Publicystyka

Popkultura i historia

YouTube
Polacy mają do dyspozycji ciekawe historie i utalentowanych twórców. Nasza historia nie istnieje jednak w masowej wyobraźni – producent filmu „Niezwyciężeni” tłumaczy, jak można to zmienić.

„Dunkierka” była chłopięcym marzeniem Christophera Nolana. „Szeregowiec Ryan” i serial „Kompania braci” stanowiły hołd Stevena Spielberga dla ojca, który walczył w II wojnie światowej. Tego typu filmy kształtują narrację kulturową. Od 25 lat szukamy sposobu opowiadania o sobie – zarówno Polakom, jak i całemu światu. Przeżywamy wciąż naszą najnowszą historię i sklejamy pamięć zbiorową w całość z rozsypanych fragmentów. Proces ten przebiega najintensywniej w sferze muzealnej. Jego symbolicznym początkiem było otwarcie Muzeum Powstania Warszawskiego 13 lat temu, zakończeniem zaś stanie się inauguracja Muzeum Józefa Piłsudskiego w 2018 r., a później Muzeum Historii Polski i Muzeum Wojska Polskiego.

 

Polski brand

Jednocześnie trwał proces adaptacji naszej opowieści w obszarze kultury masowej. „Animowana historia Polski” i „Miasto ruin” były produkcjami, które odbiły się szerokim echem, bo zaproponowały zupełnie nowy sposób opowiadania o Polsce na świecie,oparty na trzech składnikach – syntezie, emocjach i jakości.

Tandem reżysersko-producencki Tomek Bagiński – Marcin Kobylecki wyznaczył w świecie popkultury ścieżkę dla polskiej narracji. Od premiery minęło siedem lat, a mimo to wspomniane filmy nie zestarzały się i wciąż są punktem odniesienia dla twórców mówiących o polskiej historii. Animacja „Niezwyciężeni”, stworzona przez studio Fish Ladder dla Instytutu Pamięci Narodowej, miała iść jeszcze dalej. Twórcy postawili sobie za zadanie opowiedzieć o polskiej historii światu tak, by weszła ona do powszechnego, globalnego kanonu.

Język kultury masowej to współczesna lingua franca. Liczy się klarowność narracji i wizualna atrakcyjność. Tylko tyle i aż tyle. Weryfikacja jest brutalna. Kto nie operuje tym językiem, ten się nie liczy. Dojrzałe narody bardzo dbają o to, w jaki sposób prezentowana jest ich historia. Umieją świetnie pozycjonować swoje narracje w masowej wyobraźni.

W jednym ze swoich esejów Czesław Miłosz poruszył temat hermetyczności polskiej literatury. Wskazał na trzech twórców, których dzieła były uniwersalne i zrozumiałe dla obywateli świata. Byli to Cyprian Kamil Norwid, Joseph Conrad i Jan Paweł II w swoich encyklikach.

Czy istnieją współczesne obrazy filmowe, które wynoszą naszą nieznaną i skomplikowaną historię na poziom uniwersalny? Nie. Dlaczego? Bo źle myślimy. Na świecie istnieją dwie kategorie filmów – dobre i złe. W Polsce mamy trzy – dobre, złe i słuszne. Ostatnia z nich daje przyzwolenie, by w imię moralnej czy ideowej słuszności tematu poświęcić jakość – emocje, syntezę i warsztat. Cenę płacą nie twórcy, ale widzowie, którzy przestają wierzyć, że o naszej historii można opowiedzieć ciekawie.

Problem dotyczy budowy opowieści jako takiej; znalezienia dla niej właściwego tonu i perspektywy. To zaś wymaga umiejętności sprowadzenia historii do tego, co w niej najważniejsze, a przy tym najbardziej poruszające. W przeciwnym razie narracja obumiera i pozostawia ludzi obojętnymi. Amerykański sposób snucia opowieści jest właśnie dlatego skuteczny, ponieważ posiada on wszystkie te cechy.

Myśleć o widzu

Łatwo wpaść w pułapkę i nie myśleć o widzu, tylko o opowiadanej historii. Świetnie to uchwycił dyrektor Muzeum Józefa Piłsudskiego Krzysztof Jaraczewski, który tak zdefiniował sens placówki poświęconej Marszałkowi: „nie budujemy tego Muzeum dla Piłsudskiego, bo on w historii sobie świetnie poradzi. Budujemy je dla nas – Polaków, tu i teraz. I ta opowieść ma w nas rezonować”. Przywracanie pamięci nie ma być tylko jej odtwarzaniem. Historia to translacja wartości, a te są skrojone na naszą miarę. Pora zmienić perspektywę i zacząć się pytać, dlaczego i jak ta historia jest dla nas ważna. Bo samo to, że jest ważna i słuszna, nie wystarczy. Musi wybrzmiewać.

Przemówienie prezydenta Donalda Trumpa wygłoszone na placu Krasińskich zrobiło furorę. Jego czar tkwił w świetnie dobranym obrazie, wokół którego zbudowana była cała opowieść. Barykada w Alejach Jerozolimskich stała się symbolem nieugiętej postawy Polaków podczas powstania warszawskiego. Od razu padł „pomysł na pomysł” napisania scenariusza filmowego. Co ciekawe, równolegle dotarła wiadomość, że Harvey Weinstein zabiera się do produkcji filmu o powstaniu w getcie warszawskim.

Karmi nas głód

Symbol poruszył, synteza zadziałała i uruchomiła głębokie emocje. Opowieść wyniosła naszą historię na poziom uniwersalny. Co stoi na przeszkodzie, byśmy sami zaczęli takie symbole generować?

Musimy zmienić myślenie i wyjść z pułapki hermetycznego kodu kulturowego. Nic nie stracimy, operując skrótem i symbolem. Kluczowe są emocje, które wywołają, a nie wierność historyczna.

Nie opowiemy dobrze naszej historii, jeśli nie znajdziemy odpowiedzi na pytanie, co jest fundamentem współczesnego mitu założycielskiego, kamieniem węgielnym, do którego wszyscy możemy się odwołać. Mamy w sobie od dawna ogromny głód sukcesu. Do tej pory więziła nas „mentalność referencyjna”. Zjawisko to wyraża się w języku: Warszawa – drugi Berlin, Łódź – polski Manchester etc. Na szczęście coraz mniej szukamy wzorców i odniesień poza Polską. Tworzymy je sami, odkrywając, że to, czego potrzebujemy do szczęścia, jest w zasięgu ręki.

Do tej pory nasza narracja była reaktywna – odpowiadaliśmy na to, co inni o nas napiszą, powiedzą, czy jaki film zrobią. Film „Niezwyciężeni” zmienia ten trend, bo nie jest reakcją na czyjeś działanie. To głos pokolenia, które czuje się równoprawnym uczestnikiem dyskusji o najnowszej historii świata i ma pełne prawo do wyrażenia swojej perspektywy.

Opisując dzieje 50 lat walki o wolność, odwołujemy się do tego, co jest w każdym z nas – uporu i pragnienia wolności. Nie ustępowaliśmy wtedy na krok. Każda akcja wroga spotkała się z naszą reakcją. Ten archetyp, w połączeniu symbolicznym obrazem, porusza coś więcej niż pamięć i emocje. Dotyka esencji tego, kim jesteśmy tu i teraz. To zaledwie cztery minuty animacji, ale jej siła przebicia jest potężna. I miejmy nadzieję, że to dopiero początek.

Z wypowiedzi osób odpowiadających za promocję polskiej narracji przebija często przekonanie, że świat czeka na polską historię. Tak, to prawda, jest ona wyjątkowa, ale nikt jej za nas nie opowie. Musimy sami się za to zabrać. A przemysł filmowy to nie tylko piękne historie, ale też brutalna walka.

Warto wspomnieć o dwóch przypadkach z udziałem Polski. Pierwszą przytoczył śp. Andrzej Urbański. Opowiadał za czasu swojej prezesury w TVP, jak to odwiedzili go producenci filmu o odsieczy wiedeńskiej, którzy zaproponowali, że za odpowiedni udział finansowy mogą umieścić w scenariuszu polskiego bohatera. Byłby jednym z trzech bohaterskich mieszczan Wiednia broniących miasta przed Turkami. Przykłady tego typu handlu można mnożyć. Historia jest przedmiotem transakcji. Wniosek z tego jest jeden – nikt nie opowie o nas lepiej od nas.

Sami o sobie

Zacznijmy tworzyć historie mające potencjał, by na stałe wejść do kultury masowej. Wtedy odniesiemy sukces. Tym bardziej że przed nami 100-lecie niepodległości Polski i fenomenalna okazja, by opowiedzieć o nas światu. W tym kontekście warto przywołać marszałka Piłsudskiego. Można się o niego spierać, ale ta jego wypowiedź jest wyjątkowo wizjonerska i na czasie:

„Nastąpi pokój. Są w życiu narodów i państw zmagania, które nigdy nie ustają. Polskę również z innymi narodami oczekuje walka we wszechświatowych zapasach o pierwszeństwo w dziedzinie organizacji i kultury”. Te zapasy trwają każdego dnia. Opowiedzmy na nowo światu o sobie. Tylko tym razem zróbmy to skutecznie.

Autor jest producentem i współtautorem filmu „Niezwyciężeni”, dyrektorem kreatywnym w Fish Ladder / Platige Image. Pracuje przy projektowaniu wystaw stałych Muzeum Historii Polski i Muzeum Józefa Piłsudskiego. Absolwent Akademii Teatralnej w Warszawie.

 

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL