Przyjęcie euro jest w interesie Polski

aktualizacja: 12.01.2017, 06:27
Maciej Stańczuk
Maciej Stańczuk
Foto: Fotorzepa, Robert Gardziński

Wspólna europejska waluta nie jest lekarstwem na brak odpowiedzialności polityków, ale stanowi środek premiujący tylko te kraje, które zachowują się w sposób rozsądny i racjonalny – pisze główny ekonomista Pracodawców RP.

REDAKCJA POLECA
04.01.2017
#RZECZoBIZNESIE: Andrzej Sadowski: Euro nie daje dobrobytu
04.01.2017
Leon Podkaminer: Kto zbawi Europę?
03.01.2017
Przegląd prasy: Polska w strefie euro?!
Kariera.pl
Menedżer nie musi być wiecznie lojalny wobec dawnej firmy
kancelarierp.pl
Stwórz swoją umowę - szybko i profesjonalnie!

Prof. Grzegorz Kołodko lubi zaskakiwać. Tym razem odkurzył temat trochę już w Polsce zapomniany, jakim jest wprowadzenie wspólnej waluty europejskiej. A zapomniany nie dlatego, że jest on nieistotny dla polskiego modelu gospodarczego i naszych interesów narodowych, ale ponieważ w ostatnich latach wytworzył się w Polsce swoisty konsensus praktycznie wszystkich ugrupowań politycznych i pewno większości ekonomistów w sprawie niemożności czy wręcz szkodliwości przyjęcia euro dla naszego kraju.

Nieuchronna globalizacja

Uważam taki sposób myślenia za błędny, jeśli nie szkodliwy, stąd głos prof. Kołodki tym bardziej zasługuje w obecnej sytuacji na uwagę. Euro obchodzi właśnie 15. urodziny i obowiązuje w 19 państwach Unii Europejskiej oraz 11 innych krajach. Dotychczas, wbrew oczekiwaniom – znowu większości ekonomistów – żadne z państw członków strefy euro nie zdecydowało się tego elitarnego klubu opuścić. Nawet w Grecji – kraju stanowiącym szczególny przykład zmaterializowania się wszystkich słabości tej waluty po siedmiu latach permanentnego kryzysu – da się zauważyć, że mimo kłopotów dnia codziennego lewicowy rząd wdraża pod kontrolą instytucji unijnych i Międzynarodowego Funduszu Walutowego bolesny program oszczędności budżetowych. A ponad 70 proc. Greków nie dopuszcza myśli o zastąpieniu euro drachmą, raczej podświadomie czując, że opuszczenie Eurolandu pogorszy jeszcze ich sytuację.

Myślę, że podstawowe tezy prof. Kołodki o nieuchronności procesów globalizacyjnych i kontynuacji daleko posuniętej integracji europejskiej są prawdziwe. Ani nie będzie odwrotu od wspólnej waluty w Europie, ani odejścia od procesów globalizacyjnych, gdyż nawet świeżo objawiony przeciwnik globalizacji, czyli prezydent elekt Donald Trump, jakoś we własnych firmach wyprowadzał pracochłonne procesy produkcji za granicę. A Marine Le Pen, lansując pomysł powrotu do franka (ostatnio co prawda w złagodzonej wersji równolegle z dawną europejską jednostką rozliczeniową ECU), nie ma szans wygrać wyborów prezydenckich we Francji.

Problem euro w Europie polega na tym, że Euroland jest specyficznym klubem ekskluzywnych członków, którzy do niego wstąpili na zasadzie dobrowolności, ale który nie gwarantuje powszechnej szczęśliwości przez sam fakt przystąpienia. By tak się stało, trzeba jeszcze odpowiednio się zachowywać, tzn. przestrzegać reguły gry, które zdefiniował unijny traktat z Maastricht w 1992 r.

Myślę, że konieczność przestrzegania tych kryteriów nawet dzisiaj nie budzi większych kontrowersji, ponieważ charakteryzują one zdrową i zrównoważoną gospodarkę. Żadna zmiana paradygmatu w tym zakresie nie nastąpiła! Są to, oprócz niezależnego banku centralnego, stabilności cen, fiskalne, kursowe i stóp procentowych. Nieprzestrzeganie tych kryteriów, warunkujących skuteczność funkcjonowania wspólnej waluty, nawet w imię szczytnych ideałów, rodzi powstawanie nierównowagi, co dla wspólnego obszaru walutowego jest katastrofalne.

Historia gospodarcza świata dostarcza wielu przykładów na to, że wspólna waluta funkcjonuje bardzo dobrze, chociaż zanim tak się stało, wspólne obszary walutowe szukały odpowiedniej drogi przez bardzo wiele lat. Jakiś czas temu pisałem na łamach „Rzeczpospolitej" o przypadku USA, które przed laty były dużo bardziej niespójnym obszarem gospodarczym w porównaniu z dzisiejszą UE, ale po przyjęciu zasady, że każdy stan ponosi wyłączną i samodzielną odpowiedzialność za swoje długi, ten olbrzymi obszar, mimo wspólnej waluty czy raczej dzięki niej, z latami stawał się coraz bardziej koherentny. Programy ratunkowe w Europie, polityka Europejskiego Banku Centralnego, tolerowanie horrendalnie wysokich sald rozliczeniowych między bankami centralnymi strefy euro w ramach systemu Target, co należy traktować nie inaczej niż jako formę ukrytego i formalnie traktatowo niedozwolonego finansowania deficytowych państw, brak realnych kar za niedotrzymywanie kontraktowych zobowiązań przewidzianych w traktacie z Maastricht, nie dyscyplinują, ale pogłębiają kryzys UE i kwestionują sens utrzymywania samej wspólnej waluty.

Myślenie życzeniowe

Tragiczne skutki nierespektowania żadnych ograniczeń budżetowych można było zauważyć już przy upadku Związku Sowieckiego. Wszystko to, co wymyślił sobie reżim sowiecki, było wprowadzane w życie, co boleśnie odczuwaliśmy również w Polsce przed 1989 r. Sowieci święcie wierzyli w ideę prymatu woli politycznej nad rynkiem (czyli zdrowym rozsądkiem), podobnie zresztą jak narodowi socjaliści. Czynniki produkcji były alokowane tam, gdzie życzyła sobie władza, a nie tam, gdzie było to opłacalne i sensowne. W systemie nakazowo-rozdzielczym było to oczywiście możliwe, ale nawet komuniści nie byli czarodziejami i ulegli prawom ekonomii, a konkretnie ograniczeniom budżetowym, którym każdy system gospodarczy podlega. Prymat woli politycznej doprowadził w efekcie do upadku imperium sowieckiego.

Głównym problemem UE dzisiaj jest utrata konkurencyjności przez kraje południa Europy i myślę, że w tej kwestii ekonomiści powinni być zgodni. Konkurencyjność tych państw została zrujnowana, a przy tym bogata i konkurencyjna Północ dała się wkręcić w spiralę programów ratunkowych, które jeszcze bardziej zwiększyły problem nadmiernego zadłużenia. Sytuacja obecna powoduje, że nasilają się również resentymenty między obywatelami różnych nacji europejskich i nie chodzi tu już tylko o Grecję, a ugrupowania populistyczne w wielu krajach zwiększają swoją siłę, mając realną szansę na przejęcie władzy.

Problemy w Europie wynikają też z fundamentalnego konfliktu między myśleniem życzeniowym a twardą rzeczywistością, co można także określić jako prymat polityki nad prawami ekonomicznymi (niektórzy nazywają to odrzuceniem determinizmu ekonomicznego). Wiele lat może trwać sytuacja, w której politycy przeforsowują swoją wolę polityczną w taki sposób, jakby nie było żadnych ograniczeń budżetowych, nie działały żadne prawa ekonomiczne ani reguły matematyki („twarde obietnice wyborcze" w naszym kontekście brzmią znajomo). Jednak kiedyś dochodzi do zderzenia ze ścianą rzeczywistości, im później, tym to zderzenie jest bardziej bolesne.

Podczas gdy odbiorcy licznych programów pomocowych bronią swojego niezasłużenie wysokiego standardu życia, który osiągnęli głównie dzięki wprowadzeniu wspólnej waluty, a nie budowie bogactwa narodowego opartego na konkurencyjności swoich gospodarek oraz zwiększonej wydajności i produkcyjności pracy (transfery nie pomagają odzyskać konkurencyjności), rośnie sprzeciw ze strony fundatorów netto tych programów, a konflikt narasta tym bardziej, im bardziej ewidentne staje się to, że kredyty nie będą spłacane. Z punktu widzenia keynesowskiej teorii koniunktury kraje południa Europy przeżywają jedynie recesję, która może być przezwyciężona dzięki dodatkowym wydatkom finansowanym długiem.

Lewicowi ekonomiści argumentują, że im wyższy jest poziom bezrobocia, tym większy mnożnik nowych długów obciążający wzrost gospodarczy. Całkowicie pomijają oni fakt, że udzielenie nowych długów dzisiaj możliwe jest tylko dzięki podatnikom innych, zdrowych krajów lub ich gwarancjom. Diagnoza lewicowych ekonomistów byłaby słuszna tylko wtedy, gdyby kraje Południa miały strukturalnie zdrowe gospodarki i cierpiały tylko na niedostateczny popyt.

Tak jednak nie jest, gdyż państwa te cierpią na systemowy brak konkurencyjności. Wskutek stosowania narzędzi stymulujących popyt sytuacja ta jeszcze się pogłębia. Wprowadzenie euro uczyniło te kraje zbyt drogimi dzięki wykreowaniu inflacyjnej bańki kredytowej, ponieważ płace oraz ceny towarów i usług rosły dużo szybciej niż na północy Europy. Przystąpienie do UE kilku gospodarek Europy Środkowej i Wschodniej, które konkurowały niskimi płacami na wspólnym rynku, tylko przyśpieszyło pęknięcie narosłej bańki – jeszcze dzisiaj wynagrodzenia w Grecji czy Hiszpanii są ponaddwukrotnie wyższe niż w Polsce!

Problem nadmiernego zadłużenia w krajach strefy euro był długi czas ukrywany. Nadmierny dług krajów południa Europy doprowadził ich gospodarki do przegrzania, ale z kolei to przegrzanie umożliwiło utrzymywanie długu w stosunku do PKB na relatywnie bezpiecznym poziomie, co prowadziło do iluzji kontrolowalnego wzrostu skali ogólnego zadłużenia. W rzeczywistości kraje te utraciły swoją konkurencyjność, co doprowadziło je do stagnacji (obniżyło mianownik wskaźnika długu do PKB) i uczyniło wiele niewypłacalnymi.

Czy warto zatem wchodzić do klubu o tak fundamentalnych kłopotach? Prof. Leon Podkaminer na łamach „Rzeczpospolitej" stwierdza, że „kraje uginające się pod ciężarem długu publicznego, jak Słowenia, Portugalia, Grecja itd. znalazły się w swym godnym pożałowania położeniu właśnie z powodu przystąpienia do strefy euro". Nic bardziej mylnego, to nie euro spowodowało taką sytuację, tylko nieodpowiedzialna polityka fiskalna rządów tych krajów. Euro nie jest żadnym lekarstwem na brak odpowiedzialności, ale premiuje tylko kraje zachowujące się w sposób rozsądny i racjonalny, natomiast rzeczywiście utrudnia wychodzenie z sytuacji kryzysowej tych mniej rozsądnych.

Przywrócić utraconą konkurencyjność w strefie euro nie można poprzez dewaluację waluty. Realną dewaluację przez deflację (zakładając realną inflację konkurencyjnej północy Europy) w wysokości od 20 do 30 proc. też trudno sobie wyobrazić. Obniżenie nominalnych płac o 20–30 proc., aczkolwiek teoretycznie możliwe i na pewną skalę praktykowane obecnie w Grecji, w praktyce nie wydaje się w krótkim okresie do przeprowadzenia (zakładając, że drastyczne zwiększenie produktywności też nie jest możliwe). Pomysły niektórych ekonomistów (Stefan Kawalec i Ernest Pytlarczyk) likwidacji strefy euro są równie złe, co zupełnie nieuzasadnione w świetle przedstawionej argumentacji, ale też zupełnie nierealne.

Postawić tamę zalewowi populizmu

Doceniając zatem wagę argumentów prof. Kołodki, myślę, że Polska może odegrać istotną rolę w procesie naprawy strefy euro. Interes nasz po przystąpieniu do Eurolandu byłby moim zdaniem zagwarantowany, jeśli fiskalne programy pomocowe, które nie rozwiązują podstawowego problemu strefy euro, zostałyby ograniczone na rzecz możliwości czasowego jej opuszczenia przez kraje mające problemy ze swoją konkurencyjnością. Możliwość otwartej dewaluacji jest podstawowym wymogiem sprawności i przywrócenia funkcjonalności strefy euro. Jej nowa, akceptowalna dla nas konstrukcja powinna uwzględniać możliwość uporządkowanej upadłości poszczególnych państw członkowskich, która ureguluje również możliwość redukcji zadłużenia w połączeniu z czasowym opuszczeniem unii walutowej oraz ponownej akcesji. Tylko w ten sposób kraje strukturalnie niekonkurencyjne otrzymają realną szansę na uzdrowienie swoich gospodarek, a strefa euro jako całość może przezwyciężyć chroniczną dysfunkcjonalność swojego bilansu płatniczego.

Spójność UE i jej zasługi dla bezpieczeństwa i dobrobytu swoich członków, w tym na szczęście Polski, są wartością bezwzględną, którą należy chronić i której trzeba bronić. Wspólna waluta europejska może się stać immanentną częścią tego systemu, jej demontaż nie leży w naszym interesie narodowym. Ciekawy pomysł prof. Andrzeja Wojtyny proponującego zwołanie kongresu ekonomistów polskich w kontekście prowadzonej u nas polityki gospodarczej mógłby być uzupełniony o kwestię zastąpienia złotego przez euro. Taka debata jest potrzebna, wzmocniłaby Europę, postawiłaby tamę zalewowi populizmu i w Polsce, i na naszym kontynencie. Polska od świata nie może się odwracać, bo nas na to nie stać.

POLECAMY

KOMENTARZE