Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Publicystyka

Zgoda*

Fotorzepa, Maciej Kaczanowski
Najpierw spróbuję powiedzieć, jak rozumiem zgodę; stšd wyniknš powody, dla których trzeba do niej dšżyć oraz warunki jej osišgnięcia.

Potem zatrzymam się na aktualnej scenie, politycznej w Polsce, na której – moim zdaniem – nic ostatnio nie wskazuje na możliwoœć, a niewiele na chęć, osišgnięcia zgody. W trzeciej częœci mego wystšpienia trzeba będzie zastanowić się nad tym, czy i jakš rolę w tej sytuacji „pata politycznego” może i powinien odegrać Koœciół, a w czwartej wreszcie to samo pytanie trzeba będzie postawić dziennikarzom. Nie muszę dodawać, że 20-minutowa refleksja pozwala jedynie zarysować złożony problem zgody politycznej, a przez niš w jakimœ stopniu narodowej, w dzisiejszej Polsce. Nie wštpię, że to co powiem sprowokuje Państwa do dalszych przemyœleń i komentarzy, choć zapewne zabraknie nam czasu, by je w pełni przedstawić w trakcie obecnego, œwištecznego przecież, spotkania.

Jak rozumiem zgodę?

Oto pierwszy z brzegu przykład: ks. Przemysław Œliwiński zwrócił się do mnie – w imieniu Księdza Kardynała Kazimierza Nycza i własnym – o przedstawienie tu małego referatu, a ja wyraziłem na to zgodę. Wyraziłem zgodę, czyli wyraziłem gotowoœć swego aktywnego udziału w tegorocznym spotkaniu Księdza Kardynała z dziennikarzami. Zgoda oznacza więc wstępnš aprobatę do podjęcia współpracy z kimœ innym. Współpraca z kolei odwołuje nas do jakiegoœ dobra, które razem mamy realizować, czyli do dobra wspólnego, w najszerszym tego słowa znaczeniu. Zgoda na takš współpracę zakłada, że obie strony tego układu (w naszym przykładzie: Ksišdz Kardynał i ja) uznajš to dobro za dostatecznie ważne i cenne, by jego realizacji wspólnie trud poœwięcić. W naszym przypadku nie było potrzeby poprzedzać tej zgody dłuższš wymianš zdań, ale nierzadko zgoda osišgnięta być może tylko na drodze długiego niekiedy i niełatwego dialogu dotyczšcego warunków, bez obustronnej aprobaty których o zgodę trudno. Wœród tych warunków dwa zdajš się szczególnie ważne. Po pierwsze, obie strony muszš – w sposób wolny, z własnego przekonania – uznać to dobro wspólne za warte realizacji, za bardziej cenne, niż koszty z tym zwišzane. Po drugie, obie strony muszš mieć do siebie zaufanie, wierzyć w swojš uczciwš, dobrš wolę. Koniecznoœć respektowania pierwszego warunku, nazwijmy go „obiektywnym uzasadnieniem zgody”, wydaje się oczywista; nikt rozsšdny nie wyrazi zgody na udział w dziele, które sam uznaje za bezsensowne lub niewarte wkładanego weń wysiłku. Drugi warunek – „subiektywne uzasadnienie zgody”  – tak oczywisty nie jest. Ileż to razy próbuje się osišgnšć kompromis w spornej sprawie odwołujšc się do argumentu siły, a nie do siły argumentu – w przekonaniu, że „druga strona” wcale nie dba szczerze o dobro wspólne, tylko o własny wšsko pojęty interes. Ale właœnie: możemy tu mówić nie tyle o zgodzie, ile raczej o kruchym na ogół kompromisie, prowokujšcym „przegranš stronę” do podjęcia działań odwetowych w sprzyjajšcych okolicznoœciach. Tym się więc różni zgoda od takiego kompromisu. Oczywiœcie bywa i tak, że kompromis jest efektem zgody, gdy obie strony, ufajšce nawzajem w swojš dobra wolę, znajdujš rozwišzanie konfliktu na drodze obustronnie akceptowanych ustępstw, usprawiedliwionych w œwietle wspólnego dobra, które jest celem uczestniczšcych w sporze stron.

Oto więc pierwsza sytuacja, którš trzeba od zgody odróżnić: na miano zgody nie zasługuje kompromis osišgnięty na drodze wymuszenia na „drugiej strony” ustępstw, których ta „strona” w gruncie rzeczy nie aprobuje i którš podejrzewa się chętnie o brak dobrej woli. Zgodę odróżnić też trzeba od tak zwanego „œwiętego spokoju”, za którym kryje się na ogół po prostu obojętnoœć wobec tego dobra, które ktoœ uważa za warte realizacji. Nie ma kłótni – ale nie ma też współpracy. Ten, komu zależy na „œwiętym spokoju” powiada: „Rób swoje, ja nie będę protestował, ale na mój udział nie licz. Nie obchodzi mnie to, co ciebie tak obchodzi”. Takiej postawy także nie chcę nazywać zgodš, nawet jeœli zawiera się w niej gotowoœć powstrzymania się od działań utrudniajšcych realizację tego dobra, które niedoszły partner dialogu uznaje za warte zachodu. Zgoda w znaczeniu, o które tu chodzi, nastawiona jest na przyszłoœć, na ochronę lub budowanie jakiegoœ dobra, które tylko na drodze współpracy może zostać osišgnięte. O zgodzie mówi się też – po trzecie – w sferze czysto teoretycznych dyskusji: zgadzam się lub nie zgadzam na czyjeœ poglšdy, stanowisko, siłę argumentów itp. To sensowny kontekst terminu „zgoda”, ale w tę sferę proponuję tu nie wchodzić; propozycja podjęcia tematu „Zgoda” na dzisiejszym spotkaniu nie wyrasta raczej z kontekstu dyskusji toczonych przez ludzi nauki, ale z przekonania, że nam dziœ o zgodę w sferze życia publicznego bardzo trudno. I czas przejœć do tej sfery.

Pat polityczny

Zacznę od wyrażenia swego stanowiska, które nie jest zbyt oryginalne, ale jest moje. Otóż uważam, że w sferze publicznej, a zwłaszcza w płaszczyŸnie politycznej, nie tylko nie ma atmosfery dialogu prowadzšcego do osišgnięcia zgody, ale łatwo zaobserwować silne postawy anty-dialogowe, uniemożliwiajšce osišgnięcie zgody, która – przypominam – nie jest ostatecznym celem dialogu politycznego, ale pierwszym jego krokiem otwierajšcym perspektywę budowania wspólnego dobra. Spór toczšcy się pomiędzy ugrupowaniami politycznymi obfituje nade wszystko w oskarżenia kwestionujšce dobrš wolę „strony przeciwnej”, a z ludŸmi złej woli nie ma sensu toczyć dialogu. Termin „przeciwnik polityczny” bliski jest terminowi „wróg”, a z wrogiem się walczy, a nie próbuje się dojœć z nim do zgody.

Można by rzec: cóż w tym dziwnego? Poszczególne ugrupowania polityczne różnie rozumiejš dobro wspólne, jakim jest dla polityków Polska. Wyniki wyborów prezydenckich i wyborów do ciał parlamentarnych ujawniajš opinie obywateli. Partia, która wybory wygrywa, ma prawo realizować wspólne dobro Polaków zgodnie ze swojš wizjš, którš traktuje jako wizję większoœci obywateli. A gdy zdarzy się  – jak się nam zdarzyło po raz pierwszy po 1989 roku – że jedna partia zdobywa absolutnš większoœć w obu izbach parlamentu i że jej kandydat zostaje Prezydentem Rzeczypospolitej, to nic dziwnego, że partia ta realizuje swój program polityczny, oczywiœcie modyfikowany z powodu różnych nowych okolicznoœci, których w kampanii przedwyborczej nie można było przewidzieć. Czy jest tam miejsce na zgodę? Jest – ale wewnštrz rzšdzšcej partii. Opozycję traktuje się jako ugrupowania, które zmierzały do niszczenia Polski, a nie do jej budowania. Członkom partii opozycyjnych zarzuca się grzechy przeszłoœci, które majš  œwiadczyć o ich głupocie i/lub złej woli, obecne działania opozycji sprowadza się do prób awanturniczego sprzeciwiania się wprowadzaniu pożšdanych przez większoœć Polaków dobrych zmian. Zrozumiałe, że elementem tych dobrych zmian sš też działania zmierzajšce do usuwania wpływu tych partii, które poprzednio władały Polskš; narzucajšcym się przykładem sš operacje zmierzajšce do reorganizacji Trybunału Konstytucyjnego, ale przykładów można przywołać więcej.

Dlaczego ta sytuacja budzi mój głęboki niepokój? Po pierwsze dlatego, że dobro wspólne, jakim jest Polska, wpisana w cały œwiatowy kontekst, jest dobrem nader złożonym, trudnym do objęcia nie tylko przez pojedynczego człowieka, ale także przez jakškolwiek partię. „Partia” pochodzi od łacińskiego „pars”: częœć, z góry więc trzeba liczyć się z tym, że żadna partia nie obejmuje w pełny i trafny sposób wszelkich spraw z tym dobrem zwišzanych. Uczciwe dšżenie do dobra wspólnego wszystkich Polaków wymagałoby więc uważnego wsłuchania się w głos opozycji i uwzględnienia tych racji, które ona wnosi na parlamentarne obrady, a nie szybkiego, sumarycznego odrzucania wszelkich głosów z ich strony pochodzšcych, w oparciu o parlamentarnš większoœć. Taka praktyka œwiadczy o tym, że przeważa racja siły nad siłš racji. Po drugie, żadna władza nie może ignorować tej prawidłowoœci, że jej sprawowanie łatwo prowadzi do arogancji, do lekceważenia tych, którzy inaczej widzš dobro Polski. Przykład? Nawet z grona członków rzšdzšcej partii niewielu zdobyło się na to, by pochwalić Marszałka Sejmu za usunięcie z obrad sejmowych posła opozycji, który zaczšł swe wystšpienie od słów: „Panie Marszałku kochany, muzyka łagodzi obyczaje”. Nie wiem, jak można takš decyzję Marszałka usprawiedliwić. Ale ani sam Marszałek, ani partia rzšdzšca, nie wycofali się z tej decyzji, co doprowadziło do okupacji sali Sejmu przez posłów opozycji i do przeprowadzenia głosowania w niezmiernie ważnej sprawie zatwierdzenia budżetu państwa na rok 2017 w warunkach ignorujšcych elementarne reguły prac Sejmu. Partia rzšdzšca zapewne nie chce skorygować decyzji Marszałka, uznałaby taki krok za niebezpieczny precedens rzekomo œwiadczšcy o jej słaboœci, o zwycięstwie opozycji – ale moim zdaniem ten casus œwiadczy o tym, jak łatwo władza demoralizuje tych, którzy jš sprawujš. Œwiadczy też o tym, że w miejsce debat politycznych, majšcych na celu dobro wspólne Polski, zajmujš rozgrywki partyjne, obliczone na pokonanie przeciwników.

Nie widzę w polskim parlamencie atmosfery dialogu. Co więcej, ten brak gotowoœci do szukania zgody jako punktu wyjœcia do rozwišzania spraw Polaków przenosi się na szerszš płaszczyznę społecznš. Różnice w poglšdach politycznych sprawiajš często, że nawet w rodzinach i w gronie przyjaciół trudno ludziom szczerze i życzliwie rozmawiać ze sobš. Miejsce słuchania tych, którzy myœlš inaczej, zajmuje postawa wrogoœci, insynuowanie złych intencji opozycjonistom, walka zajmuje miejsce dialogu. Tak widzę Polaków dziœ.

Czy i co może na to poradzić Koœciół?

Koœciół nie utożsamia się z żadnš partiš politycznš, co wyraŸnie powiedział Sobór Watykański II i co przypomniał niedawno Przewodniczšcy Episkopatu Polski, Arcybiskup Stanisław Gšdecki. Warto przywołać w tym miejscu fragment „Konstytucji o Koœciele w œwiecie współczesnym”. Ojcowie Soborowi, w p. 76 tej Konstytucji, podkreœlajš, iż „Koœciół, który z racji swego zadania i kompetencji w żaden sposób nie wišże się z żadnym systemem politycznym, jest zarazem znakiem i zabezpieczeniem transcendentnego charakteru osoby ludzkiej”. W imię tego transcendentnego charakteru osoby ludzkiej, która pielgrzymuje przez Ziemię zmierzajšc do niebieskiej Ojczyzny, Koœciół podejmuje z władzami politycznymi „zdrowš współpracę” i ma wynikajšce ze swej misji prawo, by dokonywa栄oceny moralnej nawet w kwestiach dotyczšcych spraw politycznych, kiedy domagajš się tego podstawowe prawa osoby lub zbawienie dusz”.  Można więc w skrócie powiedzieć, ze Koœciół zajmuje postawę życzliwie krytycznš wobec politycznych programów. Życzliwoœć wynika stšd, że droga do niebieskiej Ojczyzny wiedzie przez politycznie zorganizowane społecznoœci, które należy wspierać, jeœli rzeczywiœcie pomagajš człowiekowi realizować jego transcendentne powołanie. Krytyczna refleksja dotyczy tych działań polityków, które blokujš lub utrudniajš realizację tego powołania każdego człowieka do życia wiecznego w Bogu.

Jeœli trafna jest moja opinia na temat „pata politycznego”, na który dziœ Polska cierpi, to oczywiœcie zadaniem Koœcioła jest  próba przezwyciężenia tego pata. Może pierwszym krokiem jest wołanie o pokorne uœwiadomienie sobie własnych słaboœci i grzechów wszystkich, którzy sš uwikłani w konflikt społeczno-polityczny? Wszyscy potrzebujemy nawrócenia, także nawrócenia polegajšcego na tym, by uwierzyć w dobro zasiane w sercach i umysłach politycznych oponentów; Bóg chce zbawić wszystkich, we wszystkich swe dobro zasiał. Za tym idzie odwaga krytycznego reagowania na takie polityczne opcje, które sš obce Ewangelii Chrystusowej. Przykłady? Papież Franciszek wzywa do zaopiekowania się tymi, którzy zostali dramatycznie pozbawieni domu i œrodków do życia na Bliskim Wschodzie. Koœciół w Polsce wyraził gotowoœć przyjœcia z pomocš imigrantom, ale władze polityczne uznały postulat bezpieczeństwa za ważniejszy, niż nakaz miłosierdzia. Czy nie jest to dostateczny powód, by Koœciół dopomniał się o rewizję polityki państwowej, jawnie ignorujšcej troskę o najbardziej potrzebujšcych, o których tak natarczywie dopomina się papież Franciszek? Drugi przykład: sprawa ekshumacji zwłok tych, którzy zginęli w katastrofie smoleńskiej. Czy dla zweryfikowania hipotezy o zamachu nie wystarczš dotšd dokonane ekshumacje oraz zgoda wielu rodzin tych, którzy zginęli na dokonanie dalszych ekshumacji? Dlaczego zmuszać do tego także tych, którzy takiej ekshumacji się sprzeciwiajš? Biskupi prawosławni wydali w tej sprawie jednoznaczne oœwiadczenie; nie mogš tego uczynić także biskupi katoliccy? Znów: przykładów można przytoczyć więcej. Martwi mnie milczenie Koœcioła (w tym przypadku: głównie Episkopatu) tam, gdzie jego głos powinien wyraŸnie i stanowczo zabrzmieć. Obecnie rzšdzšca partia wielokrotnie wyraża solidarnoœć z doktrynš społeczno-moralnš Koœcioła katolickiego. Można się z tego cieszyć ale to nie zwalnia Koœcioła z misji sprawowania życzliwie krytycznej refleksji nad tym, co się w Polsce dzieje, nad tym, jak rozumiejš i realizujš swš misję politycy. W kontekœcie podjętego przez nas tematu: wyraŸny głos Koœcioła nawołujšcy do dialogu i szukania dróg prowadzšcych do zgody uważam za bardzo pilnš misję Koœcioła w Polsce dziœ.

A media?

„Media” to znaczy „œrodki”, powołane sš więc do tego, by poœredniczyć w dialogu społecznym. W społeczeństwach demokratycznych tratowane sš jednak jako „czwarta władza”, obok władzy ustawodawczej, sšdowniczej i wykonawczej, ponieważ od kształtowanych przez nie opinii społecznych zależy w znacznej mierze polityczna przyszłoœć Polski. Politycy to na ogół dobrze pojmujš; nie dziwi mnie, że o ile rzšdzšca partia pozostaje notorycznie głucha na protesty opozycji, o tyle z projektu ograniczenia obecnoœci dziennikarzy w trakcie obrad Sejmu, po gwałtownych protestach tychże, doœć szybko się wycofała. W kontekœcie dzisiejszego kryzysu dialogu społecznego mam wobec dziennikarzy dwa postulaty.

Pierwszym jest postulat rzetelnego informowania społeczeństwa o tym, co się w Polsce i na œwiecie dzieje; informowania nie nazbyt wybiórczego i nie opakowanego w zbyt nachalnš ideologię. Ja wiem, że ideał przekazywania obiektywnych informacji jest właœnie ideałem, do którego trzeba dšżyć, ale który w praktyce trudno osišgnšć. Dziennikarze muszš z mnogoœci zdarzeń wybierać te, które uważajš za najważniejsze, majš też prawo do wyrażania własnych poglšdów, na ogół nieuchronnie, bodaj implicite, politycznie zaangażowanych. Tym niemniej podstawowym celem, do którego dziennikarz powinien dšżyć, jest rzetelne przekazywanie informacji. Przypomnę dwa pierwsze paragrafy Projektu Kodeksu Zawodowego Dziennikarzy Rzeczypospolitej z czerwca 1993 roku: „§ 1. Poszanowanie dla prawdy i dla prawa każdego obywatela, by być prawdziwie, dokładnie i bezstronnie informowanym o wszystkim, co się dzieje w kraju i na œwiecie stanowi podstawowy obowišzek każdego dziennikarza. Nie daje się pogodzić z tš zasadš przyjmowanie jakichkolwiek korzyœci materialnych w zamian za rezygnację z prawdy i niezależnoœci. § 2. Rzetelnoœć zawodowa wymaga wyraŸnego oddzielania informacji od komentarzy (opinii)”. Podobne sformułowania znajdujš się na poczštku każdego kodeksu rzetelnoœci dziennikarzy, ale przytaczam powyższy tekst, ponieważ pochodzi on z okresu tuż po przełomie 1989 roku i wyraŸnie słychać w nim echo złych doœwiadczeń z czasów PRL. Tymczasem dziœ obserwuję w mediach publicznych nawrót do stylu PRL-owskiego „Dziennika Wieczornego”, który aż za dobrze pamiętam (mam już 71 lat!) i po prostu nie mogę słuchać, jak powraca pomieszanie wybiórczych informacji z ideologicznym, jednostronnym ich komentarzem. Powtarzam: wiem, że ideał trudny jest do osišgnięcia, ale upolitycznienie informacji osišga dziœ często skalę, której nie potrafię strawić. Odwołuję się do poczucia rzetelnoœci dziennikarzy, do tego, by we własnym sercu i umyœle starali się o to, by „dokładnie i bezstronnie informować o wszystkim, co się dzieje w kraju i na œwiecie”.

Po drugie: znane jest adagium głoszšce, że „zła wiadomoœć to dobra wiadomoœć”; dobra, bo dobrze się sprzedajšca. Ludzie lubiš sensacje, lubiš, gdy im informacje medialne podnoszš adrenalinę. Tylko czy trzeba tłumaczyć, jak uleganie tej pokusie utrudnia dojœcie do zgody? Jak w gruncie rzeczy potęguje ono spory i wzajemne animozje? Dziœ naprawdę czas na głęboki rachunek sumienia, także dziennikarzy. Przytoczę jeszcze dwa paragrafy cytowanego wyżej tekstu: „§ 8. Dziennikarz przestrzegajšcy Kodeksu Zawodowego rezygnuje z rozpowszechniania scen brutalnych, scen gwałtu i przemocy, szczególnie wtedy, gdy majš one służyć dla celów sensacyjnych i brukowych. § 9. Dziennikarz czyni wszystko, co możliwe, by nie dopuszczać w œrodkach przekazu do rozpowszechniania haseł dyskryminujšcych kogokolwiek z przyczyn rasowych, z powodów poglšdów politycznych, z powodu odmiennoœci wyznania, pochodzenia lub odmiennych orientacji seksualnych”. Projekt ten (jak i szereg innych dokumentów o podobnym charakterze) mówi sporo o tym, czego dziennikarz czynić nie powinien, ale za tymi normami negatywnymi łatwo wyczytać pozytywnš intencję, by przekazywanie informacji raczej pomagało ludziom się jednać, niż ich różnić. Ten ogólny i zawsze aktualny postulat nabiera dziœ szczególnej wagi.

Wiem, że to, co tu powiedziałem może na pierwszy rzut wywołać spory, zamiast skłaniać do zgody. Ale przecież nie chodzi nam o zgodę powierzchownš i pozornš, ale o takš, która za punkt wyjœcia bierze obecny stan społeczeństwa w Polsce. Jest to stan kryzysu, chyba doœć głębokiego. Dlatego wymaga pogłębionej refleksji, a od wierzšcych chrzeœcijan także – może nawet najpierw – żarliwej modlitwy, bo my sami jesteœmy za głupi i za słabi, by dobrze zrozumieć sens tego, co się wokół nas dzieje i by mieć odwagę oraz siłę do budowania wspólnego dobra. Zaczšć trzeba chyba od własnego nawrócenia: od uznania swej słaboœci oraz od wysiłku uczciwego i życzliwego dostrzeżenia dobra, które Bóg zasiał nie tylko w moim umyœle i sercu, ale także w umysłach i sercach tych, których nazbyt pochopnie skłonni jesteœmy nazywać przeciwnikami.

Czcigodny Księże Kardynale, Szanowni Państwo! Pozostajemy wcišż w aurze Bożego Narodzenia. Niech Słowo Wcielone, które zgromadziło wokół siebie tak różne istoty, jak Aniołów i bydlęta, Maryję z Józefem, prostych Pasterzy i Mędrców, gromadzi także nas i łšczy w duchu prawdy i miłoœci, bo Pan Jezus jest wcielonš Prawdš i Miłoœciš. Radujmy się mimo wszystko; Bóg jest silniejszy od naszych słaboœci i lubi czynić rzeczy po ludzku niemożliwe. W Nim, Przyjacielu człowieka, nasza nadzieja.

- ks. prof. Andrzej Szostek MIC

Autor jest księdzem (należy do Zgromadzenia Księży Marianów), profesorem filozofii. Jest uczniem kard. Karola Wojtyły. Pod kierunkiem przyszłego papieża w 1969 r. pisał pracę magisterskš na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Na tejże uczelni obronił także doktorat i habilitację. W latach 1993-2002 r. był kierownikiem Katedry Etyki Szczegółowej KUL, a póŸniej także  - kierownikiem Katedry Etyki KUL. W latach 1998-2004 rektor KUL.

Tekst wygłoszony podczas spotkania œwištecznego dziennikarzy i ludzi mediów w Domu Arcybiskupów Warszawskich 17 stycznia 2016 r.

ródło: Ks. Andrzej Szostek

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL