Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Prokuratorzy

Beata Mik o zawodzie prokuratora i konieczności niezależności

Fotorzepa/Kuba Kamiński
Zawodu prokuratora nie sposób wykonywać bez gwarancji niezależnoœci.

Aby nie wpaœć w pułapkę postrzegania rzeczywistoœci przez pryzmat osobistych, zatem nierzadko skrajnie subiektywnych czy nawet egoistycznych oczekiwań, każdy z nas, prawników, raz na jakiœ czas powinien wcielić się w rolę obywatela bez wykształcenia prawniczego i poobserwować, co się dzieje w œwiecie prawa. Okiem konsumenta usług oferowanych obywatelom przez wcišż demokratyczne państwo prawne w ujęciu art. 2 konstytucji. Dopiero wtedy można się przekonać, czemu służy prawo na etapie jego tworzenia, a także jakie funkcje spełnia ono w praktyce. Dotyczy to wszystkich posiadaczy dyplomów wyższych uczelni prawniczych, którzy poœwięcajš swojš energię, chociażby epizodycznie, sztuce prawotwórstwa, misteriom krzewienia nauk prawnych lub rzemiosłu stosowania przepisów ustaw i wydanych na ich podstawie aktów wykonawczych. Poczšwszy od gabinetowych bšdŸ parlamentarnych aktywistów, tudzież zdobywców stopni naukowych, nie mówišc o uhonorowanych tytułem profesora. Skończywszy na sędziach, prokuratorach oraz profesjonalnych zastępcach stron uwikłanych w spory sšdowe czy przedsšdowe, na czele z członkami palestry.

Bez próby takiej metamorfozy prawnicza œwiadomoœć prędzej czy póŸniej zastyga w miejscu, z którego widać tylko to, co sami chcemy zobaczyć, i słychać zaledwie siebie. Ucieka natomiast zarówno przeszłoœć, bo mało kogo obchodzi, dlaczego na przykład 99 lat temu zgładzono bez sšdu rodzinę Romanowów. Podobnie odpychajšco przedstawia się przyszłoœć. Któżby bowiem zadał sobie trud dociekania nie tylko tego, czym był walšcy się rok wczeœniej tron, który w historii cywilizowanej społecznoœci miał legitymizować ten straszliwy akt sprawiedliwoœci dziejowej, ale i tego, czy, a jeœli tak, to kiedy, gdzie i przez kogo ów tron zostanie wzniesiony na nowo.

Tę być może zanadto generalizujšcš, choć płynšcš z głębi serca, refleksję zrodził krótki tekst pt. „Prokuratura ma budzić respekt" autorstwa Marka Domagalskiego („Rzeczpospolita" z 23 maja). W pierwszym odruchu chce się przyklasnšć: tak, oczywiœcie, że ma! Najpierw jednak lepiej przeczytać, czym ta – od zarania dziejów szarpana to z lewa, to z prawa – instytucja nagle zasłużyła sobie u pana redaktora na estymę. OdpowiedŸ jest tyleż konfundujšca, co podszyta modnš dzisiaj postprawdš. Chodzi wszak o aresztowanie „trójki" (okreœlenie oryginalne) adwokatów w tzw. warszawskiej aferze reprywatyzacyjnej. W III Rzeczypospolitej coœ takiego było ponoć nie do pomyœlenia, ponieważ akurat wtedy prokuratorzy mieli pracować bez wigoru.

Co jest punktem odniesienia

Mniejsza o nieuprawniony skrót myœlowy sugerujšcy, że œrodek zapobiegawczy w postaci tymczasowego aresztowania stosuje, tak jak to działo się za PRL, prokurator, a nie sšd. Kluczowy problem w bezpodstawnoœci depozycji będšcych punktem odniesienia dla oceny rozmiarów sukcesu prokuratorów prowadzšcych œledztwo w powyższej sprawie. Po pierwsze, nie jest prawdš, iżby w cišgu ostatniego ćwierćwiecza adwokaci bšdŸ inne VIP-y korzystali z immunitetów chronišcych przed odpowiedzialnoœciš karnš. Przeciwnie, ten sam okres wręcz obfitował w sprawy karne porównywalnie spektakularne, dowodzšce niezbicie, że interakcja VIP-a z prokuratorem zazwyczaj była dla pierwszego z nich nieopłacalna. Po drugie, tego typu sprawy zdarzały się również w epoce, o której przez wzglšd na poprawnoœć politycznš autor tekstu najpewniej nigdy nic dobrego nie napisze (boi się?). Po trzecie, naiwnoœciš tršci wtręt, jakoby sprawca przestępstwa w osobie adwokata (radcy prawnego) przerastał w umiejętnoœci matactwa każdego innego bywalca placówek penitencjarnych. Po czwarte, i chyba najważniejsze, oczywistym nonsensem, o ile nie niezdrowš pochwałš modelu państwa policyjnego, jest upatrywanie profesjonalizmu prokuratorów w takiej czy innej liczbie tymczasowych aresztowań osób „ze œwiecznika" w prowadzonych lub nadzorowanych postępowaniach przygotowawczych.

Z doœwiadczenia najbliższego ciału autorki niniejszego tekstu warte przypomnienia wydajš się trzy sprawy. W pierwszej, najnowszej, obrotny pan mecenas (nazwijmy go tak dla niepoznaki) kilkanaœcie lat temu w stolicy wszedł w łaski ambasady pewnego egzotycznego państwa. Skończyło się wyłudzeniem od władz tegoż państwa, wspólnie z jego ambasadorem, sumy 1 420 003,2 euro. W œledztwie prokurator skutecznie wnioskował o izolacyjny œrodek zapobiegawczy. Ostatecznie delikwenta skazano na karę dwóch lat i szeœciu miesięcy pozbawienia wolnoœci i grzywnę w wysokoœci 200 stawek dziennych po 1000 zł, nałożono nań obowišzek naprawienia częœci wyrzšdzonej szkody w kwocie 5.286.692,17 zł oraz orzeczono zakaz wykonywania zawodu radcy prawnego na okres dziesięciu lat. Niewiele pomogła kasacja od pierwszego wyroku sšdu odwoławczego, tudzież koneksje wnoszšcego jš obrońcy – partnera z tej samej kancelarii. Na rozprawę kasacyjnš obrońca nie przybył. Odnoszšc się do kasacji, polemizowałam ze œcianš. Oskarżony nie wiedział, gdzie podziać oczy.

Spytaj milicjanta

Drugiej sprawie towarzyszyła radoœć z przekształcenia Milicji Obywatelskiej w policję, do czego doszło w kwietniu 1990 r. Czterech œwieżo przemianowanych policjantów postanowiło uczcić zwycięstwo nad poprzednim ustrojem społeczno-politycznym tzw. poprawkš po dwóch włamywaczach, w sklepie ZURiT na łódzkich Bałutach. Jednego opryszka ujęli, drugi czmychnšł. Każdy zdšżył wzišć po radioodbiorniku. Zatrzymany oczekiwał na cišg dalszy w jednym z dwóch przysłanych na miejsce radiowozów. Do drugiego stróże prawa załadowali kilkanaœcie egzemplarzy sprzętu RTV. Zdradził ich schwytany sprawca włamania. Wielokrotny recydywista. Kalumnię potwierdziła przypadkowa obserwatorka z pobliskiego wieżowca. Starsza pani o słabych nerwach. Poprosiła syna o zawiadomienie prokuratury. Mimo niecodziennoœci dowodów wstępnych – operujšc aparaturš pojęciowš red. M. Domagalskiego – odniosłam zwycięstwo. Druga ekipa policyjna, która przeszukiwała lokale zajmowane przez nieuczciwych kolegów, wróciła ze skradzionym łupem (pierwsza, oficerska, nie znalazła tam niczego). Po wpadce amatorzy cudzego mienia kilka tygodni spędzili w Areszcie Œledczym w Łodzi przy ul. Smutnej 21. Cały skład sšdu, jak jeden mšż, okazał się orędownikiem nowego ładu, wymierzywszy im kary pozbawienia wolnoœci z warunkowym zawieszeniem wykonania oraz niewysokie grzywny. Policja zrezygnowała z ich usług. Za zasługi w weryfikacji kadr wszelako mi nie podziękowała. Bóg z niš.

Sprawa trzecia rozegrała się w połowie lat 80. W realiach, w których wzruszenie domniemania nieomylnoœci służb porzšdkowych wymagało dowodów twardych jak – nie przymierzajšc – unieważnienie małżeństwa konkordatowego. Akta znalazłam w szafie dzielonej z przewlekle chorš koleżankš. Składały się z pustego formularza postanowienia o odmowie wszczęcia postępowania oraz dwóch na krzyż notatek. Zapiski oschle referowały dramat przechodnia omyłkowo zatrzymanego przez Milicję Obywatelskš, który trafił do tzw. piekiełka (izby zatrzymań) œródmiejskiej komendy w Łodzi jako osoba zdrowa, wydostał się zaœ stamtšd, z przystankiem na oddziale urologicznym, bez jednego jšdra. Doniesienie złożyła administracja szpitala. Wyjaœniajšcym przyczyny epizodu funkcjonariuszom pokrzywdzony wstydliwie wyznał, że przed noclegiem w piekiełku kopnšł go w krocze ich kolega dyżurujšcy w holu. Niewiele myœlšc, przyjęłam od nieszczęœnika do protokołu ustne zawiadomienie o przestępstwie. Na drugi dzień przesłuchałam w charakterze œwiadka lokatora sšsiedniej pryczy, któremu pokazywał sine, puchnšce w oczach miejsce kontaktu z milicyjnym butem. Niebawem wyszło na jaw, że sprawcš jest niejaki Dino. Przezywany tak z powodu zwalistej postury, niedawno karany dyscyplinarnie za zgubienie broni służbowej na skwerze, po biesiadzie z kamratami. Dino nie przyznał się do poturbowania interesanta, jakkolwiek nie wyparł się osobistego osadzenia go w piekiełku. Na rozprawie zaprzeczył wszystkiemu, tłumaczšc, że mataczył w œledztwie, gdyż stosowałam wobec niego przymus fizyczny. Obrońca, wielka dama polskiej adwokatury, teatralnym szeptem zażšdała, żeby nie plótł głupot (wyraziwszy to bulwarowo). Sšd nie podzielił mojego stanowiska, że sprawca powinien odpowiadać za ciężkie uszkodzenie ciała w rozumieniu art. 155 § 1 pkt 1 k.k. z 1969 r. Skonstatował, że było to jedynie uszkodzenie zwykłe, czyli naruszajšce czynnoœci okaleczonego narzšdu na czas powyżej siedmiu dni (czego zakazywał następny przepis tego samego aktu prawnego), jakkolwiek bardzo poważne. Narowisty Dino nie dowierzał uszom, gdy usłyszał, że będzie pensjonariuszem zakładu karnego aż cztery najbliższe lata.

Takimi opowieœciami większoœć prokuratorów ze stażem służbowym bliskim mojemu, a przy okazji – wiekowi metrykalnemu niejednego wiceministra, mogłaby sypać jak z rękawa. Nie zamierzam wszak ich w tym wyręczać. W swoim imieniu i na swoje ryzyko pragnę poruszyć jeszcze jednš kwestię. Przedstawia ona, przynajmniej dla mnie, znaczenie fundamentalne.

Skutek rozbieżnoœci

Wspólnym mianownikiem wspomnianych, a także setek innych spraw karnych, jakie los zaksięgował na mym koncie, był przywilej możnoœci zajmowania się nimi w spokoju. Bez prób reżyserowania ich biegu przez przełożonych jakiegokolwiek szczebla. Owszem, niekiedy musiałam odburkiwać na pytania o dowody na wsparcie weryfikowanych wersji œledczych. Nie brakowało też wyrazów niedowierzania czy bodaj niechęci ze strony œrodowisk reprezentowanych przez danego VIP-a, w mikro lub makroskali. Pamiętam wreszcie pojedyncze przypadki rozbieżnoœci w stanowisku moim i szefa.

W ostatniej konfiguracji raz, wielce urażona, zamknęłam się na dwie godziny w gabinecie służbowym i nie chciałam z nikim rozmawiać (gdy szef uznał, że to on podpisze nie najgorzej przygotowane przeze mnie zażalenie do Sšdu Najwyższego). Innym razem przystšpiłam do relokacji akt œledztwa do gabinetu szefa (gdy w chwili w zwštpienia zalecił, bym nie zakłócała spokoju publicznego wnioskiem do sšdu o tymczasowe aresztowanie dwóch byłych senatorów, podejrzanych o potężne malwersacje finansowe, dwa dni po wygaœnięciu ich mandatów na skutek rozwišzania parlamentu). Identycznie zareagowałam na propozycję uwolnienia mnie od ciężaru zawiadywania informacjami udzielanymi mediom w bloku postępowań zwišzanych z upadkiem zakładu ubezpieczeń pod nazwš „Westa", wœród których dziœ wyróżniałoby się tamto po raz pierwszy w historii zakończone wyrokiem skazujšcym za nielegalnš działalnoœć parabankowš (w ramach pewnej spółki akcyjnej z siedzibš w Rzeszowie). W pozostałych przypadkach prosiłam o wyłšczenie mnie od udziału w sprawie, co zostało wysłuchane.

Acha, zapomniałabym dodać, że byt dawnej prokuratury generalnej oraz jej następców prawnych, nie wyłšczajšc Departamentu Prokuratury w Ministerstwie Sprawiedliwoœci, był dla mnie dogmatem, którego nikt nie musiał mi udowadniać ani testować na mym grzbiecie. I nie usiłował. Oddawałam mu należnš czeœć z reguły zaocznie, a w najgorszym razie podczas zbiorowych narad lub szkoleń służbowych. Kto kokietował politykę, uginał się przed niš na własne życzenie. Tak jak teraz.

To dzięki tym doœwiadczeniom już mniej więcej przed 35 laty nabrałam przekonania, przypuszczalnie nie w osamotnieniu, że zawodu prokuratora nie sposób wykonywać bez gwarancji niezależnoœci przy podejmowaniu decyzji procesowych. Jeœliby ktoœ znów zapytał, dlaczego tak uważam, odpowiedziałabym niezmiennie: dlatego, że tylko taki model wyrabia poczucie odpowiedzialnoœci za wynik sprawy. Inaczej należałoby odcišżyć budżet metodš rezygnacji z prokuratury. Wystarczyłyby specsłużby pod kierownictwem sędziów œledczych (niezawisłych i bez prezesów z namaszczenia władz zwierzchnich!). Miłoœnikom sterowania sprawami z tronów jestem gotowa cierpliwie tłumaczyć: panowie, nihil novi sub sole. Już to przerabiano, lecz się nie udawało. Szkoda czasu, kasy i matczynych łez. Żyjemy w roku siedemnastym trzeciego tysišclecia.

Autorka jest prokuratorem Prokuratury Generalnej w stanie spoczynku

ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL