Publicystyka

Artur Ilgner: Andrzej Zybertowicz kontra Monty Python

Fotorzepa, Radek Pasterski
Doradca prezydenta to wesołek i zgrywus. Nie potrafi odejść od kabaretowych wygłupów, nawet przy okazji naprawdę poważnych spraw – twierdzi pisarz i poeta.

Z niedowierzaniem i zdumieniem przecierałem oczy, gdy po raz pierwszy przeczytałem o koncepcji profesora Andrzeja Zybertowicza zbudowania tzw. maszyny bezpieczeństwa narracyjnego. Już sama nazwa wydała mi się idiotyczna, bełkotliwa; jakaś neologiczna zbitka słów, którą pan profesor zrodził z własnej, profesorskiej głowy. O co tu chodzi? O jakiej maszynie mowa, czyim bezpieczeństwie i jakie relacje łączą te dwa słowa z trzecim – „narracją", terminem czysto literackim?

I tak mi się jakoś dziwnie zrobiło w sercu i na duszy, bo niby jak to, doradca prezydenta, zatem ktoś, kto powinien przynajmniej teoretycznie być kimś mądrym i światłym, wyrażającym swoje myśli jasno i zwięźle, a tu taki dziwny, dla mnie zupełnie niezrozumiały twór: maszyna bezpieczeństwa narracyjnego.

Na szczęście dobry Bóg durnowatych, takich jak ja, nie pozostawia na pastwę losu, i tego samego dnia wieczorem w programie redaktora Jana Pospieszalskiego „Warto rozmawiać" pan profesor osobiście wyjaśniał swoim interlokutorom, redaktorowi i widzom, w czym rzecz. Otóż „maszyna" to metafora, to współpracujące trybiki w „konstrukcji myślowej". W tym znaczeniu posłużył się metaforą inżynierską, „narrację" traktując jako ciągłość poczynań, bo słowem zasadniczym jest „bezpieczeństwo" – rzecz w tym, by dokonać fuzji intelektualnych i instytucjonalnych sił narodu, aby przeciwstawić się antypolskiemu hejtowi na Zachodzie i dać odpór nieuzasadnionym, wrogim atakom obcej propagandy wymierzonej w interesy Polski i Polaków.

Nie traktują nas poważnie

I z takim postawieniem sprawy jak najpoważniej się zgadzam: trzeba w końcu zacząć przeciwdziałać misternie i od lat tkanemu wizerunkowi Polaka ksenofoba i warchoła, albowiem dotychczasowa kontrpropaganda porcjami wystrzeliwana z różnych dział i kierunków nie przynosi żadnych efektów. Więcej: polskiej racji stanu, którą syci nas rząd, można zarzucić, że nigdy nie była konsultowana z suwerenem i jest wyrazem przekonań jednej partii i jednego przywódcy.

Kto wie, co by się stało, gdyby doszło do szerokiej konsultacji ze społeczeństwem, i czy przypadkiem nie byłaby to najlepsza droga, która by nas, Polaków, do siebie zbliżyła? Niestety, jak do tej pory nic na to nie wskazuje, by dokonał się taki cud, a fakty dowodzą, że spore grono naszych ministrów robi wszystko, by na Zachodzie nie traktowano nas poważnie.

Bawi, tumani, przestrasza

I w tę narrację, niestety, wpisuje się pan prof. Zybertowicz, który diapazony swojego intelektu neutralizuje kpinkami i żarcikami: „maszyna bezpieczeństwa narracyjnego" – to jakby kolejny odcinek rodem z Monty Pythona i Ministerstwa Głupich Kroków. A to niedobre dla sprawy. To rzeczywisty, wymagający głębokiego zastanowienia i mądrych rozwiązań problem. Bo nie jest to tak, że bezpodstawnie rząd, wyłącznie w obronie własnych interesów i chęci utrzymania się przy władzy, broni się przed nieuzasadnionymi atakami wymuszonymi (lub nie) przez tzw. opozycję, której notabene w Polsce nie ma. Sprawa jest skomplikowana i trudna.

Ja nie czuję się upoważniony do głębokich analiz tego tematu, daleko mi do heglowskiej inteligencji i słynnej triady (teza-antyteza-synteza). Ale jestem Polakiem. Nieobce mi są polskie interesy i nie potrafię zmilczeć, gdy coś mnie tak cholernie wkurza. Teraz, gdy de facto „moja formacja", czyli tzw. prawica, doszła do władzy, przez niniejszy artykuł o pupilu prezydenta po raz kolejny będę miał przechlapane.

Tu wtręt osobisty: przed 25 laty napisałem krytyczny list otwarty do Adama Michnika, na który do dzisiaj nie dostałem odpowiedzi, za to wylądowałem na indeksie „GW" autorów przemilczanych, wcześniej za krytykę prof. Geremka, szkodnika, odsunięto mnie od spraw społecznych, jeszcze wcześniej wyrzucono mnie z telewizji, bo odmówiłem przyjęcia legitymacji przewodniej siły narodu.

Gdy ta sama siła pod nowym szyldem, SLD, przejęła władzę, wykpiwałem ją w swoim kabarecie i ponownie zakneblowano mi usta. Tak mam. Dzięki temu jako twórca kabaretowy, autor paru sztuk teatralnych i poezji – nie istnieję.

Niech jednak Państwo nie myślą, że odgrywam się w ten sposób na każdym, któremu się powiodło. Po prostu profesor drażni mnie meandrycznymi wykładniami swoich koncepcji i niczym pan Twardowski: „bawi, tumani, przestrasza". I to nie tylko w studiu Pospieszalskiego.

Dwie dywizje nauki

Zatem – hyc, wskoczyłem do internetu uzupełnić swoją wiedzę o panu profesorze, postaci powszechnie znanej, medialnej, ze swadą wypowiadającej się na wszystkie możliwe tematy. Jemu i podobnych głów w plazmie wiele, ja do wszelkich tytułów, w tym profesorskich, mam ambiwalentny stosunek; profesorów ogółem jest w Polsce około 24 tysięcy, co odpowiada mniej więcej dwóm dywizjom pancernym. I niestety – poza skromną grupą wybitnych naukowców – niewiele te dwie dywizje wnoszą do kultury, nauki polskiej i światowej.

Znam też kilkunastu profesorów osobiście; jednych o nieprzeciętnej wiedzy, inteligencji i etyce, ale znam też miernoty z profesorskimi tytułami. Znam też jednego profesora, filozofa i historyka, i nawet poważałem go bardzo długo, do czasu, gdy z okazji przyznania ministrowi Macierewiczowi tytułu Patriota Roku 2016 płomienną mową wykazał, że poza historią i filozofią równie nieźle zna się na anatomii człowieka –a ściślej, zakamarkach jelita grubego.

Kabaret nie umiera

Proszę zatem się nie dziwić, że zaintrygowała mnie postać prof. Zybertowicza, który hula po wszystkich mediach. Tak odkryłem prawdziwą naturę protagonisty tego felietonu. To po prostu wesołek i zgrywus. I to od lat. Pokpiwał sobie z marksizmu jeszcze za tzw. komuny, w środku stanu wojennego, pisząc pracę naukową pt. „O obiektywnej funkcji społecznej ruchu robotniczego i ideologii marksistowskiej w XIX wieku", w której wykpiwał ideologię komunistycznego systemu choćby samym tytułem rozdziału: „Ideologia klasowej walki proletariatu jako konieczność historyczna".

I pomyśleć, ileż radości musiał mieć w sobie przyszły profesor, że tak okpił cenzurę, utajniając swoje wywrotowe przekonania, bo – jak czas pokazał – to człowiek prawicy, nagradzany różnymi honorami, ktoś od kołyski zatroskany o rozwój i wizerunek Polski.

Zatem „profesor-jajcarz", homo sociologicus nie potrafi odejść od kabaretowych wygłupów. I za to go cenię i szanuję. To inteligentny luzak. A ja kocham luzaków i kabareciarzy. Tylko pogratulować. I życzyć zdrowia, bo pomysłów i elokwencji nie brak. Lecz skoro pan prezes, pan prezydent, Rada Języka Polskiego nie reagują na surrealistyczną składnię i kompilację bzdetów, to ja, stary kabareciarz, mogę tylko zacierać ręce z radości, że powraca inteligentny dowcip i podtekst. Docenią to ci, którzy znają się na parexcelansach, aproposach i cumbajszpilach.

Zatem czapki z głów przed profesorem! Kabaret nie umiera! Urok, lekkość i dowcip na powrót wypierają ordynarne popisy miernot i niedouków. Szkoda tylko, że przy okazji tak poważnych spraw. Cóż... Albo lepiej – cus...

Autor jest pisarzem, poetą, dziennikarzem oraz autorem kabaretowym, scenarzystą i reżyserem telewizyjnym

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL