Polityka

Krzysztof Pusz: Wałęsa chciał, żeby Jaruzelski został prezydentem

Sejm, 1990 rok: Lech Wałęsa, Krzysztof Pusz, Bronisław Geremek
Rzeczpospolita/ Anna Pietuszko
Na nasze protesty Lechu odpowiedział, że to nie czas na odsunięcie komunistów. Byłem tym trochę zbulwersowany, bo niby dlaczego komuch miał być głową państwa. No, ale stało się - mówi Krzysztof Pusz, szef gabinetu Lecha Wałęsy.

Plus Minus: Przez lata był pan najbliższym współpracownikiem Lecha Wałęsy. Później wasze drogi się rozeszły. A teraz jest pan szefem jego fundacji. Wasze relacje zatoczyły koło?

Krzysztof Pusz: Tak naprawdę nigdy nie zerwałem kontaktów z Lechem Wałęsą, nawet wówczas, gdy przestałem z nim współpracować. Zostałem szefem jego fundacji, żeby ją zlikwidować i uratować Instytut im. Lecha Wałęsy, który popadł w ogromne długi.

Jak do tego doszło?

Wszystko zależy od osób, które to prowadziły. Gdy dorwał się do tego Mieczysław Wachowski, skończyło się długami. On po prostu oszukiwał Wałęsę i tyle. Zgłosiliśmy sprawę do prokuratury, bo inaczej nas by to obciążyło. Niech się prokuratura tym zajmuje.

O Mieczysławie Wachowskim w latach 90. mówiono, że był złym duchem prezydenta Lecha Wałęsy.

I rzeczywiście tak było. Osobiście miałem z nim nieprzyjemne przejścia. To był facet, który przy prezydencie udawał mojego najlepszego przyjaciela, a gdy tylko Lechu się odwrócił, wbijał mi nóż w plecy. Kiedyś lecieliśmy do Gdańska, akurat miałem urodziny i gdy wszedłem do salonki prezydenckiej, on pierwszy rzucił się składać mi życzenia. Zareagowałem na to dosyć chłodno i potem wysłuchiwałem od Lecha, że Wachowski podchodzi do mnie, jak do przyjaciela, a ja traktuję go jak wroga. Wachowski był mistrzem rozgrywek, a ja nie potrafiłem zareagować w odpowiedni sposób i w rezultacie przez niego odszedłem z Kancelarii Prezydenta.

Jak to się stało, że znalazł się pan w bezpośrednim otoczeniu Wałęsy?

Przy Wałęsie byłem od 1984 roku. Gdy wyszedłem z podziemia po zawieszeniu stanu wojennego, poszliśmy do niego z Bogdanem Lisem, porozmawiać co dalej. Przypadliśmy sobie wtedy z Wałęsą do gustu i postanowiłem z nim pracować. Przez lata, aż do wyborów prezydenckich w 1990 roku, byłem jego najbliższym współpracownikiem – szefem biura Wałęsy w jego domu, później, gdy Solidarność została reaktywowana, pełniłem funkcję jego sekretarza, szefa jego gabinetu i dyrektora Biura Krajowego Solidarności. Miałem bardzo mocną pozycję, z czego nigdy nie zrobiłem użytku. Każdy, kto miał jakąś sprawę do Wałęsy, przychodził do mnie. A wtedy cały świat chciał się spotykać z Wałęsą – politycy, biznesmeni, aktorzy. Był u nas nawet Robert De Niro. Wszyscy chcieli z Wałęsą rozmawiać i uścisnąć mu rękę. Spotkań była nieprawdopodobna liczba. Dla nas to był olbrzymi honor. Ale wiadomo, jaki jest Lechu. Niechętnie spotykał się z ludźmi, czasami musiałem go do tego zmuszać.

Solidarność została reaktywowana na mocy porozumień Okrągłego Stołu i ten czas po reaktywacji był jak jedno wielkie święto. Ale niektóre środowiska opozycyjne nie były zadowolone z tych rozmów. Jak pan do tego podchodził?

Część naszych kolegów z opozycji kontestowała Okrągły Stół, np. Bronek Komorowski. Nie potrafiłem tego zrozumieć wtedy i nie rozumiem do dzisiaj. Skoro w sposób pokojowy pokonaliśmy komunę, to dlaczego niektórzy byli temu przeciwni? Nie było innych możliwości, żeby wygrać z komunistami. Przecież nie mogliśmy wypowiedzieć im wojny. Lechu cały Okrągły Stół rozegrał w bardzo cwany sposób. Pamiętam, jakie były walki, żeby przy Okrągłym Stole usiedli Adam Michnik i Jacek Kuroń. Komuniści nie chcieli się na to zgodzić, Michnik z Kuroniem chcieli odpuścić, a Wałęsa się uparł i powiedział, że bez nich nie będzie żadnych rozmów. Tylko dzięki niemu Michnik i Kuroń uczestniczyli w tych obradach. Dlatego gdy pojawiły się oskarżenia, że Lechu był agentem, tylko się z tego śmiałem.

Dlaczego?

Dlatego, że Lechu w latach 80. twardo stawiał się komunistom, co widziałem na własne oczy. A gdyby był agentem, to na pewno komuniści staraliby się to wykorzystać, zaszantażować go i zmusić do uległości. Nie było czegoś takiego. Dlatego nigdy nie uwierzę, że miał coś wspólnego z SB.

W IPN są dokumenty potwierdzające jego współpracę z SB w latach 70.

Ja ich nie widziałem. Nie wykluczam, że gdy przywracano zwolnionych stoczniowców do pracy, po wydarzeniach Grudnia '70, podpisywali oni tzw. lojalki. Lechu też mógł coś takiego podpisać, ale nic więcej.

W czerwcu 1989 roku wszyscy najważniejsi ludzie Solidarności kandydowali do Sejmu lub Senatu. Pan jednak nie. Dlaczego?

W moim przypadku to nie wchodziło w grę. Byłem najbliższą osobą przy Wałęsie i nawet mi to do głowy nie przyszło. Zresztą Wałęsa by się na to nie zgodził. Gdy dostałem propozycję z rządu Tadeusza Mazowieckiego objęcia stanowiska wojewody gdańskiego, jeszcze przed Maciejem Płażyńskim, Wałęsa na mnie nakrzyczał, że mam dość pracy przy nim. I nie zostałem wojewodą.

Będąc przy Wałęsie, obserwował pan, co się działo między wyborami z czerwca 1989 roku a wyborami prezydenckimi w 1990 roku. Widział pan tzw. wojnę na górze, czyli spór między Wałęsą a Mazowieckim i środowiskiem „Gazety Wyborczej".

Pierwszy rozdźwięk pojawił się już podczas tworzenia rządu Tadeusza Mazowieckiego. Pojechałem z Wałęsą do Urzędu Rady Ministrów na spotkanie z premierem. Był tylko on i Jacek Ambroziak. Wałęsa chciał mieć udział w tworzeniu gabinetu, ale Mazowiecki nie przyjął żadnych jego sugestii personalnych. Powiedział, że to jest jego sprawa, on jest premierem i będzie decydował, kto znajdzie się w rządzie. Później spotkaliśmy się jeszcze raz w tym samym składzie. Było już wiadomo, że Lech będzie kandydował na prezydenta. Mazowiecki powiedział w dość nieprzyjemny sposób, że też będzie walczył o prezydenturę.

Co pan o tym myślał?

Dla mnie to było bardzo trudne. Ogromnie przeżyłem odsunięcie się Wałęsy od środowiska późniejszej Unii Demokratycznej i zbliżenie ze środowiskiem braci Kaczyńskich. Jednocześnie Michnik i Geremek uważali, że to nie był czas, żeby Lechu zostawał prezydentem. Że może później. Geremek przekonywał mnie, że komuniści jeszcze nie odeszli, że się odbudują, będą odgrywać znaczącą rolę, a reformy sprawią, iż ludzie odwrócą się od rządu solidarnościowego. Według nich Lechu w takiej sytuacji powinien odgrywać rolę trybuna ludowego, który w odpowiednim momencie, gdy pojawi się duże niezadowolenie społeczne, będzie tonował nastroje i ratował reformy.

To takie trochę oszukańcze tłumaczenie?

Mnie w każdym razie nie przekonało.

Chcieli, żeby Lech siedział w Gdańsku, na nic nie miał wpływu, tylko gasił niepokoje społeczne?

Dokładnie tak to sobie wyobrażali. Dla mnie to była niekomfortowa sytuacja, bo z jednej strony bardzo ceniłem Geremka, Kuronia, Mazowieckiego, a z drugiej strony nie mogłem przeboleć, że wystąpili przeciwko Lechowi. Ale to, że Lechu oparł się na braciach Kaczyńskich, też mi się nie podobało i otwarcie to mówiłem. Nie ufałem Kaczyńskim.

Co na to Wałęsa?

Mówił: nie znasz się na polityce. Zakazał mi nawet spotykania się z Michnikiem. Gdy Adam chciał ze mną porozmawiać o sytuacji politycznej, spotykaliśmy się w sopockim lesie. Starałem się, żeby Lechu wrócił do tego środowiska. Sam zresztą nieraz mówił, że bardzo ceni Bronisława Geremka. Ale skoro zdecydował się wystartować w wyborach prezydenckich, musiał mieć jakieś zaplecze. Gdy po raz pierwszy spotkał się z tym swoim nowym zapleczem – pamiętam jak dziś: byli bracia Kaczyńscy, Zdzisław Najder, Jan Olszewski, prof. Jadwiga Staniszkis. To po tym spotkaniu powiedział do mnie: widzisz różnicę? On sam widział, że to nie był poziom Geremka. Potem, jak się rozeszli, Geremek czasem do mnie przyjeżdżał i starałem się ich pogodzić.

Musiał pan przeżywać wewnętrzny konflikt, gdy Lech Wałęsa i Tadeusz Mazowiecki stanęli naprzeciwko sobie w wyborach prezydenckich.

Owszem, ale byłem lojalny wobec Wałęsy. Wie pani, że to ja jako pierwszy powiedziałem, iż Wałęsa będzie walczył o prezydenturę? W 1990 roku zadzwonił do mnie dziennikarz z Wolnej Europy i pytał mnie o plany przewodniczącego Solidarności. Powiedziałem mu, że Lech Wałęsa będzie kandydował na prezydenta Polski. On na to: „A co z Jaruzelskim?". Bo przecież Wojciech Jaruzelski był prezydentem wybranym przez zgromadzenie narodowe. Odpowiedziałem: „Jaruzelskiego zmusimy do rezygnacji". Tak to palnąłem i za chwilę ogromnie się wystraszyłem tego, co powiedziałem. Poszedłem do Lecha, a u niego był akurat Leszek Kaczyński. Siedzieli w altance. Opowiedziałem im tę rozmowę, zdenerwowany, co oni na to, ale Leszek Kaczyński powiedział: „Bardzo dobrze zrobiłeś".

Znał pan plany Wałęsy czy po prostu uważał pan, że tak być powinno?

Wiedziałem, że Lechu chce startować na prezydenta, ale nigdy nie rozmawialiśmy o tym, czy teraz, czy w przyszłości. Ale uważałem, że jemu się ta prezydentura należy. Poza tym nie podobało mi się, że Wojciech Jaruzelski został prezydentem. Kiedy odbywały się wybory Jaruzelskiego na prezydenta w zgromadzeniu narodowym, przyszedł do mnie Leszek Kaczyński i mówił, że trzeba coś zrobić. Lech akurat był na urlopie, całą rodziną siedzieli u siostry Danusi. Pojechaliśmy do niego i mówimy mu, że trzeba zablokować wybór Jaruzelskiego, ale Lechu się nie zgodził. Powiedział: „Niech zostanie prezydentem".

Jakoś to tłumaczył?

Mówił, że trzeba jeszcze poczekać, że to nie czas na odsunięcie komunistów. Byłem tym trochę zbulwersowany, bo niby dlaczego komuch miał zostać prezydentem. No, ale stało się, jak się stało.

A jak pan odebrał decyzję Mazowieckiego, że wystartuje na prezydenta?

Z jednej strony byłem rozczarowany, bo to pogłębiło konflikt między Wałęsą a obozem Mazowieckiego. Z drugiej strony chciało mi się trochę śmiać, bo w momencie, gdy wywalczyliśmy powszechne wybory prezydenckie wiedziałem, że Lech je wygra. Wszyscy z mojego otoczenia tak uważali. Tym bardziej że gdy już rozpoczęliśmy kampanię, okazało się, że na spotkania z Wałęsą przychodzą tysiące ludzi, od których bił entuzjazm. Musieliśmy organizować nasze mityngi w halach sportowych, żeby pomieścić wszystkich chętnych. Na Mazowieckiego przychodziły dziesiątki, może setki ludzi. Nie mogłem wyjść z podziwu, że oni uważali, iż premier ma szansę na wygraną. Nie mieściło mi się to w głowie.

No i się okazało, że nie miał.

Przegrał nawet z Tymińskim, co było szokujące. Żałowałem jednak, że nie chciał pozostać na stanowisku premiera. Był za bardzo obolały po kampanii. Dobrze, że przynajmniej Leszek Balcerowicz wszedł do rządu Jana Krzysztofa Bieleckiego. Byłem olbrzymim fanem Balcerowicza. To on zreformował państwo, przeprowadził trudne reformy. Pewnie, że popełniał błędy, ale kto ich nie popełniał.

Wróćmy do pana współpracy z Lechem Wałęsą.

Wczasie kampanii do Wałęsy wrócił Wachowski, który w 1980 roku został jego kierowcą, ale w stanie wojennym przestał utrzymywać z nim kontakty. Gdy tylko się pojawił, zaczęła się wojna między nami. Wachowski od razu założył, że musi mnie usunąć z otoczenia prezydenta. Najpierw chciał zwolnić nasze sekretarki. Powiedział, że przecież nie będziemy ich ciągnąć do Warszawy. Wkurzyłem się, trzasnąłem drzwiami i poszedłem do domu. Spotkałem się z Wałęsą dopiero po Nowym Roku. Powiedział, żebym wracał do Kancelarii, to wróciłem.

Został pan szefem jego gabinetu, a więc znowu ważną figurą.

Konkretnie to byłem szefem zespołu organizacyjnego, który obsługiwał wyjazdy Wałęsy. Na początku wszystko dobrze się układało, ale potem znowu zaczęła się wojna z Wachowskim. Znosiłem to dosyć długo, aż do momentu gdy Marian Terlecki, szef Radiokomitetu, został złapany przez policję, jak prowadził samochód pod wpływem alkoholu.

Co to miało z panem wspólnego?

Terlecki mieszkał pode mną, w bloku przy ul. Grzesiuka w Warszawie. Poprzedniego dnia było u mnie kilka osób i piliśmy wódkę. Zrobiło się późno, powiedziałem: „Chłopaki dosyć, jutro trzeba wstać i iść do roboty". Wygoniłem ich, a oni poszli do Terleckiego i dalej balowali, o czym nawet nie wiedziałem. Następnego dnia o 7 dzwoni do mnie Heniek Majewski, ówczesny szef MSW, i mówi: „Słuchaj, Terleckiego złapała po gorzale policja". Zbaraniałem. Powiedziałem, że było u mnie kilka osób, w tym Terlecki, ale pogniłem towarzystwo i poszedłem spać. Nie wiem, skąd Wachowski się o tym dowiedział, ale zadzwonił do Wałęsy i powiedział, że upiłem Terleckiego i wsadziłem go do samochodu. Na to się wściekłem. Stwierdziłem, że dosyć tych kalumnii i kłamstw, i złożyłem rezygnację. Poszedłem jeszcze do Arama Rybickiego i mówię, że dłużej już nie wytrzymam z Wachowskim, odchodzę z Kancelarii Prezydenta. Na to on, że też składa rezygnację i następnego dnia tak zrobił.

Co na to Wałęsa?

Nie rozmawiałem z nim. Nie chciałem sam składać rezygnacji, tylko dałem ją mojemu kierowcy, żeby ją zawiózł z Wiejskiej, gdzie urzędowałem, do Belwederu. Później opowiadał mi, że w sekretariacie siedział ksiądz Franciszek Cybula, kapelan prezydenta. Gdy kierowca oddał sekretarce moje pismo, Cybula krzyknął: „Koniec świata!" Byłem przekonany, że Lechu nie przyjmie mojej dymisji. Ale następnego dnia, gdy wracałem ze spotkania w Poznaniu, w radiu usłyszałem, że Wałęsa ją przyjął. Było mi przykro, ale z drugiej strony wcale mu się nie dziwiłem. Widział, że między mną a Wachowskim toczy się wojna. Trzymanie nas obu było bez sensu. Wybrał Wachowskiego, a ja to uszanowałem.

Obserwował pan początek prezydentury Wałęsy. Jak ją pan oceniał?

Wałęsa zawsze chciał rządzić i przejąć jak najwięcej realnej władzy. Jeszcze niedawno się żalił, że mu nie dali rządzić dekretami. Wtedy kłócił się ze wszystkimi i jego prezydentura była trochę nieobliczalna. Osobiście uważam jednak, że Wałęsa nie popełnił żadnego błędu, który by negatywnie odbił się na Polsce. Przeciwnie, miał olbrzymie zasługi, bo wyprowadził Sowietów z Polski. Sporo długów zostało umorzonych dzięki niemu. Dużo zrobił dla Polski. Ale klimat tej prezydentury mi się nie podobał.

Po odejściu z Kancelarii spotykał się pan z Wałęsą?

Oczywiście. Nie miałem do niego żalu, nasze żony się przyjaźniły. W pewnym momencie miałem nawet wracać do Kancelarii. Wałęsa powiedział, że będę się zajmował kontaktami z partiami politycznymi. Powiedziałem, że dobrze, zacząłem się spotykać z różnymi politykami – Balcerowiczem, Bieleckim – a tydzień później Wałęsa mnie zaprosił i mówi: „Wiesz, moi szefowie się nie zgodzili". Chodziło mu o Wachowskiego i Andrzeja Drzycimskiego, ówczesnego rzecznika prasowego. Ja się tylko roześmiałem i tyle.

Na scenie politycznej krążyło wówczas powiedzenie, że „Kto nie z Mieciem, tego zmieciem". Ale przed wyborami prezydenckimi Wałęsa odsunął Wachowskiego.

Tak, a Andrzej Zakrzewski, minister u Wałęsy, prosił mnie, żebym wrócił do Kancelarii. Ale ja już wtedy wstąpiłem do Unii Wolności i zaangażowałem się w kampanię prezydencką Jacka Kuronia, więc się nie zgodziłem. Do dzisiaj mamy bardzo bliskie kontakty z Wałęsą.

Był pan zaskoczony przegraną Wałęsy z Aleksandrem Kwaśniewskim?

Ale jak! Pamiętam, że gdy „Gazeta Wyborcza" tuż przed wyborami podała wyniki sondażu, z którego wynikało, że Kwaśniewski wygra drugą turę wyborów, to zbaraniałem. Nie uwierzyłem. A później się okazało, że pomylili się zaledwie o ułamki procentu. Lechu przeżył to w straszliwy sposób i ja też. To był powrót komuny, więc jak mieliśmy się czuć?

Może Lech Wałęsa trochę się do tego przyczynił? Nie musiał rozwiązywać Sejmu po upadku rządu Hanny Suchockiej, ale to zrobił i wybory parlamentarne wygrał SLD z PSL.

Nie mógł przewidzieć sukcesu komunistów. Nikt tego nie przewidział.

Jak pan oceniał Unię Wolności?

Czułem się w tej partii bardzo dobrze. Doceniano mnie, zostałem szybko wybrany do Rady Regionalnej. Ale w tej partii połączono dwa środowiska, które były jak ogień i woda. Od początku byłem ogromnym przeciwnikiem Donalda Tuska i jego kolegów. Oni nas też nie kochali. Nazywali nas styropianami. Gdy po odejściu z partii Leszka Balcerowicza Bronisław Geremek został kandydatem na szefa UW, w Gdańsku odbyło się spotkanie, na którym wyzywano go od Żydów. To było skandaliczne. Wybór Leszka Balcerowicza na szefa Unii Wolności też nie był najszczęśliwszy. Zwłaszcza że nie zgodził się kandydować na urząd prezydenta w 2000 roku. Nie wystawiliśmy w tamtych wyborach własnego kandydata i to nam podcięło skrzydła. Partia musi uczestniczyć w takich wyborach, jeżeli chce się liczyć na scenie politycznej.

Ale to odejście liberałów i powstanie Platformy Obywatelskiej zakończyło żywot Unii Wolności.

To prawda. Kiedyś z Bogdanem Lisem dorwaliśmy Tuska u Wałęsy na urodzinach. To już było za czasów Partii Demokratycznej. Wprost mu wtedy powiedziałem: „Przypomnij sobie, jak w 1993 roku nie weszliście do Sejmu. Kto wam rękę podał? Geremek. To dzięki niemu wróciliście na scenę polityczną, a teraz nie chcecie nawet z nami gadać o wspólnym starcie w wyborach". Chyba mu się głupio zrobiło, bo odpowiedział: „Dobrze, niech Janusz Onyszkiewicz (on był wtedy szefem Partii Demokratycznej) do mnie zadzwoni, to jakoś się dogadamy". Tylko że potem Onyszkiewicz nie mógł się przebić przez sekretarkę Tuska. Do dzisiaj nie lubię tej partii. Zwycięstwo PiS w 2015 roku to jest ich wina. Ich zadufania i pewności siebie. Gdy zaraz po przegranych wyborach przyjechali do Wałęsy, otwarcie im powiedziałem, że głosowałem na Nowoczesną, a ich zgubiła buta. Powiedzieli, że to wszystko wina Tuska.

rozmawiała Eliza Olczyk (dziennikarka tygodnika „Wprost")

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL