Prenumerata 2018 już w sprzedaży - SPRAWDŹ!

Publicystyka

Leon Podkaminer: Kto zbawi Europę?

materiały prasowe
Korzyści, jakie Polska może osiągnąć z tytułu przystąpienia do strefy euro są iluzoryczne – a koszty nad wyraz realne – pisze ekonomista.

Z poświątecznego letargu wytrącił mnie tekst profesora Grzegorza Kołodki pt. „Czy Polska zbawi Europę?" („Rzeczpospolita", 3 stycznia 2017), w którym autor reklamuje zalety zastąpienia złotego euro. Oprócz korzyści, jakie zmiana ta miałaby przynieść Polsce, samo zadeklarowanie gotowości do przyjęcia euro miałoby – zdaniem Kołodki - znacząco wzmocnić euroland.

Uważam, że korzyści, jakie Polska może osiągnąć z tytułu przystąpienia do strefy euro są iluzoryczne – a koszty nad wyraz realne. Koronnym argumentem mającym przemawiać za rezygnacją ze złotego miałoby być wyeliminowanie „kosztów transakcyjnych wynikających z wymiany złotych na euro i z powrotem przy okazji handlu i turystyki zagranicznej." Koszty te Kołodko szacuje na „kilkanaście miliardów złotych".

Moim zdaniem są to szacunki niewiarygodne: kilkanaście miliardów złotych wynoszą zyski całego systemu bankowego. Innym ważnym efektem eliminacji ryzyka walutowego miałoby być wzmożenie dynamiki inwestycji, przytłumionej – jakoby – z racji niepewności co do opłacalności produkcji zależnej od handlu zagranicznego.

Jednakowoż fakty nie uzasadniają tego argumentu. Dynamika inwestycji nie ma zauważalnego związku z faktem nieposiadania własnej waluty. Inwestycje stanowią grubo ponad 25 proc. PKB w Czechach i Rumunii (oba te kraje zachowały własne waluty) – ale ok. 20 proc. w Polsce, na Litwie i w Słowenii (kraje bez własnej waluty). Co więcej, udział inwestycji w PKB krajów, które przyjęły euro zmniejszył się znacząco: w Słowenii z ponad 28 proc. w 2005 r do 20 proc. w 2015 r; na Słowacji odpowiednio z 29,7 proc. do 23,2 proc.; na Litwie z 23,4 proc. do 19,3 proc.; na Łotwie z 31,3 proc. do 22,6 proc.; w Estonii z 32,9 proc. do 23,7 proc.. W Polsce inwestycje potrafiły wzrastać w tempie dwucyfrowym (np. w 2014 r.) lub spadały (np. w 2013 r) – przy niezmienionej walucie. Podobnie ma się rzecz z dynamiką inwestycji w krajach strefy euro. Przykładowo w 2010 r. inwestycje spadły o ponad 13 proc. w Słowenii (według prowizorycznych szacunków w 2016 r. inwestycje spadły o 10 proc. także na Łotwie).

Przypuszczenie, że przyjęcie euro przyspieszy wzrost gospodarczy Polski „o ok. 0,5 proc." rocznie jest czystą fantazją. (To zabawne: w Czechach słyszy się pogląd, że przyjęcie euro spowolni wzrost gospodarczy o ok. 0,5 proc.)

Ostatnim poważniejszym argumentem za przyjęciem euro miałoby być potanienie obsługi polskiego (zagranicznego) długu publicznego o „ok. 2 proc. PKB", jak pisze Kołodko. Otóż obecnie cały dług publiczny (krajowy plus zagraniczny) kosztuje Polskę rocznie 1,7 proc. PKB – mniej niż Słowenię (2,8 proc.), nie mówiąc już o np. Portugalii (4,3 proc.). Pamiętać przy tym trzeba, że kraje uginające się pod ciężarem długu publicznego (Słowenia, Portugalia, Grecja itd.) znalazły się w swym godnym pożałowania położeniu właśnie z powodu przystąpienia do strefy euro. W 2000 roku dług publiczny Słowenii wynosił 26 proc. PKB, Portugalii 50 proc., Grecji 105 proc. W 2016 r. wskaźniki te wyniosły odpowiednio ponad 80 proc., 130 proc. i 181 proc..

Tyle w temacie korzyści, jakie Polska (i inne kraje regionu: Rumunia, Węgry i Czechy) miałyby odnieść z tytułu rezygnacji z własnej waluty. (Interesujące: w połowie grudnia ubiegłego roku bank centralny i ministerstwo finansów Republiki Czeskiej uznały za celowe opublikowanie wspólnego oświadczenia o nierozważaniu daty podjęcia starań o przystąpienie do strefy euro).

Pozostają jeszcze dwie kwestie: kosztów rezygnacji z własnego pieniądza oraz wpływu ewentualnej rezygnacji z własnego pieniądza na „wzmocnienie Europy".

Moim zdaniem rezygnacja z własnej waluty niesie ryzyko – graniczące z pewnością – długotrwałej (albo i nieodwracalnej) stagnacji gospodarczej, jakiej już teraz doświadczają kraje Europy południowej (i Słowenia). Nie wyobrażam sobie, jakim sposobem strefa euro wzmocniłaby się gospodarczo (a także politycznie) poprzez przyłączenie się jeszcze jednej kulejącej gospodarki, jeszcze jednej Portugalii (a w perspektywie może i jeszcze jednej Grecji?)

Zgadzam się z prof. Kołodką co do jednego: ekonomicznie Unia Europejska dryfuje w kierunku dezintegracji. Dla Polski rozpad UE miałby fatalne konsekwencje gospodarcze i polityczne. Jednak Polska nie ma obecnie żadnego realnego wpływu na ten proces. (Jakiś tam – marginalny – wpływ Polska mogła mieć za rządu Donalda Tuska. Z możliwości oddziaływania na politykę gospodarczą w UE jednak w ogóle nie skorzystano).

Polska nie zbawi Europy. Europę zbawić może tylko i wyłącznie radykalna zmiana polityki gospodarczej Niemiec. Polityka obecna jest bezpośrednią przyczyną fatalnego rozwoju wypadków w całej strefie euro – tj. w samym jądrze UE.

Po pierwsze, Traktat z Maastricht, nakładający ograniczenia na politykę fiskalną i pieniężną w strefie euro, jest ucieleśnieniem niemieckich fobii i zabobonów ekonomicznych. Po drugie, polityka gospodarcza w Niemczech sprowadza się do stosowania agresywnego merkantylizmu. Niemcy wypracowują gigantyczne nadwyżki w handlu zagranicznym. Nadwyżki te destabilizują – pośrednio, lub bezpośrednio – gospodarki zachodnioeuropejskich handlowych partnerów Niemiec, wpędzając ich przy tym w rosnące zadłużenie wobec banków niemieckich. O agresywności tej polityki świadczy też fakt, że nadwyżki handlowe są uzyskiwane za cenę ograniczania wzrostu płac krajowych, krajowego spożycia i inwestycji w samych Niemczech. Mottem tej polityki mogłoby być hasło: wszystko dla frontu (tym razem eksportowego).

W ciągu ostatnich 100 lat Niemcy dwukrotnie zrujnowały Europę – i same siebie. Niestety, na tym najprawdopodobniej się nie skończy...nawet jeśli tym razem nie będzie ofiar w ludziach.

Autor pracuje w Wiedeńskim Instytucie Międzynarodowych Porównań Gospodarczych i jest profesorem w Wyższej Szkole Finansów i Prawa w Bielsku-Białej.

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL