Prezydent USA

Donald Trump wprowadził Kim Dzong Una na salony

Przywódcy Korei Północnej czekali na tę chwilę od 65 lat. Kim Dzong Un i Donald Trump rozmawiają jak równi partnerzy.
AFP
Z chwilą, gdy prezydent uścisnął dłoń dyktatora, Korea Północna przestała być pariasem. Co Ameryka dostała w zamian, dopiero się okaże.

Atmosferę szczytu chyba najlepiej oddał północnokoreański dyktator.

– Gdy ludzi zobaczą nas w telewizji, pomyślą, że to jest scena z jakiegoś filmu science fiction – powiedział amerykańskiemu prezydentowi chwilę po tym, jak we wtorek rano po raz pierwszy spotkali się w luksusowym hotelu na wyspie Sentosa u wybrzeży Singapuru.

I rzeczywiście, jeszcze pół roku temu Trump nazywał Kima „człowieczkiem-rakietą" i groził, że uwolni przeciw jego państwu falę „ognia i gniewu, jakiej świat nie widział". To była odpowiedź na spełnienie przez Kim Dzong Una planu, który zainicjował trzy dekady wcześniej jego dziadek Kim Ir Sen: budowy wiarygodnego arsenału jądrowego mogącego zagrozić już nie tylko Japonii i Korei Południowej, ale i samej Ameryce.

Jednak we wtorek miliarder mówił już o Kimie, że jest „szlachetnym człowiekiem" i po zaledwie 45 minutach rozmów z udziałem jedynie tłumaczy uznał, że udało mu się z nim „zbudować niezwykłą relację". Przywódca Korei Północnej zachował większą wstrzemięźliwość, ale i on przyznał, że „choć przeszłość ciągnęła nas do tyłu, udało się przełamać trudności i zapoczątkować nowy etap historii".

Negocjacje o rozbrojeniu nuklearnym do tej pory wyglądały zupełnie inaczej. Przykład: Michaił Gorbaczow i Ronald Reagan po raz pierwszy wspomnieli o możliwości zawarcia układu o redukcji broni średniego zasięgu (INF) latem 1985 r., ale dopiero w grudniu 1987 r., po setkach spotkań ekspertów, obu przywódcom udało się podpisać porozumienie w tej sprawie.

W Singapurze było zupełnie inaczej. Mimo nacisku Amerykanów północnokoreańscy negocjatorzy nie zgodzili się na uzgodnienie szczegółowego dokumentu przed spotkaniem Kima i Trumpa. Ten powstawał więc w trakcie szczytu „na gorąco".

– Nie spałem przez ostatnie 22 godziny, to był czas bardzo intensywnej pracy – przyznał na końcowej konferencji prasowej Trump.

Dokument pozostał jednak z konieczności bardzo ogólny. Korea Północna zobowiązała się w nim do „działania na rzecz pełnej denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego". W trakcie negocjacji wypadły z tekstu przymiotniki „weryfikowalnej i nieodwracalnej". Nie zapisano też żadnego kalendarza. Pjongjang poszerzył za to obszar, z którego miałaby zniknąć broń jądrowa. A to, przy maksymalnej interpretacji, mogłoby oznaczać nie tylko wycofanie 32 tys. amerykańskich żołnierzy stacjonujących w Korei Południowej, ale też przenoszących bomby atomowe samolotów stacjonujących na wyspie Guam, a nawet baz rakietowych na Alasce.

Ale także zobowiązania, jakie podjęła Ameryka, pozostają bardzo mgliste. Chodzi bowiem o „przyznanie gwarancji bezpieczeństwa" dla KRLD.

Już po spotkaniu, gdy Kim był w drodze do domu, Trump podał więcej szczegółów porozumienia. Jego zdaniem sankcje wobec Pjongjangu pozostaną w mocy, dopóki nie będzie osiągnięty namacalny postęp w procesie denuklearyzacji. Prezydent przyznał, że „naukowo rzecz biorąc", ten proces będzie „długi", ale też rozpocznie się „bardzo szybko". I, jego zdaniem, już na wstępnym etapie północnokoreańska broń jądrowa będzie „nie do użycia". Już w przyszłym tygodniu sekretarz stanu Mike Pompeo ma polecieć do Pjongjangu, aby kontynuować rozmowy o wprowadzeniu w życie porozumienia z Singapuru.

Co prawda, oświadczył Trump, nie ma na razie mowy o wycofaniu amerykańskich wojsk z Korei Południowej, ale Waszyngton wstrzyma doroczne manewry, które zdaniem prezydenta są nie tylko „bardzo kosztowne", ale też „niezwykle prowokacyjne". Miliarder ujawnił też, że wstrzymał wprowadzenie w życie „300 nowych, niezwykle potężnych" sankcji, jakie Waszyngton przygotował przeciw Korei Północnej. Nie wykluczył nawet, że w razie postępu w rozbrojeniu nuklearnym przyjąłby zaproszenie do Pjongjangu i sam zaprosiłby Kima do Białego Domu.

Ale jednocześnie w rozmowach z Kimem Trumpowi towarzyszył doradca ds. bezpieczeństwa John Bolton, który jeszcze niedawno doprowadził północnokoreańskiego dyktatora do furii, mówiąc, że wzorem powinna być umowa o jednostronnym rozbrojeniu jądrowym zawarta w 2003 r. z Libią. W jej wyniku w 2011 r. Muammar Kaddafi nie mógł oprzeć się francusko-brytyjskiej interwencji i w końcu został zamordowany. Obecność Boltona była więc sygnałem, że powrót do polityki siły jest zawsze możliwy.

Na gesty pojednania zdobył się jednak także komunistyczny dyktator. Zapowiedział, że prochy żołnierzy amerykańskich i żołnierzy południowokoreańskich, którzy zginęli w latach 1950–1953, udało się zidentyfikować, zostaną przekazane rodzinom. Chodzi o przeszło 6 tys. takich przypadków. Ogłosił też zniszczenie poligonu, gdzie testowano silniki rakietowe.

Eksperci oceniają, że w kraju Kima osadzonych jest w obozach koncentracyjnych ok. 100 tys. osób. Ale w Singapurze Trump systematycznie zbywał ogólnikami pytania o prawa człowieka. Od chwili, gdy po podaniu dłoni Kimowi chwycił poufale jego przedramię i wskazał miejsce, gdzie mają się spotkać, jakby scena odbywała się w jego letniej rezydencji w Mar-a-Lago na Florydzie, prezydent użył całego swojego talentu uwodzicielskiego.

– To jest człowiek wybitny, takich może jest 1 na 10 tys. Przecież w wieku 26 lat przejął kontrolę nad całym państwem – chwalił brutalnego dyktatora.

I rzeczywiście, mimo ogromnej presji Kim nie tylko zachował spokój, ale nawet więcej uśmiechał się do Trumpa. Ale w Singapurze tak naprawdę nie był sam: stale stał za nim, choć obecny tylko duchem, znacznie potężniejszy patron, przywódca Chin Xi Jinping, który nawet udostępnił mu jumbo jeta jednej z chińskich linii lotniczych.

Trump, który nie chciał, aby ktoś mu skradł show na szczycie, o Chińczyku wspominał niechętnie. Ale w końcu przyznał: zadzwonię do niego już w drodze powrotnej, z samolotu. ©?

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL