Prezydent USA

Chrabota: Rekolekcje z Trumpa w Warszawie

AFP
Eksperci narzekają, że Donald Trump – jako klasyczny przedstawiciel postpolityki – mówi, co mu napisano, i nie przywiązuje do słów większej wagi.

Nie on jeden i nie od dziś. Historia przypomina, że słowa, a zwłaszcza wystąpienia publiczne, były, są i będą bardziej instrumentem polityki niż wykładnią poglądów. Słowa mają mobilizować, stabilizować (bądź destabilizować) nastroje, zagrzewać do boju lub schładzać emocje. Świadom mocy tego instrumentu polityk posługuje się więc nimi jak szermierz szpadą i bardzo nie lubi, gdy się go post factum z nich rozlicza. Trump w Warszawie szermierzem okazał się doskonałym. Tak doskonałym, że przy okazji odsłonił kulisy swojego warsztatu.

Jego przyjęte entuzjastycznie przemówienie, napisane i wygłoszone w sposób niezwykle profesjonalny, miało trzy cele. Po pierwsze, wykazać aspiracje Trumpa do pełnienia roli światowego przywództwa. Po drugie, zatrzeć wrażenie przynajmniej sceptycznego dotąd stosunku do Unii Europejskiej. Po trzecie – co pewnie najmniej ważne – kupić entuzjazm Polaków.

Ten ostatni cel został osiągnięty w całości, choć musi trochę boleć instrumentalne wykorzystanie na scenę tego spektaklu miejsca pamięci narodowej. Cel numer dwa też wybrzmiał dostatecznie głośno. Trump w Warszawie nie tylko nie dystansował się od Unii, ale wręcz ją sakralizował (silna Europa błogosławieństwem dla świata). Charakterystyczne były jednak wątki dystansu do świata rozbudowanej „administracji", czego nad Wisłą nie zrozumiano, ale w Brukseli musiano odebrać jednoznacznie.

I kwestia ostatnia. Trump na czele zjednoczonej ludzkości. Te wątki wybrzmiały najgłośniej. Donald Trump, wielokrotnie nawiązując do obrony cywilizacji, wspólnych wartości, konieczności walki z przeciwnikami tychże wartości, przedstawił siebie samego jako strażnika światowego porządku, a przynajmniej wyartykułował swoje aspiracje. Dla smakoszy jego megalomanii to nic nowego, ale na forum światowej polityki wątek dotąd tak wyraźnie nieakcentowany.

Do tej pory to Ameryka była dla niego „first", a priorytetem – jej izolacja od wspólnych dylematów świata (globalne ocieplenie, strefy wolnego handlu, problemy migracyjne). W Warszawie zobaczyliśmy Donalda Trumpa w nowej roli. To rola wojownika, Dziewicy Orleańskiej, która w imię Boga i wspólnych wartości chce stanąć do boju na czele świata. Jeśli wyjęte z nawiasów retoryki słowa cokolwiek znaczą, to właśnie o to chodziło prezydentowi Stanów Zjednoczonych.

Warto podkreślić wyraźną retorykę wojenną. Trump chce walczyć, bronić cywilizacji, a nie rozwiązywać jej problemy (środowisko) czy nakłaniać do współpracy (wolny handel).

W którym momencie odsłonił warsztat? Trudno nie mieć wrażenia, że był tak mocno skupiony na swoich celach, że niemal nie zauważył „Trójmorza" i słowem się nie zająknął o bohaterstwie jego narodów. Asystujący mu podczas przemówienia ich reprezentanci musieli się czuć bardzo rozczarowani. Co prawda wspomniał o Lechu Wałęsie, ale i tak wszystko, co mówił, było jak czytane z partytury nakreślonej przez rządzących dziś w Warszawie. Oni też sprawili się jak trzeba. Spektakl dla Donalda Trumpa zrealizowali perfekcyjnie.

Tyle o słowach i teatrze jednego aktora. I jeszcze o faktach. Z tymi nieco gorzej. Kwestia artykułu 5. paktu północnoatlantyckiego wybrzmiała dość cicho. Gwarancji obecności jednostek amerykańskich nad Wisłą nie ma. Gaz z USA już kupujemy. Patrioty wynegocjował już kiedyś minister Tomasz Siemoniak, a drażliwa kwestia wiz w ogóle się nie pojawiła. Kochać więc Trumpa – jak tego chce władza – bezwarunkowo? Chyba jednak się nie da, bo po placu Krasińskich było rendez-vous z Putinem w Hamburgu. A tam padały już całkiem inne słowa.

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL