Będą podwyżki dla członków rządu. Najbardziej skorzysta Beata Szydło

aktualizacja: 16.02.2017, 14:19
Foto: Fotorzepa, Jerzy Dudek

Rewolucja w płacach ministrów. Dostaną podwyżki, ale stracą je, gdy gospodarka zahamuje.

REDAKCJA POLECA

Premier Beata Szydło zarabia miesięcznie 16,7 tys. zł brutto. Jej pensja ma wzrosnąć do 24,1 tys. zł. To ona najbardziej zyska na ustawie, którą podczas rozpoczynającego się we wtorek posiedzenia Sejmu chce przeforsować PiS.

„Rzeczpospolita" dotarła do jej projektu. Zakłada, że od 4 do 5 tys. zł wzrosną też wynagrodzenia m.in. prezydenta, wicepremierów, ministrów, wiceministrów i wojewodów. Po raz pierwszy pensję dostanie pierwsza dama. Najmniej zyskają posłowie i senatorowie – ok. 2,7 tys. miesięcznie. Powód podwyżek? PiS uzasadnia, że uposażenia osób na stanowiskach kierowniczych są zamrożone od 2008 r.

– Obecnie wiceministrowie w randze podsekretarza stanu zarabiają ok. 7 tys. zł netto, a sprawują nadzór nad wielomiliardowymi budżetami. Z tego powodu wybitni fachowcy często odmawiają pracy w rządzie – mówi poseł PiS Łukasz Schreiber, który ma prowadzić ustawę w Sejmie.

Zauważa, że w ministerstwach dyrektorzy często zarabiają więcej od swoich szefów. W kwietniu Kancelaria Premiera przygotowała zestawienie, z którego wynika, że 19 z 20 dyrektorów generalnych w resortach miało wynagrodzenie wyższe od ministrów, 13 – od premier Szydło, a jeden – od prezydenta Andrzeja Dudy.

Takie sytuacje mają teraz zdarzać się sporadycznie. W dodatku nowelizacja ustawy o wynagrodzeniu osób zajmujących kierownicze stanowiska wprowadza nowatorski mechanizm powiązania zarobków z sytuacją gospodarczą w kraju. Pensje urzędników mają zależeć od wynagrodzenia minimalnego i przeciętnego, wzrostu PKB w ostatnich trzech latach, a nawet od wartości tzw. współczynnika Giniego, zwanego wskaźnikiem nierówności społecznej.

Oznacza to, że w przypadku zahamowania gospodarki najważniejsi politycy dostaną po kieszeni. – Obecnie mamy średni trzyletni wzrost PKB 3,57 proc. Jeśli spadnie do 2 proc., prezydent będzie miał wynagrodzenie o 1,5 tys. zł niższe od obecnego. Z kolei jeśli współczynnik Giniego wzrośnie z obecnego poziomu 0,308 do 0,320, stratni będą ministrowie – mówi jeden z rządowych urzędników.

Zdaniem Schreibera w efekcie pensje ministrów będą zależne od stanu gospodarki tak jak zarobki menedżerów od wyników firm. Mimo to wątpliwości ma opozycja. – Rząd dba o siebie zamiast o obywateli. Wolałbym, aby ministrowie dostawali premię za usuwanie zbędnych przepisów – mówi wicemarszałek Sejmu Stanisław Tyszka z Kukiz'15.

POLECAMY

KOMENTARZE