praktyki oraz wymiany poglšdów z przedstawicielami różnych dyscyplin naukowych, bardzo żywe w zwišzku z nowš procedurš habilitacyjnš wprowadzonš przez nowelizację ustawy z 2011 r., dajš mi podstawy do sformułowania dwóch postulatów. Po pierwsze, przy utrzymaniu habilitacji powinien zostać przywrócony kontakt z habilitantem/habilitantkš, możliwoœć poddania bezpoœredniemu sprawdzianowi elementów jego/jej wiedzy i pewnych umiejętnoœci – co dawały poprzednio kolokwium i wykład habilitacyjny. Nawiasem mówišc, warto zauważyć, że gdy w latach 2011–2013 istniała możliwoœć wyboru procedury, większoœć zainteresowanych – przynajmniej w obrębie nauk wspomnianych nieco wyżej – wybierała procedurę dawnš. Po drugie, nowa ustawa powinna zakładać zróżnicowanie procedur habilitacyjnych w zależnoœci od dziedziny nauki. Niechby przedstawiciele danych dziedzin sami okreœlili, jaka forma stwierdzania samodzielnoœci naukowej jest najwłaœciwsza w ich wypadku. Niech fizycy i medycy nie wyrokujš o takiej formie w wypadku nauk historycznych czy psychologicznych (i oczywiœcie vice versa). Zaœ wskazanie owych dziedzin powinno znaleŸć się w rozporzšdzeniu ministra, oczywiœcie skonsultowanym ze œrodowiskiem (np. z komitetami naukowymi PAN).

Jak widać, przedstawione wyżej propozycje idš w kierunku doœć różnym od wskazanego w artykule prof. Szumowskiego. Zakładajš one poprawienie istniejšcego systemu, nie zaœ wywracanie go i zastępowanie innym. Bowiem wizja tego ostatniego budzi pytania natury praktycznej, a odpowiedzi na te pytania rodzš niebagatelne wštpliwoœci. Nasuwajš też myœli o starym powiedzeniu, które mówi o wpływie mieszania herbaty na jej słodkoœć.

Autor jest profesorem historii, przewodniczšcym Komitetu Nauk Historycznych PAN, wykładowcš Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu

ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL