Beata Mik o zawodzie prokuratora i konieczności niezależności

aktualizacja: 18.06.2017, 15:46
Foto: Fotorzepa/Kuba Kamiński

Zawodu prokuratora nie sposób wykonywać bez gwarancji niezależności.

REDAKCJA POLECA

Aby nie wpaść w pułapkę postrzegania rzeczywistości przez pryzmat osobistych, zatem nierzadko skrajnie subiektywnych czy nawet egoistycznych oczekiwań, każdy z nas, prawników, raz na jakiś czas powinien wcielić się w rolę obywatela bez wykształcenia prawniczego i poobserwować, co się dzieje w świecie prawa. Okiem konsumenta usług oferowanych obywatelom przez wciąż demokratyczne państwo prawne w ujęciu art. 2 konstytucji. Dopiero wtedy można się przekonać, czemu służy prawo na etapie jego tworzenia, a także jakie funkcje spełnia ono w praktyce. Dotyczy to wszystkich posiadaczy dyplomów wyższych uczelni prawniczych, którzy poświęcają swoją energię, chociażby epizodycznie, sztuce prawotwórstwa, misteriom krzewienia nauk prawnych lub rzemiosłu stosowania przepisów ustaw i wydanych na ich podstawie aktów wykonawczych. Począwszy od gabinetowych bądź parlamentarnych aktywistów, tudzież zdobywców stopni naukowych, nie mówiąc o uhonorowanych tytułem profesora. Skończywszy na sędziach, prokuratorach oraz profesjonalnych zastępcach stron uwikłanych w spory sądowe czy przedsądowe, na czele z członkami palestry.

Bez próby takiej metamorfozy prawnicza świadomość prędzej czy później zastyga w miejscu, z którego widać tylko to, co sami chcemy zobaczyć, i słychać zaledwie siebie. Ucieka natomiast zarówno przeszłość, bo mało kogo obchodzi, dlaczego na przykład 99 lat temu zgładzono bez sądu rodzinę Romanowów. Podobnie odpychająco przedstawia się przyszłość. Któżby bowiem zadał sobie trud dociekania nie tylko tego, czym był walący się rok wcześniej tron, który w historii cywilizowanej społeczności miał legitymizować ten straszliwy akt sprawiedliwości dziejowej, ale i tego, czy, a jeśli tak, to kiedy, gdzie i przez kogo ów tron zostanie wzniesiony na nowo.

Tę być może zanadto generalizującą, choć płynącą z głębi serca, refleksję zrodził krótki tekst pt. „Prokuratura ma budzić respekt" autorstwa Marka Domagalskiego („Rzeczpospolita" z 23 maja). W pierwszym odruchu chce się przyklasnąć: tak, oczywiście, że ma! Najpierw jednak lepiej przeczytać, czym ta – od zarania dziejów szarpana to z lewa, to z prawa – instytucja nagle zasłużyła sobie u pana redaktora na estymę. Odpowiedź jest tyleż konfundująca, co podszyta modną dzisiaj postprawdą. Chodzi wszak o aresztowanie „trójki" (określenie oryginalne) adwokatów w tzw. warszawskiej aferze reprywatyzacyjnej. W III Rzeczypospolitej coś takiego było ponoć nie do pomyślenia, ponieważ akurat wtedy prokuratorzy mieli pracować bez wigoru.

Co jest punktem odniesienia

Mniejsza o nieuprawniony skrót myślowy sugerujący, że środek zapobiegawczy w postaci tymczasowego aresztowania stosuje, tak jak to działo się za PRL, prokurator, a nie sąd. Kluczowy problem w bezpodstawności depozycji będących punktem odniesienia dla oceny rozmiarów sukcesu prokuratorów prowadzących śledztwo w powyższej sprawie. Po pierwsze, nie jest prawdą, iżby w ciągu ostatniego ćwierćwiecza adwokaci bądź inne VIP-y korzystali z immunitetów chroniących przed odpowiedzialnością karną. Przeciwnie, ten sam okres wręcz obfitował w sprawy karne porównywalnie spektakularne, dowodzące niezbicie, że interakcja VIP-a z prokuratorem zazwyczaj była dla pierwszego z nich nieopłacalna. Po drugie, tego typu sprawy zdarzały się również w epoce, o której przez wzgląd na poprawność polityczną autor tekstu najpewniej nigdy nic dobrego nie napisze (boi się?). Po trzecie, naiwnością trąci wtręt, jakoby sprawca przestępstwa w osobie adwokata (radcy prawnego) przerastał w umiejętności matactwa każdego innego bywalca placówek penitencjarnych. Po czwarte, i chyba najważniejsze, oczywistym nonsensem, o ile nie niezdrową pochwałą modelu państwa policyjnego, jest upatrywanie profesjonalizmu prokuratorów w takiej czy innej liczbie tymczasowych aresztowań osób „ze świecznika" w prowadzonych lub nadzorowanych postępowaniach przygotowawczych.

Z doświadczenia najbliższego ciału autorki niniejszego tekstu warte przypomnienia wydają się trzy sprawy. W pierwszej, najnowszej, obrotny pan mecenas (nazwijmy go tak dla niepoznaki) kilkanaście lat temu w stolicy wszedł w łaski ambasady pewnego egzotycznego państwa. Skończyło się wyłudzeniem od władz tegoż państwa, wspólnie z jego ambasadorem, sumy 1 420 003,2 euro. W śledztwie prokurator skutecznie wnioskował o izolacyjny środek zapobiegawczy. Ostatecznie delikwenta skazano na karę dwóch lat i sześciu miesięcy pozbawienia wolności i grzywnę w wysokości 200 stawek dziennych po 1000 zł, nałożono nań obowiązek naprawienia części wyrządzonej szkody w kwocie 5.286.692,17 zł oraz orzeczono zakaz wykonywania zawodu radcy prawnego na okres dziesięciu lat. Niewiele pomogła kasacja od pierwszego wyroku sądu odwoławczego, tudzież koneksje wnoszącego ją obrońcy – partnera z tej samej kancelarii. Na rozprawę kasacyjną obrońca nie przybył. Odnosząc się do kasacji, polemizowałam ze ścianą. Oskarżony nie wiedział, gdzie podziać oczy.

Spytaj milicjanta

Drugiej sprawie towarzyszyła radość z przekształcenia Milicji Obywatelskiej w policję, do czego doszło w kwietniu 1990 r. Czterech świeżo przemianowanych policjantów postanowiło uczcić zwycięstwo nad poprzednim ustrojem społeczno-politycznym tzw. poprawką po dwóch włamywaczach, w sklepie ZURiT na łódzkich Bałutach. Jednego opryszka ujęli, drugi czmychnął. Każdy zdążył wziąć po radioodbiorniku. Zatrzymany oczekiwał na ciąg dalszy w jednym z dwóch przysłanych na miejsce radiowozów. Do drugiego stróże prawa załadowali kilkanaście egzemplarzy sprzętu RTV. Zdradził ich schwytany sprawca włamania. Wielokrotny recydywista. Kalumnię potwierdziła przypadkowa obserwatorka z pobliskiego wieżowca. Starsza pani o słabych nerwach. Poprosiła syna o zawiadomienie prokuratury. Mimo niecodzienności dowodów wstępnych – operując aparaturą pojęciową red. M. Domagalskiego – odniosłam zwycięstwo. Druga ekipa policyjna, która przeszukiwała lokale zajmowane przez nieuczciwych kolegów, wróciła ze skradzionym łupem (pierwsza, oficerska, nie znalazła tam niczego). Po wpadce amatorzy cudzego mienia kilka tygodni spędzili w Areszcie Śledczym w Łodzi przy ul. Smutnej 21. Cały skład sądu, jak jeden mąż, okazał się orędownikiem nowego ładu, wymierzywszy im kary pozbawienia wolności z warunkowym zawieszeniem wykonania oraz niewysokie grzywny. Policja zrezygnowała z ich usług. Za zasługi w weryfikacji kadr wszelako mi nie podziękowała. Bóg z nią.

Sprawa trzecia rozegrała się w połowie lat 80. W realiach, w których wzruszenie domniemania nieomylności służb porządkowych wymagało dowodów twardych jak – nie przymierzając – unieważnienie małżeństwa konkordatowego. Akta znalazłam w szafie dzielonej z przewlekle chorą koleżanką. Składały się z pustego formularza postanowienia o odmowie wszczęcia postępowania oraz dwóch na krzyż notatek. Zapiski oschle referowały dramat przechodnia omyłkowo zatrzymanego przez Milicję Obywatelską, który trafił do tzw. piekiełka (izby zatrzymań) śródmiejskiej komendy w Łodzi jako osoba zdrowa, wydostał się zaś stamtąd, z przystankiem na oddziale urologicznym, bez jednego jądra. Doniesienie złożyła administracja szpitala. Wyjaśniającym przyczyny epizodu funkcjonariuszom pokrzywdzony wstydliwie wyznał, że przed noclegiem w piekiełku kopnął go w krocze ich kolega dyżurujący w holu. Niewiele myśląc, przyjęłam od nieszczęśnika do protokołu ustne zawiadomienie o przestępstwie. Na drugi dzień przesłuchałam w charakterze świadka lokatora sąsiedniej pryczy, któremu pokazywał sine, puchnące w oczach miejsce kontaktu z milicyjnym butem. Niebawem wyszło na jaw, że sprawcą jest niejaki Dino. Przezywany tak z powodu zwalistej postury, niedawno karany dyscyplinarnie za zgubienie broni służbowej na skwerze, po biesiadzie z kamratami. Dino nie przyznał się do poturbowania interesanta, jakkolwiek nie wyparł się osobistego osadzenia go w piekiełku. Na rozprawie zaprzeczył wszystkiemu, tłumacząc, że mataczył w śledztwie, gdyż stosowałam wobec niego przymus fizyczny. Obrońca, wielka dama polskiej adwokatury, teatralnym szeptem zażądała, żeby nie plótł głupot (wyraziwszy to bulwarowo). Sąd nie podzielił mojego stanowiska, że sprawca powinien odpowiadać za ciężkie uszkodzenie ciała w rozumieniu art. 155 § 1 pkt 1 k.k. z 1969 r. Skonstatował, że było to jedynie uszkodzenie zwykłe, czyli naruszające czynności okaleczonego narządu na czas powyżej siedmiu dni (czego zakazywał następny przepis tego samego aktu prawnego), jakkolwiek bardzo poważne. Narowisty Dino nie dowierzał uszom, gdy usłyszał, że będzie pensjonariuszem zakładu karnego aż cztery najbliższe lata.

Takimi opowieściami większość prokuratorów ze stażem służbowym bliskim mojemu, a przy okazji – wiekowi metrykalnemu niejednego wiceministra, mogłaby sypać jak z rękawa. Nie zamierzam wszak ich w tym wyręczać. W swoim imieniu i na swoje ryzyko pragnę poruszyć jeszcze jedną kwestię. Przedstawia ona, przynajmniej dla mnie, znaczenie fundamentalne.

Skutek rozbieżności

Wspólnym mianownikiem wspomnianych, a także setek innych spraw karnych, jakie los zaksięgował na mym koncie, był przywilej możności zajmowania się nimi w spokoju. Bez prób reżyserowania ich biegu przez przełożonych jakiegokolwiek szczebla. Owszem, niekiedy musiałam odburkiwać na pytania o dowody na wsparcie weryfikowanych wersji śledczych. Nie brakowało też wyrazów niedowierzania czy bodaj niechęci ze strony środowisk reprezentowanych przez danego VIP-a, w mikro lub makroskali. Pamiętam wreszcie pojedyncze przypadki rozbieżności w stanowisku moim i szefa.

W ostatniej konfiguracji raz, wielce urażona, zamknęłam się na dwie godziny w gabinecie służbowym i nie chciałam z nikim rozmawiać (gdy szef uznał, że to on podpisze nie najgorzej przygotowane przeze mnie zażalenie do Sądu Najwyższego). Innym razem przystąpiłam do relokacji akt śledztwa do gabinetu szefa (gdy w chwili w zwątpienia zalecił, bym nie zakłócała spokoju publicznego wnioskiem do sądu o tymczasowe aresztowanie dwóch byłych senatorów, podejrzanych o potężne malwersacje finansowe, dwa dni po wygaśnięciu ich mandatów na skutek rozwiązania parlamentu). Identycznie zareagowałam na propozycję uwolnienia mnie od ciężaru zawiadywania informacjami udzielanymi mediom w bloku postępowań związanych z upadkiem zakładu ubezpieczeń pod nazwą „Westa", wśród których dziś wyróżniałoby się tamto po raz pierwszy w historii zakończone wyrokiem skazującym za nielegalną działalność parabankową (w ramach pewnej spółki akcyjnej z siedzibą w Rzeszowie). W pozostałych przypadkach prosiłam o wyłączenie mnie od udziału w sprawie, co zostało wysłuchane.

Acha, zapomniałabym dodać, że byt dawnej prokuratury generalnej oraz jej następców prawnych, nie wyłączając Departamentu Prokuratury w Ministerstwie Sprawiedliwości, był dla mnie dogmatem, którego nikt nie musiał mi udowadniać ani testować na mym grzbiecie. I nie usiłował. Oddawałam mu należną cześć z reguły zaocznie, a w najgorszym razie podczas zbiorowych narad lub szkoleń służbowych. Kto kokietował politykę, uginał się przed nią na własne życzenie. Tak jak teraz.

To dzięki tym doświadczeniom już mniej więcej przed 35 laty nabrałam przekonania, przypuszczalnie nie w osamotnieniu, że zawodu prokuratora nie sposób wykonywać bez gwarancji niezależności przy podejmowaniu decyzji procesowych. Jeśliby ktoś znów zapytał, dlaczego tak uważam, odpowiedziałabym niezmiennie: dlatego, że tylko taki model wyrabia poczucie odpowiedzialności za wynik sprawy. Inaczej należałoby odciążyć budżet metodą rezygnacji z prokuratury. Wystarczyłyby specsłużby pod kierownictwem sędziów śledczych (niezawisłych i bez prezesów z namaszczenia władz zwierzchnich!). Miłośnikom sterowania sprawami z tronów jestem gotowa cierpliwie tłumaczyć: panowie, nihil novi sub sole. Już to przerabiano, lecz się nie udawało. Szkoda czasu, kasy i matczynych łez. Żyjemy w roku siedemnastym trzeciego tysiąclecia.

Autorka jest prokuratorem Prokuratury Generalnej w stanie spoczynku

POLECAMY

KOMENTARZE