Kuźniar: Gdzie jest prezydent

aktualizacja: 20.03.2017, 14:40
Foto: Fotorzepa, Marian Zubrzycki

Kompromitujący blamaż naszego rządu w Brukseli jeszcze raz ujawnił załamanie się ustrojowej pozycji głowy państwa w Polsce – pisze politolog i dyplomata prof. Roman Kuźniar.

REDAKCJA POLECA
20.03.2017
Andrzej Duda: Dziś trwa proces wyrównywania szans
21.12.2016
Szułdrzyński: Polityka miłości a la PiS
23.11.2016
Krawczyk: Rewolucja prezydenta
08.11.2016
Szułdrzyński: Sędziowie wybrani przez PiS donoszą na Dudę?
Kariera.pl
Menedżer nie musi być wiecznie lojalny wobec dawnej firmy
kancelarierp.pl
Stwórz swoją umowę - szybko i profesjonalnie!

W naszym systemie ustrojowym najwięcej władzy ma rząd. Polska to nie Francja ani USA. Jednak Konstytucja z 1997 roku daje prezydentowi uprawnienia nieporównanie większe niż te, które przysługują na przykład prezydentom Niemiec, Finlandii czy Węgier. A w niektórych sprawach mówi się wręcz o dualizmie władzy wykonawczej. Dotyczy to zwłaszcza polityki zagranicznej oraz bezpieczeństwa i obronnej. Do tego dochodzą wcale niebłahe kompetencje własne głowy państwa. Prezydent może i powinien być strażnikiem powagi i majestatu Rzeczypospolitej. Nie mówiąc już o rzeczy najważniejszej: prezydent czuwa nad przestrzeganiem Konstytucji (art. 126). Tu może być stuprocentowo skuteczny, ale to właśnie zostało porzucone na samym początku kadencji. Ustrojowa pozycja prezydenta załamała się tak bezgłośnie, że większość Polaków zapewne jej nie dostrzega ani nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji tej zmiany.

Praktyka po 1989 roku, jeszcze przed 1997, pokazała, że prezydenci potrafią być aktywnymi, znaczącymi i kreatywnymi aktorami życia publicznego. Potrafili być – co także ważne – arbitrami w trudnych sprawach. Pamiętamy jak Aleksander Kwaśniewski zręcznie wymienił na stanowisku premiera Leszka Millera, który dał sobie wmówić „Niceę albo śmierć”, na Marka Belkę. Spór Lecha Kaczyńskiego z rządem Donalda Tuska o kompetencje w sferze polityki zagranicznej musiał być rozstrzygnięty przez trybunał konstytucyjny, a prezydent Kaczyński orzeczenie Trybunału respektował, bo szanował Konstytucję. Z kolei Bronisław Komorowski nie bał się „zderzać” z rządem Tuska w sprawie przystąpienia do strefy euro.  

Tymczasem prezydent Duda dał się zepchnąć do roli zupełnie nieistotnej. Nie chcę przez grzeczność przywoływać teatralnych porównań kierowanych pod jego adresem, ale i one zdają się dzisiaj przewartościowywać jego rzeczywistą rolę. Gdyby po sezonie zimowym nie wrócił z nart, nikt by nie zauważył jego nieobecności. Bo kiedy już nawet jest w stolicy, to w Pałacu Prezydenckim widzimy jedynie jakieś „koci koci łapci” z fanami w starannie zaaranżowanym otoczeniu. Choć przyznać trzeba, że czasem w ich towarzystwie głos podniesie i wezwie ich, aby przybyli do stolicy i przegonili oponentów „dojnej zmiany”. To jednak jest gruntownie sprzeczne z art. 1 Konstytucji, który mówi, że „Rzeczpospolita jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli”, a nie jedynie partii rządzącej.

Strategia strusia

Tu więc znowu ujawnia się problem prezydenta z konstytucją. To pierwszy obszar boleśnie ujawniający atrofię ustrojowej funkcji prezydenta. Zdumiewające jest, że Andrzej Duda nie zdaje sobie sprawy z tego, że entuzjastycznie uczestniczy w procesie odwrotu Polski od demokracji i przekształcaniu kraju w podręcznikowe państwo autorytarne. Dokonany przez PiS demontaż ustrojowej zasady trójpodziału władz, który wprowadzała przecież już Konstytucja 3 Maja, stał się początkiem tego procesu. Chodzi o wygaszenie de facto Trybunału Konstytucyjnego. Jest niepojęte, że prezydent uznał za właściwe mianować prezeską Trybunału osobę nieposiadającą najmniejszych kwalifikacji do tej funkcji, a do tego spędzającą większość czasu przy mężu w Berlinie. To świadectwo głębokiego niezrozumienia ustrojowej roli sądu konstytucyjnego w zachodniej cywilizacji politycznej. Dalszym ciągiem tego procesu jest właśnie realizowany zamach na niezawisłość sądownictwa. Chodzi o uniemożliwienie funkcjonowania definicyjnej cechy demokracji, czyli wolnej konkurencji politycznej; o zapewnienie rządzącej formacji gwarancji bezkarnego sprawowania władzy przez dowolną liczbę kadencji.  

Uczestnicząc w tym procesie, prezydent Duda powinien pamiętać, że cechą państwa  autorytarnego jest także nieobecność głowy państwa, zarówno rzeczywista (co już się dzieje) i formalna. W takim systemie wódz przejmuje funkcje rządu, parlamentu i głowy państwa. Widzimy to na wielu historycznych przykładach, począwszy – to nie porównanie tylko przykład – od „wygaszenia” przez Hitlera stanowiska prezydenta Niemiec po odejściu von Hindenburga, a następnie przejęcia jego roli. Zaawansowane tego początki widzimy także już w Polsce, gdy wódz partii rządzącej na bieżąco i publicznie decyduje za rząd i parlament, a jeśli potrzebna jest parafa prezydenta, to natychmiast się znajduje. I rządzący uważają to za „normalne”.

Konstytucja z 1997 roku obdarza prezydenta istotnymi funkcjami w odniesieniu do bezpieczeństwa i obronności państwa. W obliczu – nazwijmy to delikatnie – ekstrawagancji ministra obrony w tym obszarze, prezydent Duda zachowuje się jak gdyby nie miał świadomości istnienia tych zapisów. Być może ma, ale wódz i jego minister amputowali w praktyce te uprawnienia prezydenta. A ten się na to godzi. Gdybyśmy byli Kostaryką (brak armii) lub Portugalią (położenie geograficzne) groteskowe zachowania i decyzje ministra obrony budziłyby zapewne jedynie wesołość. W Polsce są groźne dla bezpieczeństwa państwa. Dlatego pojawia się pytanie, gdzie jest prezydent.

„Strategię strusia” prezydent Duda stosuje również w polityce zagranicznej. Owszem, podróżuje i przemawia. Talentu krasomówczego nie można mu odmówić, co zapewniło mu zwycięstwo wyborcze. Ale przecież Konstytucja daje mu znacznie większe możliwości, z których korzystali poprzednicy. Katastrofa dyplomatyczna rządu RP zaprogramowana przez wodza partii, nie musiała się zdarzyć, gdyby prezydent potrafił i nie bał się działać zgodnie z Konstytucją. Mógł uchronić nasz kraj przed bezprecedensową kompromitacją w Europie. Na odległość było widać, że statek z napisem „Polska” zmierza niczym „Titanic” ku zderzeniu z górą lodową. Należało przejąć stery i uchronić Polskę od tej katastrofy. Ale do tego, oprócz kompetencji, których również w pałacu brak, potrzebny jest charakter.

Smoleńska mentalność

Ważniejsze od zapewnienia na drugą kadencję miłego mieszkanka przy Krakowskim Przedmieściu i nart w Wiśle (gdzie pałacyk prezydencki) powinny być interesy Polski.

Prezydent nie sprzeciwia się wyprowadzaniu Polski z Europy na bezdroża szarej strefy między Niemcami i Rosją. Czy Andrzej Duda ma świadomość, że w obecnym stanie rzeczy Polska nie zostałaby dopuszczona do negocjacji członkowskich ze względu na niespełnianie kryteriów kopenhaskich z 1993 roku? Wódz partii oraz podległy mu rząd uparcie i systematycznie odwracają nas od UE w kierunku wschodnim (w sensie ustroju i kultury politycznej). I ponownie: gdzie jest prezydent? Zajmuje się on, niestety, budowaniem geopolitycznych zamków z piasków, czyli Trójmorza. Legitymizuje tym geopolityczny powrót Polski na miejsce, z którego szczęśliwie udało nam się uciec w latach 90.

Uparty tupolewizm Kaczyńskiego i jego rządu w polityce zagranicznej może wkrótce doprowadzić do znacznie bardziej dramatycznych zderzeń z rzeczywistością międzynarodową  niż niedawna dyplomatyczno-wizerunkowa klęska w Brukseli. „Smoleńska” mentalność obozu rządzącego ujawniła się w oświadczeniu premier Szydło po powrocie: „To nie porażka, to zwycięstwo. Pokazaliśmy, że jesteśmy pełnoprawnym członkiem Unii”. Trzeba było spektakularnej klęski, by dowieść swej pełnoprawności? To myślenie jest tyleż absurdalne i niedojrzałe, co niebezpieczne. Inne kraje z pożytkiem dla siebie i skuteczniej dowodzą swej podmiotowości. Polska nie musi podnosić się z kolan, bo na nich nie była. Wystarczy rozumnie i we współpracy z innymi budować bezpieczeństwo kraju i dobrobyt Polaków w zjednoczonej Europie.

Ostatnie wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego i Witolda Waszczykowskiego wskazują, że to dopiero początek serii klęsk w wojnie z Europą, którą chcą Polsce zafundować w nadchodzących miesiącach i latach. Zatrzymać to mógłby tylko prezydent. Gdyby miał odwagę czuwać nad przestrzeganiem Konstytucji oraz stać na straży polskiej racji stanu.

POLECAMY

KOMENTARZE