Polska w strefie euro?

Kleiber: Do euro - nie czy, ale kiedy i jak

Fotorzepa, Jerzy Dudek
Wydaje się pewne, że Berlin i Paryż rozpoczną agresywny lobbing na rzecz gruntownego przemodelowania strefy euro. Warto się więc zastanowić, czego konkretnie powinniśmy od niej oczekiwać, aby stała się magnesem, a nie zagrożeniem dla państw takich jak Polska – pisze były prezes PAN.

Przy wszystkich wyzwaniach, wobec których stoimy, zadawane w kontekście naszego członkostwa w UE pytanie „wejść czy nie wejść do strefy euro" wydaje się wzbudzać najwięcej emocji. Nie powinno nas to dziwić, odpowiedź na to pytanie ma bowiem rzeczywiście fundamentalne znaczenie – zarówno gospodarcze, co dostrzegają wszyscy dyskutanci, jak i polityczne, czego wielu z nich nie docenia. Ale na tym nie koniec, sprawa miałaby bowiem także olbrzymie znaczenie psychologiczne, rozumiane jako wpływ zmiany waluty na nasze codzienne emocje i sposób rozumienia otaczającego nas świata.

Decyduje polityka gospodarcza

Dyskutując o wspólnej europejskiej walucie, mamy z zasady na myśli dwie grupy spraw – sytuację w dzisiejszej strefie euro z jednej strony, a korzyści bądź problemy naszego kraju po ewentualnym wejściu do tej strefy z drugiej. Sprawy te nie są oczywiście rozłączne – gdyby strefa euro przeżywała, jak chcą niektórzy, fundamentalny kryzys zagrażający wręcz jej istnieniu, wchodzenie do niej nie miałoby przecież żadnego sensu. Z drugiej strony nawet najlepiej funkcjonująca wspólna waluta nie przesądza o zasadności bezrefleksyjnej jej akceptacji u nas.

Spróbujmy odpowiedzieć na pytanie o dzisiejszy stan strefy euro i rysującą się przed nią przyszłość. Przywoływany w wypowiedziach wielu polskich polityków i niektórych ekspertów rzekomo wbudowany w samą ideę wspólnej waluty jej niepokonywalny kryzys jest nośnikiem emocji w znacznym stopniu determinujących krytyczny stosunek polskiego społeczeństwa do przyjęcia euro. Inni eksperci widzą jednak sytuację zupełnie odmiennie, przypisując kłopoty państw strefy euro nie wspólnej walucie, lecz błędnej polityce gospodarczej poszczególnych państw.

Weźmy koronny spośród przywoływanych przykładów, czyli kryzys finansowy w Grecji. Nie ulega wątpliwości, że do kryzysu doprowadziły tam w pierwszej kolejności brak dyscypliny finansowej, rozdęte przywileje socjalne czy wręcz notoryczne fałszowanie statystyk budżetowych. Brak możliwości prowadzenia własnej polityki kursu waluty i stóp procentowych oczywiście dodatkowo pogłębił kryzys, ale był chyba jednak tylko wtórną przyczyną kłopotu.

W istocie sytuację w Grecji można traktować jako potwierdzenie ogólnej zasady – o kondycji finansów państwa decyduje przede wszystkim jego polityka gospodarcza. Jeśli jest racjonalna i dalekosiężna, to wspólna waluta pomaga w jej realizacji niezależnie od poziomu rozwoju kraju, jeśli jest nieodpowiedzialna – euro ją dodatkowo pogarsza. Konsekwencje problemów strukturalnych w krajach takich jak Francja, Włochy czy Hiszpania potwierdzają tę zasadę – przyczyn obniżenia konkurencyjności gospodarki francuskiej należałoby szukać raczej w regulacjach ujętych w rozbudowanym kodeksie pracy niż w przynależności tego kraju do strefy euro.

W krajach prowadzących odpowiedzialną politykę gospodarczą ekonomiczne zalety wspólnego pieniądza zdecydowanie przewyższają ewentualne problemy. Do zalet tych w przypadku Polski należą m.in. redukcja kosztów transakcyjnych i ryzyka kursowego, poprawa pozycji kraju na rynkach międzynarodowych, a w szczególności ułatwienie wymiany handlowej w ramach UE, obniżenie kosztów kredytów i rozwiązanie problemu kredytów hipotecznych zaciągniętych w euro bądź we frankach szwajcarskich, ułatwienie księgowości czy wreszcie korzyści dla turystów, którzy nie musieliby wymieniać złotego na euro i na odwrót.

Od błędów do niepewności

Nie da się jednak ukryć, że istnieją także poważne wady wspólnej waluty w obecnej postaci. Euro jest w opinii wielu ekspertów ideą ciągle niedokończoną i nieprzygotowaną na stawianie czoła przyszłym kryzysom. Brakuje mu przede wszystkim politycznych i fiskalnych instytucji typowych dla narodowych walut. Tworzenie i szczodre wykorzystywanie przez Europejski Bank Centralny funduszu ratunkowego, co miało miejsce w trakcie ostatniego kryzysu, nie jest z pewnością właściwym rozwiązaniem na przyszłość. Poważna reforma strefy euro wydaje się nieunikniona.

Wprowadzenie wspólnej waluty w 1999 r. automatycznie odebrało krajom uczestniczącym w tym wyjątkowym w skali świata eksperymencie prawo do starań o zwiększenie swej konkurencyjności na drodze dewaluacji narodowych walut. Ze względu na ciągle istniejące w UE ograniczenia regulacyjne i kulturowe tylko w niewielkim stopniu złagodziły problem mobilność siły roboczej i swoboda transferowania pieniędzy. Rządy państw najboleśniej dotkniętych kryzysem, Grecji, Portugalii czy Hiszpanii, ratowały sytuację, udzielając potrzebującym wsparcia finansowego i prowadząc surową politykę oszczędnościową, oczywiście bardzo niepopularną w społeczeństwach tych państw. Niespodziewanie euro zamiast być instrumentem konwergencji stało się czynnikiem różnicującym państwa bogate i biedne – widać to było na przykład po zachowaniu się stóp bezrobocia w tych krajach.

To wszystko doprowadziło w państwach strefy euro do głębokiej niepewności dotyczącej dalszych losów wspólnej waluty. Kraje zadłużone przyzwyczaiły się do tanich kredytów z Europejskiego Banku Centralnego i nie spieszą się z niezbędnymi reformami swych systemów finansowych, Niemcy – aby uniknąć posądzeń o chęć dominacji – tylko bardzo ostrożnie artykułują potrzebę zasadniczych zmian w polityce fiskalnej w państwach strefy, nowy prezydent Francji też opowiada się wprawdzie za niezbędnym uzdrowieniem całego systemu, w sumie brakuje jednak ostatecznego impulsu politycznego do wiążącej debaty na ten temat. Trudno uwierzyć, że rolę tę odegra niedawno opublikowany raport Komisji Europejskiej, któremu daleko do kompletności proponowanych rozwiązań.

Trzymać się reguł

Myśląc realnie i biorąc pod uwagę potęgę gospodarczą i polityczne znaczenie Niemiec, z jakimikolwiek konkretnymi propozycjami prawdopodobnie będziemy musieli poczekać do nadchodzących wyborów w tym kraju. Wydaje się pewne, że Berlin i Paryż rozpoczną wtedy agresywny lobbing na rzecz gruntownego przemodelowania zasad funkcjonowania całej Unii, a strefy euro – traktowanej jako rozwojowy motor wspólnoty – w szczególności. Warto się więc zastanowić, czego konkretnie powinniśmy oczekiwać od strefy euro, aby stała się ona magnesem, a nie zagrożeniem dla państw takich jak Polska.

Przede wszystkim, kraje strefy powinny rygorystycznie przestrzegać fiskalnych i monetarnych kryteriów ustalonych w Maastricht – wiemy, że powszechne były odstępstwa od tych zasad. Podstawową zasadą nowej strategii będzie jednak zapewne głęboka reforma polityczna w Unii legitymizująca decyzje dotyczące podziału ryzyka pomiędzy państwami. To jedyna droga do podporządkowania systemu wspólnej waluty ścisłemu rygorowi rynkowemu.

Elementami tego staną się zapewne tzw. unia bankowa i możliwość koordynacji polityki fiskalnej, co zresztą bynajmniej nie oznacza uniformizacji podatków.

Po jakim kursie

Jakie wnioski dla Polski? Najważniejszy jest ten, że niezależnie od aktualnych kłopotów w strefie euro zasadność naszego przyszłego wejścia do tej strefy nie powinna podlegać dyskusji. Deklaracje o naszej gotowości do wypełnienia naszego zobowiązania w tej sprawie, podjętego w momencie przystąpienia do Unii (art. 131 traktatu akcesyjnego), byłyby niezwykle ważne w kontekście obecnych ożywionych dyskusji na temat dalszego funkcjonowania Wspólnoty i wpływu poszczególnych państw na jej przyszłość. Należy o tym dobitnie mówić, nie przesądzając czasu potrzebnego nam na prawidłowe przygotowanie się do ostatecznego podjęcia decyzji o wejściu do euro – dyskusje nad zmianą regulacji rządzących tą strefą, utrwalony sceptycyzm społeczeństwa i prawdopodobna konieczność zmiany konstytucji uniemożliwiają zarysowanie bardziej konkretnego planu naszych działań. Jest raczej niemożliwe, aby jakiekolwiek wiążące decyzje mogły zapaść przed końcem obecnej dekady.

Kluczowym wyzwaniem stojącym przed nami dzisiaj jest jasne sformułowanie warunków, jakie muszą być spełnione w okresie przedakcesyjnym, łącznie z określeniem kursu wymiany złotego na euro zapewniającego stabilność siły nabywczej naszych dochodów z jednej strony, a konkurencyjność gospodarki z drugiej. Z dzisiejszej perspektywy kurs 4 zł za 1 euro wydaje się spełniać te warunki.

Innym warunkiem jest oczywiście sprawa zapisów konstytucji. Słychać co prawda głosy, że jej punkt 1 w artykule 90 mówiący, że „Rzeczpospolita Polska może na podstawie umowy międzynarodowej przekazać organizacji międzynarodowej lub organowi międzynarodowemu kompetencje organów władzy państwowej w niektórych sprawach" umożliwia parlamentowi ominięcie punktu 1 artykułu 227 brzmiącego: „Centralnym bankiem państwa jest Narodowy Bank Polski. Przysługuje mu wyłączne prawo emisji pieniądza oraz ustalania i realizowania polityki pieniężnej", ale sprawa z pewnością wymagałaby gruntownych analiz prawnych.

Więcej polityki niż ekonomii

Wielkim zadaniem polityków i mediów jest racjonalne przedstawianie konsekwencji naszego wejścia do strefy euro, szczególnie w sprawie najbardziej interesującej obywateli, czyli groźby wzrostu cen. Wbrew obiegowym opiniom doświadczenia krajów takich jak Słowacja czy Litwa nie potwierdzają tych obaw, choć ostrożności w tej sprawie (czyli podejmowania odpowiednich działań ochronnych przez władze) nigdy za dużo.

Bardzo ważne jest jasne prezentowanie opinii publicznej istoty naszych korzyści z członkostwa w Unii. Patrząc perspektywicznie, nie są to przecież ograniczone w czasie (do końca obecnego budżetu Unii Europejskiej) wielkie transfery finansowe, ale możliwość uczestnictwa we wspólnym unijnym rynku. A w obliczu z pewnością zacieśniających się w przyszłości powiązań pomiędzy najbardziej wpływowymi państwami członkowskimi dla pełnego wykorzystania tej możliwości przyjęcie euro ma znaczenie zasadnicze.

Niezależnie od wszystkich argumentów ekonomicznych powiedzmy jednak na koniec, że dla naszego kraju decyzja o wprowadzeniu euro – niezależnie od momentu jej podjęcia – mieć będzie znacznie bardziej charakter polityczny niż ekonomiczny. Do jej podjęcia skłoni nas raczej obawa przed utratą szans na obecność w pierwszej unijnej lidze decyzyjnej, a nie raptem zidentyfikowana potrzeba gospodarcza. Pytanie, kiedy to sobie dobitnie uświadomimy, pozostanie jeszcze chyba długo bez odpowiedzi.

Innymi słowy, odpowiedź na zadane w tytule pytania powinna brzmieć tak: kiedy euro? – po zebraniu doświadczeń z funkcjonowania odnowionej strefy euro i zrozumieniu przez większość obywateli korzyści z przebywania wśród głównych politycznych decydentów unijnych, jak je wprowadzać? – po dokładnie przemyślanym kursie wymiany waluty, w warunkach stabilnej, proinnowacyjnej polityki gospodarczej.

Autor jest profesorem w Polskiej Akademii Nauk, jej byłym prezesem. Był ministrem nauki

Śródtytuły od redakcji

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL